i'd rather fight with you

than make love with anyone else


a ja, ja najbezczelniejszy z nich
S E A N   H E F F E R N A N
7.7.77  -  Belfast  -  how about no?

A K T U A L N I E
kierownik (prze)budowy  -  za hajs z jutuba baluje  -  wedding plannerka na pełnej kurwie  -  dyplom doktora jako podstawka pod garnek  -  nie może ci pomóc, bo nabija levele w Candy Crushu  - mam stanowisko, nie powiem, wszystko na mojej głowie  -  jest lajfstajlem i wybiera płytki do łazienki  -  pracowity ten rok przerwy w pracy  -  oj tam, oj tam

historia  -  duperele  -  powiązania
P R O J E K T  H E F F S  v.2.0
ja tańczyłem sam ze sobą
  

80 komentarzy:

  1. Aidan zazwyczaj nie pracował. Generalnie niewiele było dni w miesiącu, kiedy Aidan faktycznie brał ołówek do ręki i szkicował kolejne kolumny i skosy na jakimś planie. Z reguły, uważał że on jest szefem w firmie więc skoro już pełni tą honorową funkcję, to nie musi robić niczego innego. Prawda była zgoła inna, więc od czasu do czasu musiał nakreślić kilka szkiców, żeby nikt nie pomyślał że firmie użycza jedynie twarzy. Ze skończeniem studiów nie miał problemów, ba! Skończył je nawet z wyróżnieniem, co zaskoczyło nie tylko jego wykładowców, ale przede wszystkim jego samego. Z drugiej strony, potrafił zmobilizować się do pracy na tyle, by każdy projekt wykonać w wyznaczonym terminie. Co prawda musiał to okupić nieprzespaniem kilku nocy, ale jednak – mimo wszystko – oddawał projekty wtedy, kiedy zleceniobiorcy tego wymagali. Tak samo był i tym razem. Projekt spokojnie leżał pod stertą papierów przez dobre kilkanaście dni, kiedy to Aidan zajmował się liczeniem nierówności na swoim biurku, aż w końcu przyszedł taki moment, że trzeba było się do niego zabrać, bo w przeciwnym wypadku cała jego reputacja ległaby jak krzywo postawiona drabina. Może i porównanie nie było nazbyt trafne, ale jednak przemawiało do niego na tyle, że nie odważyłby się nie dotrzymać umówionego terminu. Gdzieś koło trzynastej napełnił więc wiadro kawą a potem wyrzucał każdego z gabinetu, byleby tylko mieć chwilę spokoju. Kiedy w końcu wcisnął upragniony enter w wysyłanej wiadomości, uzbnal że ten dzień należy zakończyć odpowiednio procentowym drinkiem w ulubionej knajpie, bo w przeciwnym razie nic nie będzie miało takie wymiaru, jaki powinien.
    Klub przywitał go z szeroko otwartymi ramionami, razem z tymi wszystkimi dziewczynami, które miały nadzieję na gorący i płomienny romans, który niestety nigdy nie dochodził do skutku, Z prostej przyczyny, Aidan bardzo kochał Seana i choć nic nie zapowiadało szczęścia temu związkowi, on miał szczerą nadzieje, że ten przetrwa najbliższe pięćset lat. Wrócił do domu późnym wieczorem, bo kilka drinków w stu procentach pozwalało na zapomnienie o ciężkim dniu w pracy. Przywitał Seana ciepłym uśmiechem i ruszył do łazienki, gdzie po chwili zjawił się i on. Wziął szybki prysznic, opasał się ręcznikiem i po chwili przeżył mega zawał serca słysząc to wszystko, co wypowiedział Sean.
    Aidan nigdy nie sądził, ze poczuje wielkie ukłucie w sercu. Ani że poczuje, że cały jego organizm dziwnie reaguje ze względu na kilka wypowiedzianych słów. Nie sądził też, że będzie musiał oprzeć dłonie o ramiona swojego faceta, tylko dlatego że w przeciwnym razie poczuje coś c będzie mieszaniną zawrotów głowy i dziwnego skurczu w żołądku.
    Nie wiedział co jest między nimi, tak dokładnie, ale wiedział że jest w stanie oddać za Seana życie, a to już chyba świadczyło o dość mocnym uczuciu. Spojrzał więc na niego niczym przerażony szczeniak, oczekując wyjaśnienia całej sytuacji, w której on całkiem po prostu już się zgubił. Nadmienić należało jeszcze, że w trakcie tych kilkunastu słów, zdążył już zupełnie wytrzeźwieć, a to świadczyło jedynie o tym, że nie potraktował tego jako zwykłej rozmowy, tylko jako coś, na czym absolutnie mu zależy.
    - Czyli..? - zapytał po chwili ciszy, przełykając przy okazji głośno ślinę. Aidan miał szczerą nadzieję, że nie usłyszy za chwilę, ze ma wypieprzać z seanowego życia raz na zawsze, bo w tej sytuacji był w stanie usiąść na środku łazienki i rozpłakać się jak dziecko. Rozstanie zupełnie nie wchodziło w grę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad prawidłową interpretacją tego wszystko, co do tej pory powiedział mu Sean. Nie było to proste, głównie dlatego że po pierwsze, ogarniało go prawdziwe przerażenie, a po drugie, był pod lekkim wpływem alkoholu. Lekkim, bo zdołał już wytrzeźwieć na tyle, by móc odejść od mężczyzny na kilka kroków i zatrzymać się gdzieś w okolicach połowy pomieszczenia. Aidan wziął głęboki oddech, wygładził kilka ręczników na półce, dając sobie tym samym czas do jeszcze głębszych przemyśleń, po czym przyłożył dłonie do twarzy i na moment przesunął je gdzieś w okolice swojej głowy. Już dawno nie był w takiej sytuacji i już dawno nie czuł takiego mętliku w głowie. Wszystko to co powiedział do tej pory Sean było spójne, pełne treści i na ogół zrozumiałe, ale w tej jednej sekundzie, było niczym egipskie hieroglify, w dodatku wymagane przez przybysza z innej planety. Aida nie rozumiał, a może nie chciał zrozumieć tego wszystko co przed chwilą się stało i naprawdę nawet nie wiedział jak zareagować.
    - Czy ty ze mną zrywasz?
    Pytanie wypłynęło z jego ust zanim zdążył w ogóle je przemyśleć. Do tej pory wszystko co mówił, przechodziło przez wewnętrzny filtr, który nie pozwalał na wypowiedzenie czegokolwiek głupiego. Teraz racjonalne myślenie ustąpiło miejsca dogłębnemu przerażeniu, które nie potrafiło utrzymać się w jakichkolwiek ryzach. Aidan nie myślał nad tym co mówi i myśli, więc jedynie oparł się o ścianę trzy metry od Seana i wbił spojrzenie gdzieś w okolice płytek, choć tak naprawdę nawet na nie nie patrzył. Nie wiedział nic oprócz tego, ze mocno kręci mu się w głowie, co z pewnością nie było skutkiem ubocznym zbyt dużego stężenia alkoholu we krwi.
    Wypuścił głośno powietrze, jednocześnie zaciskając na moment pięści. Czuł się jak na maturze, albo innym poważnym egzaminie, od którego zależała jego przyszłość. Aidan po prostu nie chciał usłyszeć twierdzącej odpowiedzi, bo to oznaczałoby koniec okresu, który w swoim życiu mógł śmiało określić idealnym.

    OdpowiedzUsuń
  3. W jednej chwili poczuł jak ogarnia go ulga. Taka filmowa, w czasie której głównym bohaterom uginały się kolana i czuli nagły odpływ krwi z czubków palców. Krew z pewnością ponownie wracała do serca i mózgu, powodując że to pierwsze zaczynało bić w normalnym tempie, a mózg zaczął ponownie przetwarzać jakiekolwiek informacje. Musiał jednak sprawdzić czy aby na pewno wszystko z nim w porządku, więc wziął głęboki oddech, wstrzymał nieco powietrze w płucach i czując delikatny zawrót głowy, wypuścił je powoli, opierając przy okazji głowę na ramieniu Seana. Nie było to trudne i nawet nie musiał za bardzo się schylać, bo może i wygadania i dobrych pomysłów Bóg mu nie żałować, ale przy wzroście wziął sobie chyba kilka godzin wolnego. Znalezienie więc faceta, który na piątej randce lądował na wózku, było więc niczym spełnienie marzeń o tym, że choć raz w życiu będzie tym wyższym w związku. Egoizm ponad wszystko. Egoizm i głupie pomysły.
    - Ja nie wiem.. Znaczy ja... ja bym... chciałbym żeby... bo to powinno tak wyglądać że... bo myśmy mieli... a ja też bym chciał, żeby...
    Cała wypowiedź Aidana, pozbawiona jakiegokolwiek sensu, brzmiała zapewne naprawdę uroczo, głównie dlatego że była połączona z jednoczesnym strzelaniem z palców, opieraniem się czołem o seanowe ramię i naciąganiem rękawów bluzy na dłonie. W poważnych rozmowach był słaby, choć nie oznaczało to że unikał ich jak ognia. On ich po prostu nie potrafił prowadzić, co prowadziło do takich sytuacji jak teraz. Nie chcąc jednak by Sean pomyślał że robi sobie z niego jakieś jaja, usiadł na brzegu wanny i spojrzał na niego całkiem poważnie. Jakiekolwiek upojenie alkoholowe już dawno ustąpiło miejsca trzeźwemu myśleniu, więc skupił wzrok w okolicach oczu swojej drugiej połówki, po czym lekko zmierzwił włosy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z pozoru wydawała się spokojną dziewczyną o monotonnym życiu, co było tylko złudną iluzją. Tak na prawdę ludzie, którzy ją znają, a w tym przypadku są to jej znajomi, których niestety zostawiła w Irlandii, wiedzą jaka na prawdę jest Claire. Do takich osób należała także jej rodzina, którą również w swojej ojczyźnie zostawiła. No właśnie... Może nie w całości, ponieważ jeden z jej kuzynów jest mieszkańcem Londynu - tak jak ona teraz; od kilku dni. Czemu się przeprowadziła? Sama nie wie, potrzebowała zmian, bo jej życie stawało się za nudne. Wiadomo jakie są jej decyzje. Szybkie i spontaniczne; ta też taka była, ale jakoś na tym wyszła. W miarę szybko znalazła pracę; jako przedszkolanka, bo w Irlandii miała tysiące innych prac na może... Tydzień? Tak, taki będzie średni okres czasu przepracowany w każdej innej robocie? Cóż zrobić? Kobieta zmienną jest, a ona jest jeszcze bardziej zmienna. I nikt oraz nic nie może tego zmienić. Claire jest dość nietypowa, zawsze musi postawić na swoim, jeśli wie, że to nie przyniesie jej korzyści, po prostu musi uczyć się na własnych błędach, inaczej nie będzie miała żadnego doświadczenia.
    Wracając do jednego z jej kuzynów. Chciała odnowić z nim swoje kontakty, kiedyś na prawdę często się widywali - ze względu na to, iż Sean był jej młodą niańką. Potem on wyjechał, ona dorosła i jakoś tak się potoczyło, że nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Do teraz... Ponieważ Claire miała w planach zmienić to w najbliższych dniach, ba, godzinach.
    Od ciotki wzięła adres Seana i postanowiła zrobić mu dziś niespodziankę w formie niezapowiedzianej wizyty. Nie wie jak zareaguje na Rudzielca w drzwiach, ale ma nadzieję, że entuzjastycznie. W końcu nigdy się nie kłócili. Co w rodzinie to nie zginie.
    Ubrała się i wyszła na londyńskie ulice. Zatrzymała taxi, bo nie znała się jeszcze na tutejszym rozkładzie miasta, było bardziej niż pewnie to, że się zgubi jeśli pójdzie pieszo lub autobusem. Podała kierowcy adres,a ten zawiózł ją na dane miejsce. Z uśmiechem mu zapłaciła i podeszła do drzwi domu kuzyna. Zapukała mocno. Odczekała chwilę. Nic. Więc zaczęła pukać bez przerwy. Jak to ona, wiadomo. Czekała aż Sean otworzy jej drzwi, miała nadzieję, że to na pewno jego mieszkanie i że nie dobija się do innego człowieka.

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  5. [Wyszło coś takiego, mam nadzieję, że nie zepsułam za bardzo. Wielkiej krzywdy nie zrobi, nawet najmniejszej, bo to takie delikatne. Będzie kawa w domu, jak sobie życzysz. Wkurzona Aileen do kawiarni na pewno by się nie udała.]

    Aileen miała dosyć. Po raz kolejny jej kochany braciszek wgramolił do jej życia te swoje kilkanaście centymetrów ponad metr. Gotowało się w niej ze złości. Chodziła po całym mieszkaniu z wypiekami na twarzy. Każdy najmniejszy przedmiot na jej drodze mógł być potencjalną kulą armatnią. Homer już dawno wiedział, że wtedy lepiej nie być blisko swej pani. Co, jak co, tego psa kochała, ale złość na Aidana była teraz dominującym uczuciem, które przysłaniało wszystko inne.
    Jak zwykle Hamilton wykazał się zbytnią opiekuńczością, co nie spodobało się, ani jej, ani mężczyźnie, z którym była umówiona. Kłótnia rodzinna na pierwszej randce nie jest dobrą opcją. Miała szansę zostać dziewczyną wokalisty jakiegoś garażowego zespołu. Ale to zawsze przecież początek do trasy koncertowej pełnej przygód. Chociaż basista był ładniejszy, te jego smukłe palce…
    - Zabiję cię… - Wymamrotała przez zaciśnięte usta w stronę wazonu z przyschniętymi już różami. Przypominały o innym adoratorze, który uciekł zdając sobie sprawę, że jest prawdziwie rudą wiedźmą. Po chwili szkło roztrzaskało się na białych panelach. Teraz nie zdawała sobie sprawy z tego ile będzie mieć do sprzątania.
    Jednakże żaden rzucony przez nią przedmiot nie dawał jej tej satysfakcji. Musiała się wyładować. Prawdziwie. Na jakimś facecie. Facecie blisko związanym z Aidanem. Bo na nim samym nie może tego niestety zrobić. Na jej piegowatej twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
    Niemalże pobiegła do kuchni, gdzie leżał jej telefon i bez wahania wybrała numer do Seana. Co prawda nadal miała do niego mieszane uczucia. Lubiła go, ale jednocześnie strach przed nim gdzieś tam w niej wciąż tkwił.
    - Sean! – Zawołała, gdy tylko usłyszała, że wreszcie odebrał. Nawet nie dała mu powiedzieć chociażby zdawkowe „halo”. – Błagam, przyjedź do mnie. Mam dobrą kawę. – Dodała po chwili przeglądając szafki, których zawartość (o dziwo) jeszcze nie znalazła się na podłodze. – I jeszcze coś mocniejszego… - Wymamrotała bardziej do siebie niżeli do mężczyzny po drugiej stronie. Uśmiechnęła się delikatnie do własnych myśli.

    Aileen

    OdpowiedzUsuń
  6. -Mogę batonika?-Feliks uniósł główkę ku górze, spoglądając na Zoję tymi swoimi wielkimi, zielonymi oczyma, którymi to zazwyczaj wszyscy ulegali. Wystarczyło takie jedno spojrzenie ze strony czterolatka, a dostawał to, o czym zapragnął.
    Ale Zoja Dołgruka była jego matką, więc wiedziała, czego może spodziewać się po własnym dziecku.
    -A co powiedziała pani dentystka?-zapytała, szukając wśród przypraw ziół prowansalskich.
    -Że słodkie szkodzi na zęby- Feliks zrobił smutną minkę, po czym westchnął ze zrezygnowaniem. -Ale jednego. Małego batonika-dodał po chwili, stając na wózku sklepowym.
    -Pomyślimy o tym - kobieta ucięła rozmowę, wrzucając opakowanie przyprawy, po czym spojrzała na chłopczyka, uśmiechnęła się i ruszyła przed siebie.
    Zakupy w towarzystwie Feliksa kończyły się zawsze tak samo. Zoja robiła je jak najszybciej, żeby przypadkiem w koszyku nie znalazła się masa słodkości, do których miał słabość jej syn.
    -Dobra, młody. Idź po tego batonika, ale szybko-powiedziała, kiedy to zjawili się przy dziale ze słodkościami. Dobrze, dobrze, nawet ona sama nie była w stanie odmówić własnemu synowi.
    Odwróciła się jedynie na chwilę. Na chwilę spuściła z niego wzrok, a gagatek już to wykorzystał. Feliks wziął batonika i zamiast wrócić do matki, ruszył przed siebie i tak krążył między regałami, aż w końcu znalazł dogodną "ofiarę".
    -Cześć-powiedział, stając na przeciw mężczyzny, uśmiechając się przy tym. I tylko te cześć powiedział, bo jakoś nie wiedział co dalej powiedzieć. Inne dziecko zapewne by panikowało że straciło się w sklepie, że nie ma przy nim mamusi, ale nie Feliks. On stał i rozglądał się jedynie na boki, jakby to nie on sobie poszedł i przepadł między sklepowymi półkami a jego matka.
    Zoja

    OdpowiedzUsuń
  7. W gruncie rzeczy lubiła swoje życie. Nie działało ono na pełnych obrotach, a sama Primrose nie szukała wszędzie adrenaliny, wręcz można było powiedzieć, że jej codzienność była zadziwiająco zwyczajna, jeżeli nie nudna. Sama zainteresowana jednak nie narzekała praktycznie nigdy na to, co zgotował jej los i przyjmowała wszystko z nadzwyczajną pokorą. Lubiła swoje życie, lubiła butik który prawie nic nie zarabiał, lubiła swoje albumy ze zdjęciami, lubiła swoje poczucie humoru i lubiła swoje seanse francuskiej nowej fali. Przede wszystkim zawsze lubiła ludzi i otaczała się nimi zawsze, a od kilku dobrych lat, kiedy została sama, łaknęła kontaktu z drugą osobą ponad miarę. Doceniała to, co miała, a przyjaciele zdecydowanie byli czymś, a raczej kimś, kogo powinno się doceniać zanim będzie za późno.
    Lubiła rozmowy do późnej nocy, lubiła niezdrowe napoje i przekąski, a przede wszystkim lubiła Seana, nic więc dziwnego, że postanowiła połączyć wszystkie te czynniki w jedną całość i, w środowy wieczór, pojawiła się przed drzwiami do mieszkania przyjaciela, obładowana tobołami. Brakowało jej do tego wszystkiego jeszcze śpiwora. I co z tego, że był środek tygodnia, a ona teoretycznie powinna pojawić się w urzędzie skarbowym koło dziewiątej, a następnie pędzić na złamanie karku do swojego sklepu, aby zarobić jakiś grosz i móc wrzucić coś wieczorem na patelnię.
    Odłożyła jedną z toreb, w której szeleściły paczki chipsów, na podłogę, po czym zapukała. Najpierw cicho i nieśmiało, z każdym kolejnym przytknięciem dłoni do drzwi jednak odgłos narastał. No już, Sean, otwórz. Nie będę tutaj stała jak ta idiotka, obładowana zakupami i Bóg wie czym jeszcze.
    Wcale nie stukała ze zniecierpliwieniem obcasem...

    [ Mam nadzieję, że wybaczysz że tyle zwlekałam. I będzie lepiej, z tego początku trudno było mi coś wycisnąć ;) ]
    Primrose B.

    OdpowiedzUsuń
  8. Może i nie wyglądał na takiego co się przejmuje czymkolwiek poza własnym życiem, ale prawda była taka że Aidan przejmował się dość mocno. Wszystkim. Począwszy od Seana, na firmie i jej pracownikach kończąc. Zachowywał jednak pozory beztroskiego dzieciaka, bo tak było mu dużo łatwiej. Nie musiał nikomu spowiadać się ze swoich zmartwień i problemów, nie musiał wysłuchiwać dobrych rad i przede wszystkim, mógł sam decydować co zrobić w danej sytuacji. Teraz jednak skorzystał z rady swojego oblubieńca i schował twarz gdzieś między jego ramię i szyję. Nie chciał się z nim rozstawać, nie chciał żeby podobna rozmowa kiedykolwiek miała jeszcze miejsce, nie chciał też nigdy więcej czuć tego mikro zawału serca, który odczuwał teraz, bo miał wrażenie że serce zaraz wyskoczy mu przez gardło i już nigdy nie wróci na swoje miejsce. Na dobrą sprawę, związek z Seanem był pierwszym poważnym związkiem Aidana, który do tej pory działał na zasadzie klub-dom-łóżko-klub i wydawało mu się, że to najlepsze wyjście dla kogoś, kto ma pewne problemy z uczuciową stałością. Podczas studiów z radością zapraszał do mieszkania coraz to nowe koleżanki, które z samego rana dostawały obietnicę ponownego kontaktu i.. Na obietnicy zazwyczaj się kończyło. Tak, Aidan nie zawsze spotykał się z facetami, miał w swoim życiu całkiem długi okres zauroczenia kobietami. Ba! Wciąż potrafił obejrzeć się za jakąś na ulicy, chociaż zupełnie nie wyobrażał sobie, że mógłby jeszcze kiedyś z jakąś się umówić. Nie miał traumy, żadna nie zostawiła go przed ołtarze, żadna nie spowodowała trwałego uszczerbku na jego zdrowiu. Może czasem dostawał mocny cios w policzek, ale było to raczej normalne, bo nigdy nie traktował ich tak, jak na to z pewnością zachowywały.
    - Nie wiem jak powinien wyglądać prawdziwy związek. - przyznał tonem, który mógłby sugerować kompletne zakłopotanie. Odsunął się na chwile od Seana i wbił wzrok w swoje dłonie – Nigdy związków nie praktykowałem, bo za dużo było w tym wszystkim wzajemnych pretensji i kontroli. Lubię mieć swoją przestrzeń i wydawało mi się, że ty też coś takiego lubisz, dlatego tak się cieszyłem że w tej kwestii się dogadujemy. Kocham to, że mimo mojego podejścia skrajnie anty-związkowego, nawet nie zauważyłem jak wspólnie zamieszkaliśmy i jak to wszystko zaczęło posuwać się do przodu. To dobrze, bo w sumie zapewne gdybym zauważył wcześniej jak mocno mi na tobie zależy, pewnie bym się wycofał w stosownym momencie, bo przecież tak jest łatwiej. A ja nie chcę się wycofywać. Ani teraz, ani nigdy bo dajesz mi coś, czego do tej pory nikt mi nie dał... I mam nadzieję, że ja daje ci to samo.

    OdpowiedzUsuń
  9. To, co łączyło ją z Aidanem nie do końca również rozumiała Aileen. Przecież kiedyś potrafili rozmawiać bez żadnych kłótni czy prawienia kazania o tym, co jest dla niej najlepsze. Byli dobranymi kompanami pomimo dużej różnicy w latach. W końcu jedenaście robi już sporą różnicę. Było przepaścią. Kiedyś ją zgrabnie omijali, teraz, gdy Leen próbowała wszystkim udowodnić, że jest w pełni samodzielna dziura nieporozumienia się pogłębiała. I to z niczyjej winy prawdopodobnie. Każdy miał coś za uszami, jednakże pogodzić się z tym nie potrafili. Zawsze mieli coś sobie do wygarnięcia. Przynajmniej Aileen. Taka z niej pyskata istota, która nie pozwoli, by za nią decydowano. A przecież jej przyszły małżonek powinien być jej indywidualnym wyborem, a nie konsultacją z bratem. Przecież nie był żadną wróżką, która przewidziałaby, że ten pan akurat ją będzie zdradzać lub kochać do końca życia. On tego nie wiedział. I nie mógł wiedzieć! To ona czuje motylki i inne dziwne rzeczy. On już przecież przez to przeszedł. Nie wtrącała się w wybór Aidana. To dlaczego on miesza się w jej?
    Powoli dochodziło do niej, co się wydarzyło. Znów się pokłóciła z bratem, znowu zamieniła swoje przytulne mieszkanko w burdel, Homer schował się pewnie pod łóżko, a Sean właśnie do niej jedzie. Potrząsnęła delikatnie głową wciąż stojąc przy otwartej szafce z najróżniejszymi napojami. Od koloru etykietki do wyboru. Złość jednakże ani trochę nie zmalała. Zacisnęła dłonie w piąstki. Już dawno powinna kupić sobie worek treningowy właśnie na takie napady. Na pewno znajdzie się on w liście do św. Mikołaja.
    Biedny Sean. Znowu go wykorzystuje do swoich nieczystych celów. Ale wiedziała, że jeśli ona coś mu zrobi (a przynajmniej będzie próbować na darmo), to reakcja pójdzie dalej i oberwie się w jakiś sposób Aidanowi. Miała przynajmniej taką nadzieję, że w ich związku właśnie tak to działa. Bo przecież to Hamilton powinien być na miejscu Heffernana.
    - Dlaczego musi mi to robić?! - Zawołała od razu, gdy tylko wpuściła do środka Seana. Nie musiała przedstawiać szczegółów, prawdopodobnie mężczyzna mógł się domyślić o co chodzi. Przecież zawsze chodzi o to samo. Powróciła do kuchni i zagotowała wodę przy okazji trzaskając przy każdej sposobności. Hałas był w pewien sposób skalą jej złości. Na jej twarzy wystąpiły wypieki. Nie obserwowała Seana, stała do niego plecami. Mógł przecież czuć się jak u siebie w domu, choć pewnie tam takiego bałaganu nie ma.

    Aileen

    OdpowiedzUsuń
  10. Gdyby któryś z jej wykładowców albo lekarzy nadzorujących praktyki dowiedział się, co myśli sobie czasem Harper, pewnie tylko popukałby się w głowę. Naprawdę zależało jej na jak najdłuższym utrzymaniu się na studiach, może nawet pomyślne ich ukończenie, ale za Chiny Ludowe nie mogła zrozumieć, co podawanie strzykawek i robienie notatek ma wspólnego z medycyną sądową czy, jak zwykli to nazywać wszyscy wokół, krojeniem trupów. Wierzyła, iż kiedyś jej się to przyda na drodze kariery, ale jak na razie widziała w tym tylko kolejny etap nauki, przez który musiała po prostu przebrnąć, by rozpocząć kolejny i zbliżyć się do wymarzonego zawodu.
    Doktor Wilson był jednym z tych, którzy nie dyszeli nad uchem, by pośpieszyć, a naprawdę chciał pokazać młodemu pokoleniu lekarzy, z czym to się je i jak najlepiej działać zgodnie z zasadą "Po pierwsze - nie szkodzić". Jednak nie oznaczało to, by pan Woodrow należał do pobłażliwych, niejednokrotnie dał Harper po głowie za jakąś pomyłkę, ale robił to na tyle kulturalnie, iż dziewczyna nie miała ochoty wracać po tym do domu.
    Jedną z jego największych wad było to, że łatwo było go zagadać, wystarczyła jakaś nieistotna uwaga, pytanie, by człowiek ten zapomniał o swoich obowiązkach i wciągnął się w pogawędkę. Z tego powodu zapewne odbieranie wyników jednego z pacjentów nie trwało kwadransa, lecz trzy godziny, a Andrews jakoś nie miała odwagi pogonić własnego mentora do pracy, więc tylko rzucała nieśmiało co chwila "Panie Wilson, wyniki...". Gdyby mogła, sama by wszystko załatwiła, ale niestety z jakiegoś powodu studentów medycyny uważano za byt tępych, by odebrać kilka kartek opatrzonych odpowiednim nazwiskiem.
    Gdy wreszcie udało się wszystko zebrać, podreptała za Wilsonem do jego gabinetu, dzierżąc w rękach wyniki badań niczym jakieś wyjątkowo ważne prawo. Uśmiechnęła się miło do pierwszego z pacjentów, a kiedy cała trójka znalazła się w pokoju przyjęć, dziewczyna stanęła nieco z boku, uprzednio podając Wilsonowi potrzebne papiery.
    - No dobrze, zobaczmy... - mężczyzna wziął pierwszy z wyników i przyjrzał mu się. Mruczał coś pod nosem, to łypiąc na swojego pacjenta, to przeglądając kolejne papiery. Harper również patrzyła na te, które wcześniej odłożył, coby nie wyjść na jakiegoś kołka, który jakimś cudem dostał się na medycynę.
    - Czy miał pan już robione pobieranie krwi? Bo nie widzę tu nic na ten temat - zmarszczył brwi, a Andrews w duchu wręcz modliła się, by nie musiała latać po piętrach w poszukiwaniu zagubionych wyników lub, co byłoby jeszcze gorsze, wykonać owego badania. Mimo studiów, które wybrała, strzykawki wciąż trochę ją przerażały.

    OdpowiedzUsuń
  11. [ przepraszam, że dopiero teraz. jak wczoraj wyszłam z samego rana to wróciłam do domu dzisiaj o 15 ._. i za jakość też przepraszam]

    Samotność jest czymś czego człowiek za wszelką cenę próbuje uniknąć. Głównie przez strach, bo nikt nie wyobraża sobie, że będzie sam. Samotność jest jak potwór, który nawiedza w największych koszmarach i którego nie da się z dziecięcą łatwością pozbyć. Wygodnie rozgaszcza się w ludzkiej egzystencji, zostawiając na niej ogromną skazę i drwi, kpi, śmieje się w głos, wpędza człowieka w niejeden, niemały dół.
    Bywały dni, że Elizabeth czuła na karku jej oddech, wiedziała, że się zbliża. Działo się to głównie wtedy gdy przesiadywała samotnie w swoim niewielkim mieszkanku, bezczynnie gapiąc się w ścianę, podczas gdy telefon zawsze położony na wierzch milczał. W takie dni zazwyczaj zrywała się czym prędzej i nawet nie zastanawiając się zbytnio opuszczała swoje królestwo, by kilkadziesiąt minut później kwitnąć jak ten chwast przed czyimiś drzwiami. Bo Elizabeth miała mnóstwo wad, zapewne znacznie więcej niż zalet, a jedną z nich było to, że lubiła się pchać tam, gdzie nie zawsze ją chcą. Mąciła, mieszała, zaburzała spokój, ciszę i harmonię, a to tylko dlatego, że nie chciała być sama. Zazwyczaj wpadała w niezapowiedziane wizyty do ludzi, których w dziwny, niezrozumiały sposób kochała. Pech chciał, że takim uczuciem obdarzyła również swojego szefa, który był dla niej jak brat, którego nigdy nie miała. To on stał się dla niej najbliższą osobą, po opuszczeniu rodzinnego miasta i podboju stolicy, która zaczęła ją i jej ambicję przerastać. Jej widok przed drzwiami już nikogo nie dziwił, nie szokował, nie rodził w głowie pytań, które usilnie chciało się wypowiedzieć, stał się wręcz codziennością, bo Elizabeth z dnia na dzień zaczynała czuć się coraz bardziej samotna.
    Z butelką wina, a raczej tego co winem powinno być, a także kilkoma piwami, ukrytymi w torebce, co by na grzeczną wyglądać, ruszyła swoje cztery litery, środkowy palec pokazując temu potworkowi, który właśnie rozsiadł się na kanapie. Metro i w ostatniej chwili złapany transport, kłótnia z jakimś podpitym facetem, prychnięcie na żywą barbie i znalazła się w dzielnicy, którą zdążyła poznać lepiej niż tą, w której ona sama miała zaszczyt zamieszkać. A zaraz potem stała już przed drzwiami, które bezceremonialnie uderzyła swoją drobną piąstką, która choć wyglądała niepozornie, krzywdę wyrządzić mogła, co narwana Lizzy miała już możliwość udowodnić. Potem tylko przestąpiła z nogi na nogę, czekając, aż ktoś po drugiej stronie drzwi ruszy swoje leniwe cztery litery i jej otworzy. Sądziła, że zrobi to Hamilton, jednak najwidoczniej ten gdzieś jeszcze się szlajał, bo gdy tylko drzwi się uchyliły, nie ujrzała w nich główki swojego szefa, z której pragnęła wyrwać kilka włosków dla swojej laleczki voodoo, lecz oblicze nikogo innego jak Sean`a, który jeszcze nie zdążył jej podpaść, a to już sukces.
    - Wino przyniosłam. I piwo. I siebie. Z tego ostatniego cieszmy i radujmy się wszyscy. Tej pierdoły pewnie jeszcze nie ma ,co? A poza tym wszystko ssie. To co, wpuścisz mnie?- przechyla lekko głowę i spogląda na niego oczami Kota ze Shreka, bo kto temu jest w stanie nie ulec, no kto?!

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  12. To jednak te drzwi, pomyślała gdy zobaczyła Seana. Nie zmienił się wiele, może troszeczkę, ale czas nie stoi w miejscu. Zaśmiała się widząc jego reakcję, może sam o tym nie wie, ale wyglądał na prawdę komicznie. Otworzył jej drzwi znudzony, patrząc przed siebie tak jakby ktoś właśnie oderwał go od bardzo interesującego zajęcia i miał ochotę go za to ukarać. Gdy zobaczył kto do niego zawitał jego mina natychmiastowo się zmieniła. Wyglądał tak jakby wygrał w totka.
    Na jego twarzy widniał tak wielki uśmiech, że sama się zastanawiała czy nie bolą go mięśnie twarzy, ona tak szeroko to się chyba nigdy nie uśmiechała. No proszę, jak niewiele trzeba aby uszczęśliwić człowieka. Jedna ruda osóbka, a taki wielki uśmiech.
    -Wow, nie zgubiłam się! - zaśmiała się radośnie i weszła do mieszkania, gdy Sean zamknął drzwi przytuliła go delikatnie, a potem zrobiła krok w tył - Też się cieszę, że w końcu cię widzę, trochę czasu już minęło, hm? - zagadnęła, nie liczyła ile dokładnie się z nim nie widziała, ale na pewno był to dłuższy okres czasu, w końcu zdążyła dorosnąć... Tak, to był długi okres czasu. - I wcale nie jestem piękna i nie, nawet nie waż się zaprzeczać - zmrużyła zabawnie oczy i wystawiła przed siebie dłoń na znak aby był cicho jeśli dalej chce kontynuować ten temat. W jej oczach można było dostrzec iskierki, a na ustach błąkający się uśmieszek.

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  13. [O jacie! To najfajniejszy ziemniak w całym moim życiu. Żebym to ja zawsze była tak spostrzegawcza. Twój pomysł jest lepszy, niż wszystkie moje wypociny razem wzięte. Mam tylko nadzieje, że nie braknie mi kompetencji w głoszeniu tychże medycznych cudów. Lekarz bowiem ze mnie nie będzie ;c. Pozwolisz zatem, że będę się powoływać w wątku na jakiś nieistniejących specjalistów, wynalazców metod rehabilitacji i odkrywców leków, zahaczając rąbkiem o cudotwórców - uzdrowicieli. Dobra to pozwolę sobie zacząć w ramach sprawiedliwości za podsunięcie tematu.]

    Bieżnia się psuła. Każdy na miejscu Juli pozwoliłby sobie w takiej chwili na jakieś drobne, nawet najbardziej niewinne przekleństwo, ale nie ona. Zamiast kopnąć „cholerne ustrojstwo” nogą, grzecznie zeszła ze sprzętu, ocierając czoło przewieszonym przez ramię ręcznikiem.
    Zgłosi to właścicielowi, jak zwykle. Uśmiechnie się przy tym uprzejmie i zapewni, że to nic wielkiego, ale byłoby miło, gdyby wezwał kogoś do naprawy. Ta bieżnia była już słynna, z niewiadomych powodów gardziła przynależnością do wysokiej jakości sprzętów i od momentu zakupu odmawiała swej pracy.
    Chwila przerwy, właśnie tego mi trzeba., pomyślała i zaraz usiadła na ławce. Potem rozważyła powrót do domu, albo jeszcze półgodzinne torturowanie ciała, by wcisnąć się w wymarzone spodnie i odstresować od marudnych pacjentów.
    Nagle jej wzrok, niemal z objawieniem jasnowidza, powędrował w stronę mężczyzny, który dźwignął się właśnie z wózka i złapał poręczy.


    [... resztę zostawiam tobie, bo nie wiem w jakim stopniu on jest chory. :)]

    OdpowiedzUsuń
  14. Co jakiś czas w życiu pojawiają się takie okoliczności, kiedy człowiek musi zaprzeczyć swoim poglądom. Ona musiała uwierzyć w Boga. Niecałe pięć minut, tyle właśnie potrzeba by za pomocą słów, wykresów, ciągu liczb i przemądrzałym formułkom zniszczyć człowiekowi cały świat, który do tej pory z ogromnym trudem budował. Ludzie w białych kitlach, którzy lata swojego życia poświęcili na to by teraz móc patrzeć w oczy śmierci, bez strachu, lecz ze spokojem i wmawiać, z uśmiechem na ustach, choć z brakiem nadziei w głosie, że wszystko będzie dobrze. I mimo tego, że wyglądają na aniołów w bieli, choć zdaje się, że są święci, w takich momentach człowiek ma wrażenie, że stali się przewodnikami po piekielnych otchłaniach. Bo prawda jest taka, że ludzie sami w sobie są piekłem.
    Już pierwsze chwile spędzone w szpitalu dowodzą, że nie będzie łatwo. I choć nie trafiła tu po raz pierwszy i z pewnością nie ostatni i choć miała wrażenie, że to tu przyjdzie zakończyć jej to wszystko, czuła się jak małe, przerażone dziecko, w stadzie rozbieganych dorosłych. Pierwszą godzinę spędziła na oczekiwaniu na badania, podłączona do kroplówek, z dziesiątą już chusteczką przytkniętą do nosa, z którego wciąż, nieustannie sączyła się krew. Zaraz potem badania, jedno, drugie, ósme, które przeszła już nie raz, a mimo to wciąż robiło jej się niedobrze na samą myśl, a na widok igły chciało jej się płakać. Puszczenie jej samopas w "takim stanie" nigdy nie wchodziło w grę, jednak Gwen reguł się nie trzymała, bo system to zło, system trzeba łamać, a ona wygodnie rozgościła się po ciemnej stronie mocy. Dlatego też zerwała się ze smyczy przy pierwszej lepszej okazji, choć blada, zmęczona, wyglądająca jak duch, albo zombie, jeśli wziąć pod uwagę zaschniętą krew nad ustami i w ich kąciku. Tak naprawdę to gdyby tylko miała siły to chętnie odegrałaby scenkę rodem z TWD, co by sobie nieco humor poprawić. Szlajała się więc po korytarzach, zabrała jakiemuś dzieciakowi lizaka, na szczęście szczyl się nie połapał inaczej zapewne stado mamusiek zechciałoby ją ukrzyżować, lecz nie po to by zbawiła świat i wreszcie zatrzymała się przed automatem z przekąskami i napojami. Niczym dziecko z podstawówki huśtała się na piętach, wpatrując się w zawartość znajdującą się za szybką, aż wreszcie rzuciła pieniądze do dziurki, na szczęście była jedna, bo ta nigdy nie wiedziała jaka dziurka do czego służy, a zaraz potem z paluszkami ruszyła dalej. Wybierając się na wycieczkę krajoznawczą nie myślała o tym, że pół personelu, gdy tylko zorientują się, że zniknęła, zacznie jej szukać. Miała godzinę, bądź dwie, dopóki wyniki badań nie trafią w łapki jej lekarza, a do tego czasu powinna doskonale poznać choć połowę korytarzy, a przynajmniej z pewnością tak by się stało, gdyby nagle nie poczuła się zmęczona, gdyby nagle nie zakręciło się w jej głowie, przez co musiała oprzeć się o ścianę. Mruknęła cicho pod nosem, rozejrzała się nieco zamroczonym wzrokiem, aż wreszcie spoczął on na kanapie zajmowanej przez jedną osobę. Odepchnęła się więc od ściany, niezbyt mocno co by nie zaliczyć pięknej gleby, a po chwili stała już nad mężczyzną, mierząc go spojrzeniem wielkich, niemalże pustych w tym momencie oczu.
    - Wolne, nie? - zapytała, lecz zanim ten otworzył usta wepchnęła swój niewielki, kościsty tyłek na niewielki skrawek, jaki pozostawił. - Nie cierpię szpitali, są takie upiorne.- oznajmia po chwili spokojnie, tak po prostu jakby go znała od zawsze, przy tym stara się ładnie uśmiechnąć, choć chyba nie wychodzi jej to za bardzo.

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  15. Był niemal pewny, że gdyby jego życie kiedykolwiek zależało od poważnej rozmowy, bardzo szybko zakończyłby żywot na tym świecie. Nie był pewny czy kiedykolwiek udało mu się poprowadzić taką rozmowę bez tych wszystkich dodatków, które w tym momencie serwował Seanowi i które, podobno były całkiem urocze, bo świadczyły o tym, że co jak co ale Aidan Hamilton potrafi być czasem zakłopotany, ba! Potrafi czasem zamilknąć na dłużej niż trzy minuty, chociaż zazwyczaj buzia mu się nie zamyka. W tym momencie nie chodziło jednak o opowiadanie o koszmarnym dniu w pracy, ani o podwyżce cen paliwa, która jest istnym skandalem, nie chodziło też o wychwalanie pod niebiosa najnowszej kolekcji w ulubionym sklepie. Chodziło o poważną rozmowę dotyczącą ich związku, czyli czegoś za co Aidan dałby się pokroić bez słowa sprzeciwu. Nie umiał odpowiedzieć od razu, bo całkiem po prostu nie potrafił znaleźć słów, które w odpowiedni sposób wyrażałyby wszystko to co chciał powiedzieć. Aidan potrafił bajerować, potrafił ściemniać bez mrugnięcia okiem, potrafił załatwić wszystko, tylko za pomocą rozmowy telefonicznej. Potrafił dostać stolik w obłożonej restauracji, bo wystarczyło że w odpowiedni sposób podszedł do kobiety zajmującej się rezerwacjami. Potrafił zrobić absolutnie wszystko, a w dym momencie czuł się jak głupi uczniak, któremu zabrakło słów w czasie najważniejszej odpowiedzi w swoim życiu. Przez krótką chwilę pokręcił się po łazience, sprawdził czy wszystkie kurki są należycie zakręcone, czy drzwi przestały skrzypieć, chociaż tak na dobrą sprawę nigdy tego nie robiły. Wyrzucił za drzwi kota, który usiłował przerwać im w rozmowie swoim miauczeniem, sprawdził czy ilość ręczników równo poukładanych na jednej z łazienkowych półek, odpowiada jego wyobrażeniom o idealnej ilości ręczników w łazience, po czym stojąc w bezpiecznej odległości do Seana, wbił wzrok w okolicę płytek i nieco zmarszczył czoło.
    - Za rok, dwa czy dziesięć chcę dalej dzielić z tobą mieszkanie. Może niekoniecznie to, może jakieś bliżej centrum, albo może zupełnie w innym miejscu... Chce dzielić z tobą łóżko, samochód, konto bankowe i całe moje życie, bo nie wyobrażam sobie, że mógłbyś kiedykolwiek z niego zniknąć. I nie chodzi tutaj o moje egoistyczne podejście do wszystkiego co mnie otacza. Nie chcę żebyś w nim był dla samego faktu bycia, chcę żebyś był bo cie kocham. Bo dajesz mi poczucie stabilności, bo mam do kogo wracać i o kim myśleć jak już udaję że pracuje. I mimo że jestem słaby w prawdopodobnie wszystkich aspektach chociażby luźno związanych ze związkami, każdego dnia się staram, że już nigdy nie wrócić do tego co działo się w moim życiu, zanim ty się w nim pojawiłeś. I ja wiem że czasem mi nie wychodzi i być może sprawiam wrażenie, jakby zupełnie mi nie zależało, jakbym miał wszystko w dupie i jakbym na świecie liczył się tylko ja... Ale tak nie jest.
    Nigdy nie przyznawał się do tego, że ma jakiekolwiek uczucia i że potrafi nimi kogokolwiek obdarzać, ale tak naprawdę gdyby Sean postanowił się teraz wyprowadzić z aidanowego życia raz na zawsze, prawdopodobnie nie umiał by się we wszystkim odnaleźć. Bo chociaż momentami był chujem, był też bardzo zakochanym facetem, który nigdy wcześniej nie pomyślał, że mógłby kogokolwiek obdarzyć takim uczuciem, jakim obdarzał Seana.

    ~ Aidan.

    OdpowiedzUsuń
  16. Theodore miał dziwny stosunek do swoich pacjentów. Wiadomo, nie przepadał za nimi. Utrudniali mu życie. Gdyby było ich mniej mógłby szybciej wydostać się ze szpitala i zjeść coś z meksykańskiej knajpki. Lubi pikantne jedzenie. Lubi coś czuć w ustach, ten posmak ognia. Przypominały mu to czasy, gdy jeszcze stał wyprostowany przy drążku i podążał za swoim ciałem w odbiciu. Ale gdyby nie pacjenci nie byłoby go stać na te cuda, którymi codziennie zapychał swój żołądek. Co jak co, ale Pender przepadał za jedzeniem. Gdy były gorsze czasy, czasy nieustannych prób, napięcia, presji często jego pyszne posiłki lądowały w toalecie. Ale teraz zawsze czuł je w brzuchu i nigdzie się nie wybierały. Skończył się okres niszczenia własnego ciała i psychiki. Theodore był w pełni sprawnym mężczyzną, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Żadnych zaburzeń, depresji, chęci samobójstwa, kiedyś się z tego wyrasta. Z ubrań też się wyrasta. Ale z bycia dupkiem już nie.
    Pender należał do tego gatunku z wyboru. Może i jest takim łatwiej, bo ludzie nie lgną do niego jak misie do miodu, przyciąga tylko tych, co lubią być krzywdzeni. Bo on lubi być niezależny od innych. Jeśli ktoś stara się za bardzo ingerować w jego życie, zostaje wyrzucony z jego pamięci i wszelkie kontakty nikną. Do wspomnień się nie wraca. Do Irlandii się nie wraca. Do swojego życia się nie cofa. Bo to jest passe.
    Ale jak tu zapomnieć o swojej irlandzkiej egzystencji jak się miało własnego rodaka za pacjenta i to w dodatku również nierudego?! Theodore jeszcze bardziej naciskał na niego podczas zajęć. Lubił wyżywać się na kalekach za swoje własne błędy, przewinienia. Nie było to humanitarne i mijało się to w jakiś sposób z założeniem jego pracy. Ale czasem trzeba przycisnąć, by chorzy mogli odnaleźć w sobie siłę, by w końcu nie czuli się jak ofiary, a zaczęli działać.
    Jego tortury przynosiły zadowalający efekt. A Sean stał się w swego rodzaju kumplem. Kumplem od piwa. Bo w końcu każdy takiego powinien mieć. Picie w samotności niekiedy jest za smutne.
    Pub irlandzki przy piwie i jeszcze meczu piłki nożnej ligi nie innej, jak irlandzkiej musiał być punktem na liście Theo do zrobienia na dzisiejszy wieczór. Spodziewał się właśnie tam spotkać swojego nierudego znajomego.

    [Wyszło trochę takie masło maślane.]
    Theodore

    OdpowiedzUsuń
  17. Vesper Caldwell wywołała powszechne oburzenie wśród personelu oraz samego ordynatora oddziału szpitala w centrum Londynu, kiedy to po pół roku nienagannej pracy ponad siły, pierwszy raz od dawien dawna spóźniła się o całą godzinę. Dokładnie o siódmej trzydzieści, jej wysłużony Ford Mustang zdechł na przedmieściach Londynu, cztery domy od kamienicy, w której mieszkała wraz z półtoraroczną Puchatką. Biednemu wiatr zawsze wiał w oczy, więc biegnąc przez dokładnie skoszone trawniki i żywopłoty sąsiadów, pocieszała się myślą, że dziś zajechała dalej, niż wczoraj kiedy to kurs skończył się po pierwszym skręcie w lewo. Mimo nie jednych namów ze strony Christiny, upierała się, iż samochód ma gorszy dzień i po prostu nie chce dalej ruszyć; w takich sytuacjach miała plan awaryjny, który polegał na załapaniu się do auta sąsiada wyjeżdżającego kwadrans później od niej. Tom, dwudziestosześcioletni pracownik banku nie raz dwoił się i troił, aby poderwać jej siostrę, dla której praca była ważniejsza od życia prywatnego, a Vesper, widząc chemię między tą dwójką, knuła wraz z nim sprytny plan mający doprowadzić do randki. Spotykali się zatem od czasu do czasu, rozmawiając przy takich nikłych okazjach, co poskutkowało póki co jednym spotkaniem bankiera z Christiną. „Do boju Caldwell! Niech twoje jajeczka w końcu znajdą dla siebie pożytek!” – powiedziałaby matula Agnes, gdyby tylko dożyła tej chwili. Bezpieczniej było jednakże utrzymywać ten wulkan energii w nieświadomości. Będąc już pod szpitalem, przeczesała spoconą dłonią spięte niedbale włosy i z zarumienionymi policzkami z niemałym trudem przedarła się przez gąszcz reporterów, czyhających niczym sęp na padlinę, o ile tak można określić polityka, który trafił wczorajszego dnia na odział kardiologii z przebytym ciężkim zawałem serca. Nie miała okazji przejrzeć jego karty; wczorajszego dnia miała wolne, a zamiast pracować w przeciwieństwie do swoich bliskich, przeleżała cały dzień w zaciszu czterech ścian z książką i dwuletnią pudlicą na kolanach, wyłączając telefon komórkowy. Jeśli chodziło o pracę lekarza, okazywała się wyjątkowo kompetentną, rezolutną osobą mającą nie małą słabość do pacjentów szpitala – zawsze była gotowa powiedzieć dobre słowo, uklepać poduszkę dla wygody, czy nakłonić nawet najbardziej marudne osoby do przyjęcia dawki leków zapisanej w karcie. Tak, Vesper w pewnym sensie rekompensowała sobie stratę dwójki bliskich osób, która po trudach i wielu próbach, wreszcie związała się ze sobą, przeżywszy rok, ginąc w wypadku samochodowym. Miała także wyrzuty sumienia, jak każdy człowiek będący na jej miejscu; Agnes i Henry, jej rodzice, byli w najlepszych humorach tamtego wieczoru, gdy zadzwoniła po nie udanym spotkaniu z chłopakiem, prosząc, aby przywieźli ją do domu – mogła przenocować u koleżanki, ale zbyt zraniona zachowaniem ówczesnego partnera, uniosła się honorem, nie zamierzając o nim z nikim rozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ich samochód w połowie drogi zboczył na starym moście pozbawionym ogrodzenia przez nieznajomego osobnika, którego ojciec dostrzegł w ostatniej chwili – uniknął potrącenia tej osoby, lądując na samym dnie jeziora z żoną i szesnastoletnią córką pod powierzchnią. Pamiętała tylko moment, gdy złapał ją za rękę mówiąc, iż nie może odblokować pasów bezpieczeństwa; ta krótka chwila wypełniona czułymi słowami, była ostatnią, jaką dzieliła z rodzicem, gdyż Agnes uderzając głową o tapicerkę, zmarła na miejscu. Chociaż minęło blisko rok, zdawała sobie sprawę, kto był winien; nawet wówczas, kiedy straciła już przytomność godząc się ze śmiercią, została przypadkowo uratowana, choć w swoim mniemaniu – nie powinna.Uciekając od wzroku wszystkich, wślizgnęła się do dyżurki pielęgniarskiej, prędko pozbywając ubrań na rzecz schludnego, wykrochmalonego mundurku skąpanego w okropnym, zielonym odcieniu, skutecznie maskującym wszelkie krągłości kobiety. Zakreśliła czerwone kółko na dacie i przejrzała grafik sporządzony przez przełożonego. Garrett miał rację; była popieprz.ona z poczuciem winy i życiowymi wyborami, nic więc dziwnego, że po paru miesiącach oficjalnego związku, ulotnił się niczym kamfora. Energicznymi ruchami wyszczotkowała jasne włosy, upinając je w schludny, luźny warkocz spoczywający na jednym z ramion kobiety; przemyła delikatnie twarz lodowatą wodą obserwując przez chwilę zaczerwienione lica wydające się płonąć żywym ogniem. Kiedy uznała, że może się wreszcie pokazać, wzięła karty pacjentów, przypinając do kieszeni fartucha swój identyfikator. Skręciła na końcu długiego korytarza, wchodząc do pierwszego pokoju zabiegowego; zatrzymała się gwałtownie widząc odwróconą do niej tyłem sylwetkę ordynatora, tłumaczącego coś zawzięcie siedzącemu mężczyźnie. Ominęła ich postanawiając nie wtrącać się do rozmowy, sama zaś zerknęła w kartę staruszka przebywającego jeszcze w stanie narkozy, po skomplikowanej operacji; miała do Harvey’a niebywałą słabość, ponieważ dobrze im się gawędziło na tematy sportu i polityki, a że nie miał on nikogo bliskiego, zazwyczaj dziewczyna robiła mu drobne zakupy, wzbogacając nudny czas pobytu tutaj, kolorowymi czasopismami, czy krzyżówkami. Teraz także przyniosła jedną z gazet poświęconej futbolowi, więc pozostawiła ją wraz z resztą pieniędzy na stoliku obok łóżka.
      - Ha! Wiedziałem, że w końcu się spóźnisz, Caldwell. – usłyszała cyniczny głos Rogera, na dźwięk którego wręcz przewróciła oczami, odwracając się w mgnieniu oka, piorunując starszego, siwego mężczyznę spojrzeniem czystych, łagodnych oczu. – na jakim dystansie tym razem zdechł? Trzy, cztery metry? To istotne, założyłem się z Howardem o kanapkę, że nie wyjechałaś tym gruchotem poza garaż.
      – Panie Perl, mój samochód czuje się obrażony mianem gruchota. Kanapkę może pan spokojnie oddać Howardowi, a ja sama więcej się nie spóźnię, teraz jednak proszę o opuszczenie sali, pacjent zostaje pod moimi skrzydełkami. No, już – ponagliła go ruchem trzymanych w lewej dłoni kart, omijając zgrabnie puste łóżko dzielące ją od bruneta. Wzrok Perla wskazywał jednoznacznie, że chce poznać odpowiedź, a Vee, aby się go w końcu pozbyć, mruknęła niewyraźnie: – Cztery i pół domu dalej stanął. Sio.
      Ignorując śmiech opuszczającego pomieszczenie Rogera, zlustrowała wzrokiem posturę kolejnego pacjenta; zdając sobie sprawę z niebanalnego wzrostu tego mężczyzny widocznego podczas odpoczynku na rozłożonym maksymalnie łóżku, przeszedł ją dreszcz; gdyby stanął na nogach, mogłaby być zagrożona. Nic dziwnego, bo z metrem pięćdziesięciu siedmiu, nie należała do przeciętnych osób, złośliwi określali ją nawet, jako krasnala lub skrzata.- Panie Heffernan… nazywam się Vesper Caldwell, jestem jedną z lekarek na oddziale chirurgii. Spotkaliśmy się parę lat temu, asystowałam Woody'emu Wilson'owi podczas zabiegów.

      [Mam nadzieję, że zrekompensowałam Ci czekanie ;* <3]

      Vesper Caldwell

      Usuń
  18. Pieprzony Logan…
    Wracając z kolacji, którą matka wydała na cześć którejś ram rocznicy ich ślubu, chciała ukatrupić swoje męża. Spóźniła się, bo Logan nie wrócił do domu. Przyjechała sama, bo Logan nie wrócił do domu. Pojawiła się wściekła, bo Logan nawet nie raczył odebrać telefonu. I gdyby nie fakt, że obiecała matce, że nakłamała o wypadku w centrum miasta, pewnie humor popsułby się wszystkim obecnym w sporym, eleganckim domu państwa Rafferty.
    Trzydziestolatka odpowiedziała uprzejmie na pytania ciotek, sąsiadek, znajomych rodziny, kuzynów, ale kiedy któraś z kolei osoba spytała o jej małżonka, wyszła i nie wracała przez jakiś czas, siedząc w swoim starym pokoju. Spore łóżko przypominało o czasach, kiedy się z nikim nie wiązała, pochłonięta studiami, a potem robienie kariery. Pamiętała czasy, kiedy towarzyszyła na ślubie na Fridy, na chrzcinach Williama, kiedy była wolna i praktycznie sama. Kiedy nie kochała żadnego mężczyzny.
    Nie mogła jednak o wszystko obwiniać mężczyzny, za którego wyszła. Taką miał pracę, dlatego zeszła na parter i usprawiedliwiała go w dalszym ciągu, zgrywając cudowną, kochającą żonę, ale tak naprawdę czuła się parszywie. Ona – terapeutka par, doradzająca innym – siedziała sama przy stole i bez apetytu jadła zbyt suchego kurczaka. Zdecydowanie nie wierzyła w talent kulinarny swojej matki.
    Po kilku godzinach męki, niewygodnych pytań, niezliczonych współczujących spojrzeń i pretensjonalnych uśmieszków, siedziała w swoim aucie, jadąc przez las, kiedy to pogoda zdecydowała się na małego psikusa. Ulewa. Ulewa. Naprawdę, brakowało jej do szczęścia tylko deszczu. I auta, które nie chciało jechać. Veronica nie wierzyła, że może mieć większego pecha. Wyciągając z torebki telefon z ulgą stwierdziła, że ma zasięg i pełną baterię, bo przecież, gdyby była w filmie, zapomniałaby komórki u rodziców.
    Wybrała numer do Seana, bez żadnego wahania, bo przecież nawet nie zamierzała próbować dodzwonić się do męża.
    - Potrzebuję pomocy – rzuciła szybko, kiedy przyjaciel odebrał. Już po tonie jej głosu można było poznać, że nie jest zadowolona. – Utknęłam w pieprzonym samochodzie, w pieprzonym lesie zaraz za Londynem i mam dość, Sean. Musisz mi pomóc – dodała, opierając się skronią o chłodną szybę.

    [Takie niejakie to zaczęcie :(]

    Veronica Palmer

    OdpowiedzUsuń
  19. Nigdy się nie śpieszyła, bo nauczyła się cieszyć z każdej chwili. Zdawała sobie sprawę, że zazwyczaj taki przywilej dany jest tylko osobom, które poczuły na swoim karku zagrożenie i lepkie palce śmierci, widocznie jednak Sean był wyjątkiem, który potwierdzał regułę. Ona za bardzo pamiętała pierwszy szok, związany z poznaniem diagnozy i myśl, że nie dane jej będzie nacieszyć się przyjaciółmi, ludźmi, słodyczami. Nie myślała w tamtym momencie o tym, że tylu rzeczy nie zdążyła zrobić, myślała tylko o tych, które już posiadała, a które mogła utracić. Kiedy zaś udało się zwalczyć przeciwności losu, nie zamierzała gonić za nieosiągalnym. Miała swoje mieszkanko, miała swój butik, miała swoją kolekcję filmów francuskiej nowej fali, więc nie potrzebowała nic więcej. Po co się śpieszyć, skoro wraz z takim trybem życia jedynie wzrastał niedosyt...?
    Zresztą, była panią swojego życia, zwłaszcza swojego interesu – otwierała i zamykała sklep, kiedy chciała. Nie musiała spieszyć się do pracy na punkt ósmą, nie musiała też siedzieć do późna w nocy, mając nadzieję, że ostatni autobus lub metro, jadące w stronę jej domu, jej nie ucieknie.
    - Dorwałam maślane chipsy. Obleciałam pół dzielnicy i już bałam się, że wycofali z obiegu, ale w jednym z mniejszych sklepików znalazłam... W sumie zaczęłam zastanawiać się czy rzeczywiście nie była to limitowana edycja, dlatego nigdzie nie można ich spotkać, a ta paczka zawieruszyła się cudem gdzieś. Ciekawe ile ma lat i czy jest to zdatne do spożycia... - wymruczała, mijając mężczyznę i ruszając w stronę kuchni. Na jej progu postawiła torby z zakupami, chwilę w nich mieszając, aby wyjąć paczkę chipsów i rozpocząć szukanie daty, do której przekąska jest zdatna do zjedzenia. Jak na złość nic konkretnego nie mogła znaleźć. Albo tego nie było, albo oślepła całkowicie. W sumie skłaniała się ku drugiej opcji. - Zrobię sobie herbatę – rzuciła w końcu w kierunku przyjaciela, niedbale odrzucając chipsy na reklamówki.
    Primrose była tym typem kobiety, której szybko mijał okres pierwszego zakłopotania, związanego z poznaniem drugiej osoby, równie szybko więc zaczynała czuć się swobodnie w towarzystwie. Pal licho Seana, którego znała już tyle lat, że nie potrafiłaby zliczyć, a z którym znała się jak łyse konie, ale podobna tendencja była zauważalna również w przypadku świeżo co poznanych osób. Primrose była straszliwie zaciekawiona ludźmi, więc jej wrodzona ciekawość nie pozwalała nigdy na zachowanie długotrwałego dystansu. Z każdym kolejnym spotkaniem ten się zmniejszał, aż malał do tego stopnia, że odnosiło się czasami wrażenie, że dziewczyna niemalże narusza przestrzeń osobistą swoich znajomych.
    I tym razem nastawiła sobie wodę na herbatę, wyciągnęła kubek, wrzuciła saszetkę (bo piła herbatę tylko w saszetkach!) do środka, dopiero wtedy powracając znowu na przedpokój i opierając się delikatnie ramieniem o framugę drzwi. Trochę zachowywała się, jak gdyby to Sean był gościem w tym domu.

    OdpowiedzUsuń
  20. Dziwna to rzecz, te telefony, które niby potrzebne, dzwonią zazwyczaj kiedy nie powinny albo i w ogóle dzwonić nie muszą, bo to się po prostu wie, że spotkanie ma się odbyć. Tak też jest tym razem, Harvey nie sięga po swój aparat, bo jest weekend, po dwudziestej i w ciągu paru ostatnich dni nie dostał żadnej wiadomości, która wskazywałaby na to, że cosobotnia już tradycja miałaby zostać odwołana. Z Seanem tak to już jest, że mimo upływu lat pewne sprawy muszą pozostać na swoim miejscu, nienaruszone, choćby po to, by podczas pijackiej schadzki móc stwierdzić głośno, co by sąsiedzi usłyszeli, a najlepiej i pół miasta, że są jeszcze ludzie trzymający się pewnych obyczajów. Kiedyś, kiedy obaj byli dużo młodsi, w czasie studiów jeszcze, chadzali głównie do pubów. Wtedy to każdy pretekst był dobry, żeby tylko wyrwać się z mieszkania i skończyć w jakiejś melinie, upić się i rozmawiać o filozofii, która w tamtych czasach nie interesowała żadnego z nich. Dopiero później, kiedy to piwo okazywało się przejmować władzę nad ciałem (i portfelem) zdecydowanie zgodnie, że bezpieczniejszą opcją będzie koczowanie w domach – raz u jednego, raz u drugiego. A i taniej wyjdzie! I tak po dziś dzień, co sobotę (bądź też dwie – w zależności od pory roku, chęci i poziomu zapracowania czy zmęczenia) siadają grzecznie na kanapie i rozmawiają o wszystkim, niekoniecznie grzecznie, choć zawsze tak się zaczyna. Tak więc, kiedy nadchodzi odpowiednia godzina, a piwo leży na swoim miejscu w lodówce, słyszy dzwonek do drzwi. Otwiera je spokojnie, bo nic w nim agresywnego, gesty niezamaszyste i wpuszcza swojego gościa do środka, uśmiecha się swobodnie, bo kto jak kto, ale Sean wzbudza w nim na tyle pozytywne uczucia, że nie może się złościć tak bez powodu, ot, tylko na jego obecność. Wręcz przeciwnie, luźna atmosfera jest taką rzadkością, że kiedy w końcu nadchodzi (a dzieje się to zawsze, gdy w pobliżu zastaje swojego – tu chyba można już posłużyć się tym wyrażeniem – przyjaciela) trzeba tę chwilę przeciągać i chwalić.
    - Cześć – mówi, odsuwając się na bok, by zrobić mu przejście. Jednocześnie już odwraca się na pięcie, żeby dotrzeć do lodówki i wyjąć im po wstępnym piwie, tak na powitanie, co by wieczór milej rozpocząć.
    [Trochę bełkot, wybacz]/Harvey

    OdpowiedzUsuń
  21. Testament Jonathana Williama Marsha mówił jasno: Założoną przeze mnie firmę przepisuję mojemu jedynemu synowi Christianowi Marshowi, który według mojego życzenia ma prawo ją przejąć z dniem ukończenia dwudziestych piątych urodzin.
    Tak też się stało. Dlatego z dniem trzecim sierpnia, roku dwa tysiące dziesiątego, dwudziestopięcioletni Christian Marsh przejął dowodzenie nad firmą ojca, stając się właścicielem wielobranżowej korporacji, której olbrzymi budynek znajdował się w samym centrum Londynu.
    Nie ma co kłamać i wymyślać... z początku wcale, a wcale nie było łatwo. Nie znał się przecież od razu na wszystkim, więc kilka pierwszych miesięcy nie miało nic wspólnego z przyjemnością płynącą z bycia dowódcą wielkiego imperium, a kojarzyło mu się ze wszystkim co najgorsze... masą pomyłek i innych kompromitacji.
    Pamiętał, że jego ojciec współpracował swego czasu z mężczyzną o nazwisku Heffernan. Sean Heffernan. Sekretarka dostała jasne polecenie: miała poszukać mu namiary na tego człowieka, bo w tamtej sytuacji tylko on mógł mu pomóc.
    I pomógł. Tak jak się spodziewał. Jego umiejętności okazały się nieocenione, a pomoc bez jakiejkolwiek miary, która mogłaby ją należycie określić.
    Z faktu wdzięczności za dawną pomoc Sean był zapraszany przez Christiana na wszelkie bankiety firmowe, chociaż ich współpraca zakończyła się przeszło dwa lata temu, a Christian radził sobie świetnie ze wszystkim sam.
    Tak też było i tym razem. Bankiet powitalny dla nowych autorów rozpoczynających współpracę z wydawnictwem Marsh Books. Lista gości jak zawsze była długa, sala bankietowa na piątym piętrze należycie przygotowana, obsługa gotowa do pracy, wszyscy odświętnie ubrani.
    Miejsce dla Seana zarezerwowane zostało przy głównym stoliku, dla zarządu firmy i Christian tak naprawdę do końca nie wiedział czy tym razem raczy się pojawić, czy też nie.

    Christian Marsh

    [Wybacz za długość, za chłam i te pe... Nie umiem zaczynać. ;/]

    OdpowiedzUsuń
  22. Tego dnia miał być mecz jednej z jego ulubionych drużyn. A, że nie lubił oglądać takich rzeczy samotnie, postanowił wybrać się do baru na rogu. Był tam stałym klientem, więc nie musiał się obawiać, że ktoś mu pozwoli oberwać w jakiejś bójce. Szefowi tego przybytku przypadł do gustu i dogadywali się jak najlepsi kumple. On czasami dostawał piwo gratis, a w zamian próbował załagodzić jakąś ciężką sytuację. W końcu uczył w liceum, sztukę dyplomacji opanował do perfekcji, jeśli chodzi o zapanowanie nad wrzeszczącą hołotą. Chociaż czasami przegrywał w takich zdarzeniach, a potem musiał kombinować, żeby nikt w pracy nie zauważył opuchniętego oka czy nosa. Zwolnienia od lekarza też się przydawały, ale przecież nie mógł ich przynosić kilka razy w miesiącu. Wywaliliby go jak nic.
    No więc tego dnia wybrał się tam z zamiarem obejrzenia meczu i powrotu do domu. Ale wiadomo jak to się czasem kończy, gdy twoja drużyna zwycięża. A szczególnie, gdy przy piwie poznasz kogoś, kto rozumie twój tok myślenia. No więc takim oto sposobem, Zac nawalił się jak biszkopt z zupełnie obcym mu facetem. I wcale nie czuł się w żaden sposób naciągnięty czy też naciągany. Od tak dawna nie imprezował z nikim, kto był do tego chętny, że wciągnął się w to jak nigdy. Po prostu, w jednej chwili siedzieli i pili na czas piwo, a w następnej byli już na drugim końcu Londynu z przyczyn, których nie mógł sobie przypomnieć. Obaj byli przemoczeni i sapali jak konie wyścigowe. Sam nie wiedział czy to od potu wszystko klei się do niego, czy może gdzieś po drodze padał deszcz. Ale jeśli właśnie przebiegli taki odcinek, współczuł im bardzo mocno. Zakwasy zabiją ich następnego dnia.

    Zachary R.

    OdpowiedzUsuń
  23. - Wiesz... Chyba mamy za sobą ten etap, w którym którykolwiek z nas chciał kopać tego drugiego w tyłek. Ja mam to za sobą głównie dlatego, ze twój tyłek teoretycznie powinien być dużo wyżej niż zasięg zamachu mojej nogi, więc z mojej strony to trochę względy praktyczne. Ale tak naprawdę, to sam grzeczny w tym wszystkim nie byłem. Nie ukrywajmy, Sean. Potrafię być chujem. W dodatku takim małym i wyjątkowo egoistycznym chujem, któremu nie chce się wstać wieczorem z łóżka, więc gania innych po sweterki gdy jest mu zimno. Jestem cholernie wygodny, cholernie złośliwy i cholerny pewny siebie, a to podobno mieszkanka wybuchowa. I zawsze mi się wydawało, że wszyscy na tę mieszankę przystać muszą, bo przecież taka jest kolej rzeczy: Aidan każe, każdy musi. Tak mnie nauczono w domu, bo moja matka chyba miała serdecznie dość kolejnych kłótni i wolała przytaknąć mi na absolutnie wszystko, niż wysłuchiwać coraz to nowych wrzasków i pretensji. Bo pretensje potrafię mieć zawodowe i chyba nawet kilka razy zdążyłeś się o tym przekonać, więc skoro wtedy nie kazałeś mi wypieprzać, to może i teraz... Znaczy przez kolejne trzysta lat nie będziesz kazał mi tego robić. - powiedział na jednym wydechu, siadając gdzieś na ziemi.
    Siedzenie na ziemi zawsze wydawało mu się takie dorosłe. Ludzie w filmach siadają na ziemi zawsze wtedy kiedy mają jakieś kłopoty, zupełnie jakby ten punkt widzenia miałby im w czymkolwiek pomóc. Zapewne nigdy nie pomagał, ale po prostu coś takiego dobrze wygląda w kamerze i Aidan łudził się, że gdyby teraz, nagle jakiś reżyser postanowił wyskoczyć zza okna ich własnej łazienki, on również wyglądałby nienagannie. Miał to do siebie, że od zawsze martwił się tym jak wyglądał. Nie chodziło o względy czysto estetyczne ani o to, że miał zaburzony światopogląd albo ogląd własnej osoby. Wychodził z założenia, że jak cię widzą, tak cię piszą, więc starał się wyglądać na pewnego siebie ignoranta, który w dupie ma cały świat. I tak mniej więcej wyglądał przez większość swojego życia. Aidan miał w dupie. Liceum, studia, ludzi, własną rodzinę. Miał w dupie to co o nim mówiono i to jak powinien się zachować w poszczególnych momentach. Miał nawet w dupie te ciężkie dwa tygodnie, podczas których jego związek z Seanem wywrócił się na lewą stroną i postanowił pozostać tak na całe czternaście dni. Miał w dupie. Owszem, ale tylko pozornie. Pod całą tą maską wiecznego ignoranta, skrywał się Aidan, któremu zależało. Zarówno na tym jak patrzy na niego świat, jak i na tym co myśli i czuje Sean, bo zdawał sobie sprawę z tego, że bez niego, nie byłby tym kim teraz jest. I kim może się stać za parę dni, mając przy sobie tak wartościowego i (przede wszystkim) rozumiejącego go faceta.
    - Chciałby za dwadzieścia lat obudzić się w łóżku, spojrzeć na ciebie i powiedzieć, że było warto przejść przez to wszystko, przez co wspólnie przeszliśmy... I chciałbym też, żeby przestały napieprzać mnie plecy.
    Romantyzm, romantyzmem... Aidan nie chciał psuć doniosłej chwili, ale on pewnego czasu momentami czuł, że umiera a najwyraźniej stres podnosił u niego stężenie bólu w organizmie, przez co rozczulony uśmiech ustąpił na moment grymasowi bólu.
    - Ale naprawdę, chciałbym wiedzieć że to wszystko co sobie powiedzieliśmy i co razem przeszliśmy.. Żeby to wszystko miało długoterminowy sens.

    OdpowiedzUsuń
  24. Pijana Portia? Kiedyś owszem, zdarzało jej się stracić kontrole nad kieliszkiem. Jednak od kilku lat zadowalała się okazjonalną lampką wina, bądź kieliszkiem wódki. Stan upojenia alkoholowego w jakim była teraz był szokujący. Nie tylko dla innych kierowców, którzy jechali za nią, bądź przed nią na londyńskiej autostradzie, ale także dla niej samej. Nigdy nie pomyślałaby że w takim stanie wsiądzie do samochodu, a już na pewno dojedzie żywa do celu swej podróży. Owym celem był dom Heffernana, bo kogo by innego?
    Zaparkowała pod jego domem niemal idealnie, co było dziwne jak na osobę, która wypiła butelkę wina na pusty żołądek i wstydząc się swojego dziecinnego zachowania, wysłała mu wiadomość o jakże prostej treści: 'zejdza na dluaudhx. jestem w smaojcdzie'.
    Waygood niewątpliwie oczekiwała, że jej były partner rozszyfruje w jakiś sposób wiadomość, co nie byłoby trudne, jako iż mężczyzna należał do jednych z inteligentniejszych osób w jej otoczeniu.
    Zębami, jak to pozostało jej ze szczeniackich czasów, otwarła piwo, rozkładając się na siedzeniach i przymykając przy tym swe zmęczone i zapłakane oczy.
    Gdyby ktokolwiek wiedział, jak naprawdę się czuła, to zapewne zaproponowałby jej jakiś szlachetny i drogi trunek, a nie piwo za funta.

    [wybacz, że tak słabo i że dopiero teraz. mam nadzieje, że będzie wybaczone ;)]

    OdpowiedzUsuń
  25. Filozofia, jako nauka ludzi bezrobotnych, pasuje im idealnie na sobotnie wieczory, kiedy rzeczywiście obaj nie rzucają się z łapami na robotę. To, że robią to pod wpływem alkoholu, nijak nie wpływa na efekt końcowy, a mianowicie godziny spędzone na bełkocie o życiu, śmierci, pieniądzach, kobietach, mężczyznach, a kiedy wypiją zbyt wiele, nawet i o Bogu, którego Harvey tak się wyrzeka. Siedzą tak, męczą stare kufle, nowe puszki, butelki, zasypiają trochę na ziemi, trochę na kanapie, z ręką pod stołem lub głową, tylko po to, by tydzień później powtórzyć cały rytuał i rozmawiać na tematy podobne do poprzednich, choć nigdy nie takie same. Jakby te siedem dni zmieniło delikatnie ich punkt widzenia: zawsze mogli dodać coś nowego, byli gotowi rozpracować każdego człowieka, a w końcu i samych siebie, tydzień w tydzień robiąc się mądrzejsi. Trudno stwierdzić czy to kwestia jakości alkoholu, czy może jego ilości.
    Reklamówkę, którą dostaje na powitanie kładzie na blacie i wyjmuje zawartość na stół, rozbawiony kręcąc głową. Nie może sobie przypomnieć czy zdarzyło się tak, by Sean wpadł bez własnych zapasów, mimo że Harvey oczywiście kupował wszystko, co trzeba. Koniec końców - robiąc za mężczyzn, którzy nie zostawiają na potem, nie wyrzucają resztek, tylko jak mają to do samego końca i bez wymówek – obojętnie, co by się w tym mieszkaniu znalazło, zostanie wypite. Nie ma to nic wspólnego z alkoholizmem, bo tu chodzi o budowanie więzi, pewnego rodzaju może i braterskiej, a wódka, piwo czy whiskey mają tylko pomóc, ułatwić całą tę drogę, otworzyć usta i wylać mnóstwo obgadanych już tematów.
    - W takim razie w przyszłą sobotę trochę zabiorę – stwierdza zupełnie serio, bo jego umiejętności kulinarne kończą się na spaleniu tostów i zrobieniu idealnej jajecznicy. Okazuje się, że człowiek na samych jajkach przeżyć nie może. W gruncie rzeczy, powinien kucharzyć dobrze. Kroi ludzi na co dzień, więc teoretycznie krojenie samo w sobie nie powinno być problemem. Problemy przychodzą później, gdy trzeba gotować, smażyć, dusić; w tym momencie lepiej odsunąć się na kilka metrów i obserwować całą akcję z popcornem w ręce. – Jesteś okropnym synem, którego nie da się przekupić nawet jedzeniem, nie mogę w to uwierzyć- rzuca rozbawiony, wrzucając alkoholowe zapasy do lodówki. Żałuje tylko, że ta nie jest na kółkach i nie serwuje wszystkiego automatycznie, wtedy nie musieliby wstawać, a rozleniwienie mogłoby ich zjeść w całości.
    /Harvey

    OdpowiedzUsuń
  26. Alice Robinson była przez Jamesa nazywana różnorako. Była cudowną terapeutką, była wredną suką, była nic nie wiedzącą o jego sytuacji wariatką, swego czasu była nawet wrogiem publicznym numer jeden. Przede wszystkim jednak, była mądrą kobietą, która doskonale znała się na swojej pracy i wiedziała jak mu pomóc. Idąc po raz pierwszy na terapię, myślał że potrawa ona nie więcej niż miesiąc, bo przecież tyle właśnie trwają odwyki wszystkich hollywoodzkich gwiazdeczek, które lądują w klinikach średnio raz na pół roku. On jednak nie był hollywodzką gwiazdą, a Alice Robinson nie zarabiała na powracających do niej wiecznie pacjentach. Zarabiała na tym, że była najlepsza w swoim fachu, bo kogoś przeciętnego jego przełożeni po prostu by mu nie polecili. Od pierwsze spotkania minął grubo rok. Ponad trzysta sześćdziesiąt pięć długich dni, w trakcie których próbował zrozumieć siebie, świat i wszystkie składające się na niego elementy. Starał się ogarnąć swoje zachowanie, swoje pretensje do wszystkich i przede wszystkim swój nałóg, który nagle przestał być głęboko skrywaną „tajemnicą”, o której i tak wiedzieli wszyscy z jego otoczenia. James Heffernan był alkoholikiem i zrozumiał to pewnej zimowej nocy, którą przepłakał w samochodzie, z butelką wódki na siedzeniu pasażera i telefonem ratunkowym do Alice w drugiej. Robinson wymagała od niego dużo i wiedział doskonale, że pewnego dnia będzie wymagała jeszcze więcej; będzie go namawiać do pojednania ze światem, z którym wojnę wywołał na własne życzenie. I tak stało się szybciej niż mógłby przypuszczać. Miał zrobić listę, miał przyjść z nią do gabinetu, miał wytłumaczyć powody, dla których poszczególne osoby znalazły się na odpowiednio przyporządkowanych miejscach, aż w końcu miał wsiąść do samochodu i pojechać pod wskazane przez siebie adresy. Z połową nazwisk poszło łatwo, James wyjaśniał przyczyny swojego zachowania, a ludzie kręcili głowami z pełnym wzruszeniem i obiecywali pomoc w każdej sytuacji. Był pewny, że gdyby do nich zadzwonił, nikt nie wyciągnąłby w jego stronę ręki, ale przecież tak należało postąpić, a oni po prostu doskonale wpisywali się w odpowiedni scenariusz. Wiedział też, że z jedną osobą, której nazwisko widniało na samym szczycie listy, nie pójdzie tak łatwo. Sean Heffernan spędzał sen z powiek swojego brata, odkąd Alice wymarzyła sobie stworzenie listy. James tworzył w głowie odpowiednie schematy rozmów, zapisywał je na kartkach, rozwieszał po całym domu, a później wyrzucał do śmieci, bo żadne z zapisanych słów nie oddawało tego, co naprawdę chciał powiedzieć.
    Ostateczne pojednanie miało nastąpić w środę, bo podobno właśnie w środku tygodnia należy załatwiać wszystkie ważne sprawy. Alice przywiozła go pod wskazany adres, życzyła szczęścia, a później zniknęła za jednym z zakrętów, podczas gdy James miał ochotę uciec na drugi koniec świata. Nie pamięta jak dotarł na ostatnie piętro, ani też jak zapukał do ciemnych drzwi. Nie pamięta swojej reakcji na widok dawno nie widzianego bliźniaka. Nie pamięta co myślał, co czuł ani co powiedział. Pamięta za to brzdęk tłuczonej butelki drogiego wina, która rozpadła się na milion małych kawałków po tym jak wypadła mu z ręki i zderzyła się z podłogą. I wzrok Seana też pamięta. Wzrok, który wyraźnie sugerował, że nie powinien tam być.

    OdpowiedzUsuń
  27. Jacky była wrednym małym chochlikiem i trudno było nazwać ją inaczej, bo każda - a zwłaszcza jej obrażona - mina, wyglądała przezabawnie - małe oczka wbite w ciebie i kobieta ustawiona w pozycji bojowej, z wyglądu przypominająca wkurzoną wiewiórkę, której zabrałeś orzecha. Cóż... taka była King, a przynajmniej do momentu, w którym naprawdę jej nie zraniłeś. Wtedy tylko otwierała oczy zdecydowanie zbyt szeroko; rozchylała wargi, by łapiąc oddech nie zakrztusiła się, co by zepsuło efekt; i wycofywała się. Nie krzyczała. Po prostu odchodziła. I chociaż te stany tak bardzo się od siebie różniły, to nie ulegało wątpliwości, że była co najmniej jedna osoba, która potrafiła je określić - Sean. Nieprzypadkowo Jacky zawsze zapominała go liczyć, kiedy ktoś jej zadawał pytanie z kim się przyjaźni - to już nie była przyjaźń - to była miłość braterska, którą da się dzielić tylko z kimś, kto jest ci bliski, jak rodzina. A prawdę powiedziawszy rodzina Jacky była stosunkowo... cóż, w zasadzie jej nie było.
    W zasadzie kiedy Sean jej powiedział, że ma być u siebie w domu, bo on zamierza jej złożyć wizytę, to najpierw się roześmiała, bo to zazwyczaj ona do niego przychodziła, ale szybko się dowiedziała, że to żaden żart.
    Teraz tylko chodziła po domu lekko zirytowana i zmartwiona cóż tak ważnego mogło się stać. Może nie rozmawiali już codziennie, ale Kingówna mogłaby przysiąc, że oddałaby życie, za każdego z członków tej rodziny, jak za własną.
    W zasadzie racja - dawno nie rozmawiali - nawet nie wiedziała, co ma mu mówić... tyle się wydarzyło, tyle... zepsuło. Zacisnęła oczy i prawie wpadła na jeden z kartonów w swoim pokoju. Nic się nie zmieniło - w mieszkaniu nie było żadnych mebli po za łóżkiem i jednym lustrem. Wszystkie rzeczy w kartonach.

    Jacky King

    OdpowiedzUsuń
  28. - Nie uważam się za mrocznego dupka. - zaprotestował od raz. Mroczny nigdy nie był, w żadnym calu. Owszem, był egoistą i ignorantem. I złośliwy też był, choć zazwyczaj swoją złośliwość obracał w żart, ale mroczny to zdecydowanie nigdy nie był. - I nie jestem wredny dla kogoś, żeby ten ktoś mdlał z podziwu na mój widok. Ja po prostu nie lubię dużej ilości ludzi i tyle. Miły jestem dla klientów i to tylko wtedy kiedy są ze mną w jednym gabinecie, bo jak tylko wychodzą to zazwyczaj uśmiech szybko schodzi mi z twarzy. Zazwyczaj, bo oczywiście zdarzają się tacy klienci, do których najchętniej wpadałbym w niedziele na rodzinne obiadki. Ostatnio miałem takiego, poczciwy dziadek, który zaprosił mnie na ślub swojej wnuczki. I wiesz co? Naprawdę miałem ochotę się na niego wybrać, a to chyba jednoznacznie wyklucza jakąkolwiek „mroczność” z mojego życia, nie sądzisz? A co do tych sweterków... - zaczął z miną małego filozofa. Sprawa ze sweterkami miała głębsze znaczenie. Nie chodziło tylko o sam fakt spania w „czymkolwiek ciepłym”, chodziło o to że Aidan nigdy nie potrafił się zdecydować na to czy jest mu zbyt zimno czy zbyt gorąco. Spanie w samej koszulce wiązało się z możliwością zmarznięcia w nocy, co skutkowało niewyspaniem i podłym humorem od samego rana, to samo było z przegrzaniem. Zakładanie do łóżka wielkiej, sportowej bluzy powodowało najczęściej, że budził się w środku nocy z uczuciem, które można było spokojnie porównać do spalania się w piekle, w dodatku w najniższym jego kręgu. - Sweterki po prostu zapewniają idealną temperaturę do spania. Tylko śpiąc w sweterkach, i to nie wszystkich, mogę być pewnym, że nie będę musiał wstawać w nocy i szukać ciepłej bluzy, albo wręcz przeciwnie ściągać jej bo umieram z gorąca. Mój drogi... - wygiął się lekko, próbując tym samym rozprostować bolące plecy – To wszystko jest skrzętnie przemyślaną decyzją, która pozwala mi spokojnie przesypiać noce.
    Co do wizyty u lekarza, to Aidan miał bardzo krótką odpowiedź na zadane przez Seana pytanie. On po prostu nie znosił szpitali, gabinetów lekarskich i samych ludzi biegających w białych/niebieskich kitlach/wdziankach, które przyprawiały go o istny zawrót głowy. Plecy co prawda dokuczały mu coraz bardziej, ale wystarczyła tabletka przeciwbólowa i na kilka godzin był spokój, a skoro był to po co czekać na wizytę u jakiegokolwiek lekarza?
    - Pójdę, pójdę... Tylko teraz nie mam czasu bo mam kilka dużych projektów – zauważył, robiąc przy tym minę człowieka, który pracuje od siódmej do dwudziestej i nie ma nawet pięciu minut przerwy – Ale pójdę, bo ostatnio w ogóle myślałem że mam zawał serca.. Serio, miałem wszystkie objawy, nawet ręka mi drętwiała.

    OdpowiedzUsuń
  29. Cofnęła się więc do kuchni, zrobić herbaty i jemu. Nawet nie zaczęła mruczeć pod nosem, że tak haniebnie ją wykorzystuje, chociaż sam mógłby ruszyć tym swoim wózkiem, przyjechać tutaj i się obsłużyć.
    - Nie będę zrzędziła, że zamiast przyjmować gości, powinieneś pisać swoją pracę, bo owym gościem jestem ja, a jak wiadomo jestem wyjątkiem i na mnie nie wolno narzekać. Nigdy. Wiesz jak to jest, nie powinno się narzekać na osoby na wózku inwalidzkim, te po chemioterapii i z zaburzeniami psychicznymi. I na te, którym dopiero co umarło zwierzątko domowe. Narzekanie w tym wypadku byłoby działaniem o dużej szkodliwości społecznej. - Sama chyba nie wiedziała co mówi, ale mówiła, wyciągając kolejny kubek, wrzucając do niego obie torebki herbaty i zalewając wszystko wrzątkiem. - Tak się składa, że ja nie mogę narzekać na Ciebie, a ty na mnie, idealny układ.
    Dobra, teorię o wysokiej szkodliwości społecznej narzekania na owe grupy społeczne, wymyśliła sama, w dodatku przed chwilą, z marszu, nie przeszkodziło jej to jednak mówić tonem pełnym przekonania, czasami zatrzymując się i kiwając głową, jak gdyby chcąc potwierdzić swoje słowa. Tak naprawdę był to jeden wielki bełkot osoby niewykształconej, bo Primrose zaraz po ukończeniu szkoły średniej, zarzuciła wszelki plany dalszej edukacji, poświęcając się roli kochającej żony, czekającej na męża z obiadem. A to, że obiad zazwyczaj był przypalony, przesolony, lub z innych przyczyn niemalże niejadalny, to inna sprawa, widocznie nie urodziła się, aby być zawodową kucharką. Czasami wydawało jej się, że urodziła się tylko po to, aby leżeć, ładnie wyglądać i pachnieć, bo nic się jej nie udawało w życiu. Co dziwniejsze, była tym faktem jedynie rozbawiona, a nie zdołowana.
    - Karmisz tego Szkota, a wyprowadzasz chociaż na spacer? - Primrose dalej nie mogła przyzwyczaić się do myśli, że Aidan to nie zwierzątko domowe a facet, w dodatku samodzielnie egzystujący. Jej zdaniem Sean zamiast Szkota, powinien sobie zafundować jakiegoś kocura, który leniwie wylegiwałby się na jego biurku, podczas gdy Heffernan kląłby nad laptopem, próbując coś napisać. No ale Sean chciał Szkota, to miał Szkota. Zresztą skąd mogła wiedzieć czy Szkot nie wyleguje się, pdoczas gdy Sean głowi się nad pracą doktorancką. - Chyba sam się wyprowadza, nigdy go nie ma, kiedy zaglądam – dodała w końcu, wzdychając ze zrezygnowaniem. - Tak jakby przeczuwał, że się zbliżam i nie chciał mnie poznać.
    Ubolewała nad tym, że nie zna jeszcze Aidana, chociaż z Seanem się woziła już kilka lat. Ubolewała nad tym nawet teraz, sięgając po łyżeczkę i wyciągając torebki z herbatami.

    Primrose B.

    OdpowiedzUsuń
  30. Dean nie należał do nachalnych idiotów, którzy nie mogąc dostać się drzwiami, walą do człowieka oknami. Nie bawiło go bycie natrętem i czyimś wrzodem na tyłku, bo sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak tacy ludzie irytują. Co więcej, mógł być dupkiem, narcyzem oraz ignorantem, ale daleko było mu do hipokryty. A skoro gardził osobnikami, którzy nie znali pewnych granic co do zajmowania uwagi znajomych, wiadome było, że sam nagle nie wskoczy w rolę przysłowiowego rzepa, łapiącego się psiego ogona. Czasem bywał jedynie nieco bardziej niż spokojny i nieco mniej niż taktowny, nie mogąc powstrzymać się przed niezapowiedzianymi wizytami w domu kogoś, kogo nie widział przez kilka dobrych lat. Tak było również dzisiaj, gdy stanął przed drzwiami do, jak mu się zdawało, mieszkania jego brata. Robił teraz za małego intruza, ale nie przeszkadzało mu to póki mógł usprawiedliwić się więzami krwi. W końcu żaden szanujący się członek rodziny nie pośle go do Honolulu tylko dlatego, że się nie zapowiedział, prawda? Domeną krewniaków było właśnie to, że zwalali się komuś na głowę w najmniej sprzyjającym momencie, więc Dean postanowił jedynie pociągnąć tę tradycję dalej, przedłużając ją na młodsze pokolenie. Pukając do drzwi nie spodziewał się jednak tego, że nie zastanie Aidana. Chociaż nie... o tym może nawet myślał. To, co go zaskoczyło to otwierający mu drzwi nieznajomy. Wysoki brunet, o którym starszy z Hamiltonów wiedział tyle co nic. Aż zwątpił, czy stanął przed odpowiednimi drzwiami, ale spoglądając na drzwi po prawej stronie, stwierdził, że liczbowo wszystko mu się zgadza.
    - Aidan nie wspominał, że ma współlokatora... - zaczął jak gdyby nigdy nic, zupełnie nie przejmując się tym, że nawet nie wyjawił swojego imienia. Każdy głupi mógł zauważyć, że Dean ma pewne cechy genetyczne, które upodabniają go do brata, a raczej Aidana do niego, bo to on z nich dwóch był starszy. Oboje byli blondynami, mieli podobny zarys szczęki i jasne oczy. To było dostatecznie mocną podpowiedzią dla bruneta, więc Dean nie czuł potrzeby przedstawiania się. Zamiast tego czuł się na tyle swobodnie, by wprosić się do mieszkania.
    - Wpuścisz mnie, czy będziemy stać tu w progu jak dwóch kretynów? - zanim dostał odpowiedź, przełamał pierwszą barierę, opierając się ramieniem o ścianę, tuż przy mężczyźnie, a ściślej mówiąc: przy samym wejściu do mieszkania. Ten manewr znacznie zmniejszył odległość między nimi, co osobiście Dean uważał za idealną grę psychologiczną. Jeśli brunet poczuje się niezręcznie, cofnie się samoistnie, a to pozwoli wyminąć go w drzwiach.

    DEAN

    OdpowiedzUsuń
  31. James doskonale wiedział, że nie będzie łatwo. Alice rozpościerała przed nim najbardziej czarne z czarnych scenariuszy, ale robiła to tylko dlatego, że nie chciała żeby mocno odczuł porażkę. Prawdopodobnie zdawała sobie sprawę z tego, że może zostać odesłany z kwitkiem, bo po tym wszystkim co zrobił swojemu bratu, ozłociłaby Seana, gdyby postąpił inaczej niż w tym momencie. Alice była swego rodzaju czarownicą, która potrafiła przewidzieć każdy ruch i każde słowo. Wiedziała kiedy, wiedziała dlaczego i przede wszystkim, wiedziała jaki będzie finał poszczególnych sytuacji. To z pewnością czyniło z niej świetnego fachowca, ale też sprawiało, że James miał gęsią skórkę na samą myśl o tym, że ta drobna kobieta wie o nim więcej niż on sam.
    Słysząc pierwsze słowa brata, miał ochotę uciec z podkulonym ogonem. Zbiec po schodach, znaleźć bar w którym sprzedają tanią wódkę i zaszyć się tam do końca świata, albo przynajmniej do końca pieniędzy, które miał w portfelu. Kart od dawna przy sobie nie nosił, za bardzo kusiły bo dawały niemal nieograniczoną możliwość picia. Jeszcze niedawno James nie potrzebował nawet konkretnego powodu, bo powodów było tyle, że mógł jedynie w nic przebierać. Pił za dobry dzień, za zły dzień, za wygraną meczu ulubionej drużyny, za przegraną, za kichnięcie sąsiadki i za to, że pies sąsiada narobił mu na wycieraczkę. W wojsku pił z tęsknoty, z radości, z żalu, aż w końcu pił tylko po to, żeby się napić, bo było prawdopodobnie najgłupszą rzeczą którą kiedykolwiek zrobił. Zawsze mu się wydawało, że jest silnym facetem, że jest najsilniejszy w rodzinie, bo w końcu zdecydował się na wojskową karierę, a później spędził szereg miesięcy w istnym piekle. Do dziś budził się w nocy, bo miał tą głupią myśl, że zaraz ktoś go zastrzeli, albo że za kilka chwil samochód pułapka wybuchnie tuż pod jego oknami. James przeżył wiele, śmierć najlepszych przyjaciół, ostrzelaną bazę w Iraku, pierwszy strzał do cywila, który mierzył w niego ze starego karabinu. Przeżył rozbrajaną bombę i ataki z zaskoczenia. I pewnie mógłby powiedzieć, ze pił właśnie przez to. Zapewne mógłby zwalić winę na wojsko i na nieodpowiednią opiekę psychologiczną, która tak naprawdę była świetna. Mógłby, ale nie chciał bo doskonale wiedział, że każde sięgnięcie po butelkę było jego świadomym wyborem, na który nikt nie miał wpływu. Pił bo lubił, a potem pił bo musiał, bo bez butelki w ręce świat był mniej kolorowy, a szarość rzeczywistości dobijała go już w chwile po wstaniu z łóżka. Był alkoholikiem i potrzebował leczenia, a teraz potrzebował też chwili rozmowy z bratem, który najwyraźniej nie miał ochoty usłyszeć tylko kilku słów.
    James cofnął się dwa kroki i spojrzał na dużą, czerwoną plamę, która wyglądała naprawdę malowniczo na jasnych płytkach. Przez chwilę wpatrywał się w w odłamki szkła i nie chodziło o to, że widok był szczególnie zapierający dech w piersiach. James nie miał odwagi, żeby podnieść wzrok, a to jednoznacznie uświadomiło mu, że do bycia tym najsilniejszym, naprawdę dużo mu brakuje. Chciał coś powiedzieć, chciał wydusić z siebie to jedno najważniejsze słowo, z którym tu przyszedł, ale głos ugrzązł mu gdzieś w gardle i powodował jedynie to dziwne uczucie pozbawienia tchu.

    OdpowiedzUsuń
  32. Kiedy tylko otworzyła drzwi zdała sobie sprawę, że to nie ona będzie mówiła. W sumie jej to odpowiadało, bo za cholerę nie chciałaby zawracać jego przejętej, radosnej główki swoimi problemami, a Jacky miała problem z kłamaniem przy którymkolwiek z braci Heffernan. Może dlatego ich kontakt się urwał... w końcu kiedy Jacky się coś działo, najczęściej się od ludzi odsuwała i chciała sobie radzić samej, a jak już z czyjąś pomocą, to na pewno nie od kogoś kto ją zna. No a Sean był za bardzo zajęty by coś zauważyć. W sumie dla niej chyba lepiej. Spojrzała na okno na końcu swojego pokoju i zrobiła głupkowatą minę. Okej, może nie lepiej...
    Skupiła wzrok na chłopaku, który bezpardonowo wszedł do jej pokoju i zajął miejsce przy największym z kartonów jaki stał w pokoju - bo ona przecież nie miała żadnych mebli po za łóżkiem i lustrem. I biurkiem, ale to było od półtora roku nieskręcone. Tak więc mieszkała w katonach od przeprowadzki. Lubiła swój styl bycia.
    Wzięła do ręki kartkę, czytając "Aidan". Ściągnęła brwi i usiadła na podłodze na przeciwko chłopaka, po czym wręczyła mu kartkę.
    - Mogę to zrobić, ale nie wolałbyś pomocy od kogoś komu wcześniej powiedziałeś, że bierzesz ślub? Jednego z gości? Świadka? Drużby? Bo jak sądzę, chodzi o twój ślub, chyba, że zmieniłeś prace i teraz jesteś doradcą. - Ściągnęła brwi, po czym jeszcze raz spojrzała na kartkę. - Chociaż z tego co widzę, to jeszcze świadka nie masz.
    Nie było widać po niej ekscytacji. Raczej spokój, który najczęściej się u niej pojawiał albo kiedy była znudzona, albo gdy starała się na kogoś nie nakrzyczeć i nie rzucać przedmiotami.
    Ślub... - ściągnęła brwi, po czym wypuściła z płuc powietrze. To możliwe, że odsunęli się od siebie, aż tak bardzo? Ona tego nie zauważyła - no ale ona nie robiła co miesiąc listy obecności swoich przyjaciół, miała pewne przyzwyczajenia.

    Jacky King

    OdpowiedzUsuń
  33. Na jakiekolwiek wspomnienie o służbie zdrowia, Aidan reagował dość...alergicznie. Mógł oglądać wszelkie seriale medyczne, mógł być fanem gwiazdorskich pseudolekarzy, ale fakt, że mógłby znaleźć się w szpitalu, powodował u niego chęć ucieczki na drugi koniec świata. Podczas gdy Sean rozmawiał z Szanownym Panem Prawdziwym Doktorem, Aidan obmyślał plan ucieczki z tego świata. Nagłe wybiegnięcie z łazienki nie było jednak zbyt mądrym planem ewakuacji, więc grzecznie poczekał na to, aż jego luby postanowi oznajmić mu radosną nowinę. Nie miał pojęcia na jakiej zasadzie dokładnie działa rezonans, ale był więcej niż pewny, że są gdzieś na świecie nieliczne udokumentowane przypadki pacjentów, którzy w tej maszynie śmierci umarli. Hamilton wiedział, że jutro do południa dołączy do tej osławionej gromadki, a studenci medycyny będą się o nim uczyć z grubych podręczników.
    - Rezo...Nans? - zapytał, starając się spokojnie usiąść na brzegu wanny, nie zdradzając tym samym żadnych objawów nagłe ataku paniki, który niewątpliwie przeżywał. Mógł skończyć ze spadochronem, mógł to zrobić nawet bez spadochronu, ale wizyta w szpitalu, szczególnie z samego rana, była ponad jego siły. - Ale ja jutro nie mogę. Mam spotkanie rano w sprawie projektu... Królowa chce przebudować sypialnię... Dla psów. Sam wiesz, Królowej nie można odmawiać, bo potem pojawiają się niepochlebne opinie w prasie. Jeśli oczywiście komukolwiek po odmowie uda się dożyć następnego dnia, bo najczęściej monarchia wysyła agentów MI5 albo MI6, nigdy nie potrafię ich rozróżnić. W każdym razie wysyła tych, którzy szkolili Jamesa Bonda,, a wiesz jak u mnie z samoobroną, mogłoby mi nie wyjść w starciu z pięcioma Bondami. A gdyby mi wyszło, to byłoby jeszcze bardziej głupio bo wtedy okazałoby się, że jedni z najlepszych agentów dali się pokonać architektowi. I co wtedy? A ja ci powiem co... - powiedział szybko, nie dając tym samym dojść Seanowi do słowa – Wtedy Rosja wysłałaby po mnie swoich ludzi, stanąłbym przed obliczem największego z ich generałów i on by powiedział: Słuchaj Aidan, musisz dla nas pracować. Damy ci czarną wołgę i zapas rubli na całe życie... Ale ty musisz dla nas pracować, bo pokonałeś Bonda, a takich ludzi nam trzeba.I musiałby cię zostawiać bo Rosji się nie odmawia, bo oni tam mają niedźwiedzie z wielkimi karabinami. Sam widzisz, nie mogę jutro iść na spotkanie z twoim panem doktorem... Ale następny wolny termin wezmę. - dodał ze sztucznym uśmiechem, który miał zamaskować ewidentne zdenerwowanie i nagły atak bólu, który poczuł nawet w najmniejszych kosteczkach swojego ciała.

    ~Aidan.

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie był pewny czego tak w zasadzie chciał. Może tylko chwili jego uwagi, a może po prostu spotkania z dawno niewidzianym bratem, który lata temu był wiernym towarzyszem wszelkich dziecięcych zabaw. James doskonale pamiętał czasy, w których bili się o przywództwo w podwórkowej bandzie żołnierzy. Pamiętał też jak godzinami knuli drobne spiski przeciwko siostrom i co ładniejszym koleżankom z sąsiedztwa. Pamiętał jak ganiali za piłką, jak sprzeczali się o dziewczyny, jak z pokorą przyjmowali reprymendy od rodziców i jak już chwilę później robili dokładnie to samo, za co chwilę wcześniej dostali po uszach. Pamiętał te błogie czasy kiedy największym problemem była niewystarczająca ilość żelek, kiedy pies sąsiada z naprzeciwka był największym zagrożeniem na ulicy. I jak za nic nie potrafił zrozumieć matmy, chociaż Sean wymiatał we wszystkich obliczeniach i zawsze kończył zadanie jako pierwszy. Pamiętał nawet jak przyszedł kiedyś za niego na jedną popraw klasówki z trygonometrii i pewnie tylko dlatego zdał do następnej klasy. Pamiętał wiele miłych chwil spędzanych na schodach prowadzących do domu albo w podprowadzanym rodzicom samochodzie. I kiedy stał teraz nad plamą z wina i słuchał pytań jedynego człowieka, którego kiedyś mógł nazwać przyjacielem, zastanawiał się co i kiedy poszło nie tak. Jakim cudem oddalili się od siebie tak bardzo, że przygotowując się do tego spotkania spędził dwie godziny z głową w muszli toaletowej, zostawiając w niej wszystkie wyrzuty sumienia i źle podjęte decyzje. Wiedział, ze trzy-czwarte kłótni było z jego winy, wiedział że przez ostatnie kilkanaście miesięcy jedynie przelało czarę goryczy. Wiedział też, że nie ma co liczyć na miłe powitanie i herbatkę z ciasteczkami, nad którą będą opowiadali ostatnie lata swojego życia. James świadomie podjął decyzję o pozostawieniu za sobą własnego brata, świadomie ignorował kolejne połączenia i wiadomości na skrzynce głosowej. Nikt nie wyrywał mu telefony z ręki i nikt nie zabraniał napisać choćby kilku słów w mailu do wielu adresatów. Podjął te decyzje sam, choć prawdopodobnie były najgłupszymi decyzjami w jego życiu. Czasu nie mógł jednak cofnąć, mógł tylko stać i patrzeć na odbijającą światło czerwoną plamę z wina, którego nawet nie mógłby wypić.
    - W tej chwili... To chciałbym chyba jakąś szmatę, żeby sprzątnąć ten burdel, który narobiłem. - nie był pewny czy mówi o zbitej butelce czy całym gównie, w które bardziej bądź mniej świadomie się wplątał. Chcąc jednak dać sobie kilka dodatkowych chwil na przemyślenie całej sytuację, kucnął tuż obok plamy wina i zaczął wybierać z niej co większe kawałki potłuczonego, ciemnego szkła.

    OdpowiedzUsuń
  35. Cathleen była jedną z osób, które posiadały wielkie pokłady niewyczerpanej energii. Mogła cały dzień skakać, śmiać się, wygłupiać, tańczyć, ćwiczyć, a i tak miała jeszcze siłę na ugotowanie kolacji (przy okazji robiąc prywatny koncert swoim współlokatorom i sąsiadom), naukę i Bóg wie co jeszcze. Lubiła wysiłek fizyczny, więc nic dziwnego, że prócz tańca, chodziła przynajmniej raz w tygodniu na siłownię, a ostatnio zapisała się także na kurs samoobrony. Nie żeby czuła się zagrożona, nic z tych rzeczy. Ot, pomyślała, że ta umiejętność w przyszłości może jej się przydać, a i dodatkowy wysiłek dobrze jej zrobi. Poza tym, im więcej przebywała poza domem, tym Sean i Aidan mieli więcej spokoju, co niewątpliwie sprawiało im przyjemność. Cat bowiem miała pewność, że choć robią dobrą minę do złej gry i może w jakiś sposób ją kochają, mają dość jej wieczornych koncertów, muzyki włączonej na full, filmów akcji, które ogląda niemal każdej nocy i tych wszystkich głupich pomysłów. Nie zamierzała jednak się zmienić, ani poprawić, a nad wyprowadzką nawet nie miała zamiaru się zastanawiać. Inaczej kogo by męczyła swoim towarzystwem, kogo irytowała w tak wyrafinowany sposób i na kim sprawdzałaby nowe chwyty, których nauczyła się na kursie? No właśnie, nie miałaby nikogo w pobliżu. A ona tak uwielbiała męczyć swojego ukochanego braciszka i jego chłopaka, nawet jeżeli obaj byli na skraju wytrzymałości. Czasami naprawdę robiła z nimi co chciała, a oni nie mieli wtedy nic do gadania. Cat nie przejmowała się nawet faktem, że teoretycznie znęca się nad inwalidą. Inwalida ten bowiem był jej bratem i mogła znęcać się nad nim ile tylko chciała. Szczególnie, że był starszy i to on zazwyczaj ją męczył i wykorzystywał, więc teraz czas się na nim odegrać. Oj tak, zemsta niekiedy bywa słodka.
    Dzisiejszy dzień miała wolny od wykładów. W końcu mogła się wyspać, spokojnie wziąć długi prysznic i nie martwić się, że się spóźni. Nie miała jednak zamiaru siedzieć do wieczora w domu, więc w południe przespacerowała się na siłownię, gdzie spędziła kilka następnych godzin. Później obiad na mieście z koleżanką, kilka chwil spędzonych na sali tanecznej, aby w końcu wybrać się na kolejne zajęcia z samoobrony. Naprawdę je lubiła i wcale nie dlatego, że miała seksowną instruktorkę. Ale i tak największą frajdę miała wtedy, gdy nowo poznane chwyty ćwiczyła na swoich współlokatorach. Oczywiście i tak najczęściej lądowali później na podłodze, bo Cat wciąż się uczyła, a oni byli dwa razy więksi i silniejsi, cóż poradzić. Dziewczyna jednak nigdy się nie poddawała i nie dawała im chwili spokoju, dzisiaj też nie zamierzała. Dlatego kiedy tylko wróciła do mieszkania, wciąż ubrana w dres i niemal cała spocona, od razu zaczęła poszukiwania Seana i Aidana.
    - Sean! - klasnęła zadowolona w dłonie, gdy znalazła brata w salonie, który znowu siedział przed telewizorem, jakby nie miał nic do roboty. A miał i Cat doskonale o tym wiedziała, jednakże już dawno odechciało jej się przypominanie mu o tym.- Sean, wyłącz wreszcie ten telewizor! Chcę ci coś pokazać – powiedziała, szczerząc do niego zęby w szerokim uśmiechu, który nie wróżył niczego dobrego.

    Cathleen

    OdpowiedzUsuń
  36. [Spodziewałam się, że tak będzie, więc nie ma sprawy xD]

    Spotkała się ze stwierdzeniem, że diablęta charakterek mają po niej. Cóż, jak już koniecznie decydować do kogo się pod jakim względem upodobniły, to fakt - w tym zakresie do głosu doszły geny Heffersonów, w przeciwnym razie mogłaby liczyć na posiadanie w domu istnych aniołków, choć najpewniej roztrzepanych ponad wszelką miarę. Może to miała być jakaś dziwna forma zachowania równowagi, zważywszy, że wyglądem zdecydowanie wdały się w Collinsów. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła stare zdjęcia siostry Ethana, miała wrażenie, jakby patrzyła na Maeve albo Aine. A do tematu charakteru wracając... Nie powiedziałaby, że kiedykolwiek była przynajmniej w połowie tak nieznośna, jak te małe potworki bywały, ale kłócić się zamierzała. Uparte, wygadane i zadziwiająco pamiętliwe - obiecać im coś, a potem spróbować się z tego wyplątać, oznaczało jeden z największych możliwych do popełnienia błędów.
    Plan był taki, żeby w miarę szybko uwinąć się z końcówką zaczętej wcześniej pracy i później dopiero faktycznie zająć się dziewczynkami. Prawdopodobnie mało wychowawczym było posadzenie ich przed telewizorem i włączenie kanału z kreskówkami, ale liczyła, że zajmie je tym choć na chwilę i tym samym zyska odrobinę potrzebnego czasu. Niestety, tym razem się przeliczyła, bo po ledwie paru minutach rozległ się chórek coraz bardziej zniecierpliwionych "maaamooo", a ona naprawdę nie potrafiła takich rzeczy ignorować zbyt długo.
    - Pamiętam, pamiętam - mruknęła pod nosem, po raz ostatni zerknęła na papierzyska i podniosła się od biurka. Życie sobie trzeba ułatwiać, nie utrudniać, taka oto reguła przyświecała jej od dawna, a usiłując zająć się teraz własnymi sprawami, zdecydowanie niczego by sobie nie ułatwiło. Już by diablęta oto zadbały. Myślała czasem, że rozdzielając je, mogłaby znacznie zmniejszyć ich problemotwórcze zdolności, choć może niezupełnie. Bo w tym duecie wyglądało to tak, że wszelkie pomysły wychodziły od starszej, Maeve (ewentualnie od szanownego pana Collinsa...), a młodsza, Aine, albo sama z chęcią przyłączała się do ich realizacji, albo zwyczajnie zostawała do niej wciągnięta przez siostrę. - Proszę bardzo - oświadczyła, wybierając numer brata i wciskając telefon w dłoń pięciolatki, która zaraz koślawo przyłożyła urządzenie do ucha. W końcu, jeśli chodziło o wspólny spacer czy cokolwiek innego, komu byłoby odmówić trudniej, niż temu małemu chochlikowi?
    - Cześć! - Biorąc pod uwagę, jak podekscytowany ni to krzyk, ni to pisk dziewczynki zabrzmiał dla nie, Eireen nie zdziwiłaby się, gdyby Sean trzymał teraz telefon w wyciągniętej na odpowiednią odległość ręce. Dla bezpieczeństwa własnego słuchu.

    OdpowiedzUsuń
  37. Anna Iver nie należała do tego rodzaju ludzi, którzy z łatwością i ochotą zawierają nowe znajomości. Tak właściwie była trudna, a co za tym idzie społeczeństwo dzieliło się na dwie grupy : na tych, którzy ją lubią i na tych, którzy najchętniej udusiliby ją własnymi rękoma, gdzie tych drugich było zdecydowanie więcej. Nie można powiedzieć, że była, jest i będzie aspołeczna, jednak nie miała zamiaru ulegać jakimś zmianom, byleby tylko dostosować się do opinii społeczeństwa.
    Blog nie był próbą dotarcia do reszty ludzkości, lecz formą wyrażenia siebie. Nie zawierał on górnolotnych treści, nie porywał czytelnika w świat fantazji, lecz przekazywał to co jej chodziło po głowie, co nie zawsze było jasne, przejrzyste, zrozumiałe za pierwszym razem. Z początku nie liczyła się nawet z tym, że ktoś będzie to czytał, a z czasem i komentował, podbudowywał ją, bądź też sprawiał, że zacznie zastanawiać się czy to ma jakikolwiek sens. Blog stał niczym otwarta książka jej życia, do której wszyscy mogli zajrzeć i nieco ją poznać. I choć nie należała do wylewnych osób, z czasem zyskała niewielkie grono "fanów", którzy namawiali ją do wykroczenia poza ramy internetu. Chcieli ją poznać, chcieli ją zobaczyć, sprawdzić, czy jest taką zwykłą dziewczyną, jaką się być wydaje, sprawdzić na własne oczy. Bo mimo przelewania swoich myśli nigdy nie pokazała swojej twarzy, nigdy nie wstawiłaby choć jednego zdjęcia, które przedstawiałoby ją w jakiś sposób. Z czasem jednak na owej stronie zaczęły pojawiać się zdjęcia jej projektów, ubrania noszone przez znajomych, bądź sfotografowane na manekinie. Jednym z jej modeli, który miał szczęście, bądź nie, by zaprezentować się w ubraniach jej projektu był Sean, który tak naprawdę od samego początku stanowił wyjątek od reguły. To on jeden urzekł ją na tyle by mogła opuścić swoje bezpieczne królestwo i udać się na spotkanie, to on sprawił, że nie zakończyło na jednym, a rozmowy przestały ograniczać się do wymiany maili. Mimo naprawdę dużej różnicy wieku między sobą, odnaleźli wspólny język, tematy i nie dzieliły ich o dziwo żadne bariery wynikające z poglądów wynikających z różnicy pokoleń.
    Pracowała właśnie nad kolejnym projektem, którego sama jeszcze nie umiała nazwać, gdy w jej pracowni pojawił się niespodziewany gość. Zazwyczaj Sean informował ją o swoim przybyciu, jednak teraz, albo tego nie zanotowała, albo tak się nie stało. Cieszyła się właściwie z takiego obrotu spraw. Lubiła gdy otaczali ją ludzie, którym mogła zaufać, lubiła ich słuchać i lubiła opowiadać im o sobie, zwłaszcza podczas pracy. Kręciła się w okół manekina co chwile coś poprawiając, wzdychając, mamrocząc pod nosem i krzywiąc się gdy jej wzrok padał na jego kanapkę, co było oczywiście winą wegetarianizmu.
    - Wiesz, że to zwierze jeszcze niedawno żyło? I było szczęśliwe? I może miało nawet własną rodzinę? Jesteś okrutny. A to..To...Jeszcze nie wiem.- wbiła wreszcie ze zrezygnowaniem igłę w ramię manekina i podskakując niemal jak mała dziewczynka powędrowała w jego stronę. - Chyba się wypalam.- mruczy cicho zabierając mu butelkę,z której upija niewielki łyk, nie brzydzi się już nawet małą wymianą śliny i zarazków, toż to postęp dopiero.- Zabierz mnie gdzieś, co? Gdziekolwiek w sumie, ale daleko stąd. I przestań to jeść, proszę.- wskazuje na kanapkę robiąc przy tym kwaśną minę niczym dziecko po zjedzeniu cytryny.

    Szybka Anna

    OdpowiedzUsuń
  38. Pewnie w normalnych warunkach właśnie rozpoczęłaby się wielka kłótnia o to, że Sean nie powinien mu mówić co i kiedy ma robić. Zapewne Aidan uniósłby się honorem i wyszedł z łazienki, bo był na tyle dużym chłopcem, ze sam doskonale wiedział kiedy należy odwiedzić pana doktora, a kiedy po prosu zażyć kilka dodatkowych tabletek przeciwbólowych. Hamilton miał duże poczucie własnej „dorosłości” i był wręcz uczulony na wszystkie próby ustawiania go po kątach i mówienia mu co powinien zrobić. Nie bardzo wiedział skąd mu się to wzięło, ale nie ulegało wątpliwości, że wszystkie „ciotki dobre rady” po każdym wskazaniu mu rzekomej idealnej drogi w życiu, musiały potem wysłuchiwać głośnych wrzasków i pretensji, połączonych z prośbami o nietraktowanie go jak dziecko. Sean prawdopodobnie zdawał sobie sprawę z tego jaka afera mogłaby zatrząść fundamentami wspólnego mieszkania, ale zapewne wolał to niż kolejne narzekania i jęczenia dotyczące bólu pleców. Fakt, może powinien zwolnić tempo, odpuścić sobie kilka imprez, pójść na jakiś masaż czy coś w tym stylu, ale on wolał robić wszystko po swojemu, czyli po prostu wciskać w siebie coraz więcej prochów licząc przy tym na jakiś medyczny cud. Brawo Aidanie, otrzymujesz dodatkowych sto punktów za rozsiewanie swoich mądrości życiowych.
    - Okej, spoko. Zrozumiałem. Pójdę jutro do Wilsona. - zakończył temat, po czym wstał z brzegu wanny i ruszył w stronę kuchni. Wciąż nie podobały mu się plany na jutro, ale chyba powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że ból kręgosłupa, który promieniuje tak że daje podobne do zawału serca objawy, nie jest czymś normalnym. Nie wiedział jednak czy gdyby nie Sean, zdecydowałby się na wizytę u kogokolwiek, kto chociaż przypominał lekarza.
    Aidan miał traumatyczne wspomnienie z dzieciństwa, kiedy to jego ukochany dziadek poszedł do szpitala jedynie po to, by zrobić sobie kilka kontrolnych badań, a już po dwóch tygodniach od przekroczenia bramy szpitala, musieli organizować pogrzeb szanownego seniora. Pewnie przesadzał, pewnie dziadek chorował na coś poważnego, ale nikt nie chciał sprzedawać tej informacji ośmioletniemu wówczas Aidanowi, który nie widział świata poza staruszkiem. W jego głowę wrył się jednak obrazek, sugerujący tylko jedno – poszedł do szpitala, wyjechał z niego nogami do przodu. I chociaż próbował nie myśleć w ten sposób o własnej wizycie u lekarza, jakoś nie mógł się pozbyć tego dość dziwnego uczucia skurczu żołądka, za każdym razem gdy chociaż o tym pomyślał.
    - Chcesz herbaty? - zapytał, włączając przy okazji czajnik. Miał szczerą nadzieję, że nie będą kontynuowali łazienkowej rozmowy, bo jego strach był tak głupi i nieracjonalny, że momentami nawet jemu chciało się z tego śmiać. Czuł się jak kretyn wymyślając kolejne kuriozalne wymówki, przez które nie mógł zjawić się na badaniach – W ogóle jakąś kolację trzeba ogarnąć, czy coś.

    OdpowiedzUsuń
  39. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewał, sądził raczej, że w ogóle nie porozmawiają, albo że będą kłócić się przez dobrą godzinę, tylko po to żeby po wszystkim, Sean zamknął mu drzwi przed nosem. Zamiast tego otrzymał mocny cios w twarz, przez który na ułamek sekundy stracił jakikolwiek kontakt ze światem. Nie był pewien czy to przez nagły zawrót głowy czy przez autentyczną tęsknotę za braterskimi ramionami, prawie padł na kolana przed Seanem. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że płacze przez otumaniający ból, dopiero po chwili zdał sobie sprawę z faktu, że nos twarz przestała go boleć już po dobrych trzech minutach od uderzenia, za to łzy wcale nie przestały płynąć z jego oczu. Mocno zacisnął ręce na koszulce brata, zupełnie jakby za chwilę ktoś miał przyjść i odciągnąć od niego siłą. Zamknął mocno oczy, bo bał się że jak tylko je otworzy, okaże się że wciąż siedzi w mieszkaniu, trzyma w rękach butelkę wódki i zastanawia się czy powinien zadzwonić po pomoc. Słyszał niewyraźnie ciche słowa Seana, dochodzące do niego jakby zza szyby i mimo usilnych prób wyrównania oddechu, brzmiał jak zawodzące dziecko, które za nic nie potrafi się uspokoić.
    - Przepraszam, że nie było mnie wtedy w szpitalu... Przepraszam, że nie było mnie przy tobie wtedy, kiedy powinienem być, bo jestem twoim bratem i mimo wszystko powinieneś być dla mnie najważniejszy. Przepraszam, że uparcie odrzucałem każde połączenie i że jak kretyn uważałem, że wszystko co dzieje się na świecie to wina wszystkich, tylko nie moja. Przepraszam ze nie potrafiłem przyznać się do błędów, które popełniałem i że tak uparcie twierdziłem, że jestem nieskazitelny, chociaż wcale tak nie było. A potem, kiedy było już za późno, wmawiałem sobie że to twoja wina. Że to przez ciebie sięgnąłem po pierwszy kieliszek i że to przez ciebie wylądowałem na samym dnie... Ale to nie była prawda, Sean. Nic z tego co próbowałem sobie wmówić nie było prawdą, ale doskonale tworzyło potrzebną mi wtedy historyjkę na temat mojego życia. Bo nie umiałem zaakceptować tego, że sam kupowałem butelki, że sam je odkręcałem i sam wypijałem połowę naraz. I to nie była wasza wina, tylko moja. Przepraszam, że byłem kretynem... Że dopiero teraz przychodzę prosić, żebyś mi wybaczył, chociaż ja sam sobie nie potrafię wybaczyć. Ale potrzebuje cię teraz, potrzebuje jak nigdy dotąd. Potrzebuje, żebyś mi powiedział, że mimo całego gówna, w które się wplątałem i w które usiłowałem wplątać też ciebie, wciąż możesz mi wybaczyć. Proszę powiedz mi, że spróbujesz znów traktować mnie jak brata, chociaż wcale na to nie zasługuje...
    Nie pamiętał kiedy płakał po raz ostatni, nie pamiętał kiedy połykał własne łzy wraz z kolejnymi wypowiedzianymi słowami. Nie pamiętał kiedy po raz ostatni tak mocno trzymał kogokolwiek i tak rozpaczliwie szukał chociaż odrobiny nadziei na to, że znowu będzie tak jak dawniej. Nie pamiętał, też kiedy po raz ostatni poczuł taką ulgę, czując mocny uścisk własnego brata.

    OdpowiedzUsuń
  40. Nigdy nie sądził, że w jego życiu nadejdzie taki moment, w którym panika dosłownie go obezwładni, nie pozwalając na głębszy oddech i racjonalne myślenie. Zaczekał więc na to, aż Sean pójdzie spać, po czym zrobił rundę wokół mieszkania i usiadł na moment na blacie w kuchni. Nie lubił być do niczego zmuszany, a w tym momencie czuł jakby jego własny organizm postawił przed nim wielki znak STOP i oczekiwał na zmianę całego trybu życia. Przeszarżował, doskonale o tym wiedział. Był przecież trzy lata temu u lekarza, który powiedział mu że coś niedobrego zaczyna dziać się z jego kręgosłupem. I co wtedy zrobił? Zupełne nic, wybrał szereg antybiotyków, poszedł na imprezę i bawił się do rana, a przed snem łyknął dwie tabletki przeciwbólowe. A potem samo przeszło, więc znów czuł się niezniszczalny, tak jakby ktoś dał mu te śmieszne nadprzyrodzone moce z filmów o mutantach, w których zawsze główny bohater regeneruje siły w mniej niż dziesięć minut. Siły zregenerował, owszem. Przez trzy lata zupełnie zapomniał o pamiętnej wizycie u pana doktora, a teraz najwyraźniej czekało go to samo.
    Przez dobre trzy godziny kombinował, myślał, chodził w kółko, denerwował kota i na zmianę gasił i zapalał małą lampkę w salonie, aż w końcu stwierdził, że pora się położyć bo przecież podobno sen jest dobry na wszystko. Tak przynajmniej twierdziła jego matka, która zapewne zdzieliłaby go szmatą po głowie, gdyby powiedział jej o wszystkich szpitalno-kręgosłupowych ekscesach, które go czekają i które ma na własne życzenie. Nie pomogło więc przytulanie Lepszej Połówki, ani mocne zaciskanie oczu, które prawdopodobnie miało w jakikolwiek sposób odciąg od całego świata. Nie mogło liczenie baranów, ani innych zwierząt, nie pomogło wmawianie sobie że powinien spać, ani liczenie ilu godzin snu pozostało mu do dźwięku budzika. Skapitulował tuż przed trzecią, usiadł na łóżku i przez chwilę zastanawiał się kiedy wyskoczy mu z piersi zbyt szybko bijące serce. A potem całkiem po prostu obszedł łóżko dookoła, klęknął tuż przy spokojnie śpiącym Seanie i bezceremonialnie zaczął dźgać go palcem w rękę. Heffernan potrzebował kilku minut, żeby ogarnąć co dzieje się wokół niego, więc Aidan wykorzystał ten czas na znalezienie idealnej pozycji do schowania twarzy w poduszce Seana, zupełnie jakby miał tam znaleźć chociaż chwilę spokoju. Kiedy Sean walczył ze sobą żeby otworzyć oczy, Hamilton złapał go lekko za fragment koszulki i podniósł na moment wzrok.
    - A możemy tam jutro jednak nie jechać..?

    OdpowiedzUsuń
  41. Po krótkiej chwili zawahania wstał z kolan i ruszył za Jamesem. Jego również zdziwiło to chwilowe załamanie, bo jako żołnierz był raczej przyzwyczajony do trzymania wszystkich emocji w sobie. Na froncie nie było czasu na jakiekolwiek łzy, bo każda chwila słabości mogła być ostatnią przeżytą przez nich chwilą. Nauczył się więc, że łzy są złe bo osłabiają, a na słabość w życiu nie ma miejsca. Gdyby którykolwiek z żołnierzy pracujących z nim przy którejkolwiek z misji zobaczył scenę sprzed kilku minut, z pewnością przez dłuższą chwilę zastawiałby się czy czegoś nie dolano mu picia. Sam James zastanawiał się czy to wszystko naprawdę się stało, czy to kolejny wytwór jego pijanej wyobraźni, posuwającej mu odpowiednio dobrane obrazki. Stojąc na środku przedpokoju w mieszkaniu Seana, upewnił się jednak w przekonaniu, że wszystko wokół niego jest jak najbardziej realne. Przeprosił więc brata na moment i zniknął na kilka minut w łazience, chcąc chociaż względnie doprowadzić się do porządku. Nie było to takie łatwe, bo jak tylko zobaczył swoje odbicie w lustrze, łzy ponownie napłynęły mu do oczu. Tym razem jednak nie był pewny czy to z powodu wciąż ogarniającego go przygnębienia, czy raczej z powodu cienia radości, spowodowanego samym faktem bycia w seanowym domu. Wytarł twarz ręcznikiem i ruszył w stronę kuchni, gdzie na blacie stołu czekała już na niego gorąca herbata i Sean, wciąż nieco zdziwiony i nieco osłupiały całą tą sytuacją.
    - Widziałem zdjęcia na przedpokoju... - wskazał ręką gdzieś za siebie. Faktycznie przez ostatnią minutę przyglądał się obrazkom w ramkach przedstawiającym wyjątkowo szczęśliwych ludzi. Aidana znał głównie z opowiadań, nigdy nie mieli okazji się poznać, bo James był wiecznie zbyt zajęty na poznawania kogokolwiek, kto nie mógł mu się do niczego przydać. Po zdjęciach widać jednak było, że Hamilton jest całkiem sympatycznym i przede wszystkim zabawnym facetem, z którym z pewnością nie można było się nudzić – Fajny ten twój Aidan. - dodał po chwili ciszy, po czym usiadł na jednym z krzeseł przy stole i chwycił w obie dłonie kubek z gorącą herbatą. Może parzyła nieco za bardzo, ale przynajmniej dawała to przyjemne uczucie realności tego wszystkiego co działo się między nim, a Seanem. - Słyszałem że jest architektem... I to piekielnie dobrym architektem. Przynajmniej tak mówią na mieście. - poprawił się szybko. Nie chciał żeby zabrzmiało to jakby co najmniej ich szpiegował i śledził zanim odważył się tutaj przyjść. Całkiem po prostu usłyszał fragment rozmowy, w której padło znajome mu nazwisko, przez co postanowił zorientować się nieco w tym co robi facet jego brata. Nic więcej, żadnego szpiegostwa w tle. - A... Gdzie jest teraz? Aidan? - rozejrzał się wokół siebie po czym pokręcił głową. Miał coraz głupsze wrażenie, że zachowuje się niczym idiota, rozglądał się po kuchni zupełnie jakby Aidan miał chować się gdzieś między lodówką a zmywarką, gotów do wyskoczenia zza drzwiczek i krzyknięcia niespodzianka! - Przepraszam ja.. Ja chyba nie powinienem tyle pytać...

    OdpowiedzUsuń
  42. Ona była prowodyrem, ona? Dobrze, że wprost czegoś podobnego nie usłyszała, bo chyba skończyłoby się świętym oburzeniem z jej strony. Nie widziała powodu, żeby miała być bardziej od innych odporna na urok tych dwu. To znaczy, pewnie powinna, bo i było to warunkiem niemal koniecznym do jako takiego zapanowania nad nimi, ale... Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Zresztą, od czego miałaby Seana? Z przyczyn nie do końca dla niej zrozumiałych, diablęta wręcz go uwielbiały, co - owszem - dawało Eireen doskonały pretekst do wyciągnięcia go z domu i szansę na krótkie chwile spokoju, kiedy to na nim skupiały swoją uwagę, ale nie znaczyło, że to właśnie wciskanie go na posadę niańki było jej pomysłem. A Maeve i Aine może faktycznie odziedziczyły po niej więcej, niż jej się wydawało. Ale jak już się silić na dokładność, to poza umiejętnościami czarowania wzrokiem i byciem tą młodszą do czasu miała we wszelkich sprzeczkach lepszą pozycję również ze względu na bycie jedyną córką.
    - Taak! - Cóż, ta odpowiedź bardzo wiele mówiła. Maeve wyglądała, jakby zaraz miała zacząć skakać z radości. Aine, chyba nie do końca wiedząc, co się dzieje, przyglądała się temu wszystkiemu ze zdziwieniem wymalowanym na usmarowanej czekoladą - skąd ona u diabła wzięła czekoladę? - buzi, ale chyba po zachowaniu starszej siostry domyślała się, że cokolwiek by to nie było, to można się z tego cieszyć. - Idziemy do parku! - oświadczyła poważnie, przy czym jej mina dla patrzącej na to z boku osoby musiała wyglądać przekomicznie. Ale tego, rzecz jasna, Sean nie miał jak zobaczyć. Łatwiejsza część za nami, pomyślała. Dlaczego łatwiejsza? Bo usłyszenie odmowy było rzeczą dość mało prawdopodobną, która potencjalnie mogłaby doprowadzić do katastrofy, ale to przecież już załatwione. Druga część była tą wiążącą się z przygotowaniami do wyjścia, a te w zasadzie mogły komuś nieprzywykłemu do tego, co Eireen od dłuższego czasu uważała za normalne, przypominać wspomnianą już katastrofę. Zadziwiające, jak mogą zmienić się ludzkie poglądy na rzeczywistość.

    Eireen

    OdpowiedzUsuń
  43. Pedagogika. Piękny wytwór ludzkiego umysłu, który uczy o wychowaniu i po którym istnieje wiele możliwości nauczania młodych ludzi, czy też zostania znawcą rozwiązywania problemów innych ludzi. Dobrze płatne profesje, z wyznaczonymi godzinami pracy i urlopami. Marzenie każdego człowieka, toć to kierunek idealny. Idealny, ale nikt nie zdążył wspomnieć, że wiele osób pomyślało o tym samym, by wybrać się na pedagogikę i kształcić się w tym kierunku. Nikt nie wspomniał o tym, że jest tyle ludzi z ukończoną pedagogiką, że koniec końców wszystkie miejsca pracy zostaną zajęte, a osobniki wykształcone będą kopać rowy i sprzedawać kebaby u Chińczyka, bo tylko tam będzie miejsce.
    Pech Aideen nie znał granic. Nie dość, że nasłuchała się znajomych, którzy rozsądnie odmawiali jej pójście na ten kierunek studiów, to jeszcze głupio postawiła na swoim i posłuchała raczej serca, niż mózgu. Głupio postąpiła, a teraz marudziła na wszystko i wszystkich, którzy kręcili głowami, a na ich usta cisnęło się jedno wielkie „A nie mówiliśmy?” Teraz sama sobie była winna, ale i tak klęła na cały wszechświat, który skutecznie nie pozwala jej żyć szczęśliwie, w nie rozwalającym się wynajmowanym mieszkaniu, z którego powinna już zostać dawno wyeksmitowana. Aideen była nawet w stanie napisać do samej królowej z pretensjami, byle tylko nie pójść po rozum do głowy i nie zreflektować się, że to jej wina, że nie poszła na prawo, czy turystykę, a na pedagogikę.
    Kolejny dzień i kolejny przypadek tego jak jej piękne CV, w którym mimo wszystko trochę skłamała na temat swoich osiągnięć, został wyrzucony do kosza. Nie dostała pracy. Cholernej pracy, która miała wreszcie przyczynić się do tego, że nie będzie musiała głębiej się zastanawiać nad tym, jak namówić brata, by kolejna siostra się do niego wprowadziła, dopóki nie stanie na nogi. Sean. Kochany braciszek, który zapewne w tej chwili się okropnie nudził i nie miał co robić, i jedynie czekał niecierpliwie na to, aż Aideen do niego zadzwoni, czy wstąpi osobiście do jego mieszkania i zacznie mu marudzić o tym, jak jej źle i niedobrze. Tak, pewnie o tym marzył, a przynajmniej ruda miała taką nadzieję, więc nie zastanawiając się dłużej, skserowała po raz kolejny kilka egzemplarzy swojego CV i wyszła z mieszkania, ówcześnie rozglądając się wokoło, czy przypadkiem nie kręci się po korytarzu właściciel kamienicy.
    -Bądź w domu, proszę.-mruczała pod nosem, gdy po raz kolejny zapukała do drzwi.

    Aideen
    Coś nie pykło mi tutaj, ale się poprawię.

    OdpowiedzUsuń
  44. Potrzebował zwykłego zapewnienia, że jak jutro stawi się w szpitalu to, po pierwsze, nikt nie zechce zostawić go tam na zawsze i po drugie, wyjdzie stamtąd o własnych siłach. Wiedział doskonale, że Sean nie może mu tego obiecać, bo nigdy nie wiadomo co doktor Wilson znajdzie we wszystkich wynikach jego badań. Dodatkowo, nikt nie powiedział że jutrzejsza badania skończą się po dwóch godzinach, po czym radośnie będzie mógł opuścić mury nowoczesnego szpitala. To mogło ciągnąć się nawet kilka dni, biorąc pod uwagę że na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni ból dość znacząco się nasilił i zamiast jednej tabletki przeciwbólowej, Aidan łykał nawet dwie albo trzy. Z własnej głupoty i ze strachu przed tym co może powiedzieć mu lekarz jak w końcu się do niego wybierze. Mógł rozgłaszać wszystkim naokoło, że nie ma oporów przed skokiem ze spadochronu, ze chętnie spróbuje nowych wyzwań, ze w przyszłym roku na bank weźmie udział w jakiejś niebezpiecznej wędrówce na koniec świata. Mógł, ba! Ona nawet chętnie wziąłby udział w czymś niebezpiecznym i z założenia niewykonalnym bądź po prostu głupim. Jednak jakakolwiek rozmowa z lekarzem, w dodatku poprzedzona szeregiem (zapewne) bolesnych badań, powodowała w Aidanie nagłą chęć zwinięcia się w kulkę albo ucieczki z Londynu, gdzieś gdzie nie ma kontaktu z jakimkolwiek światem zewnętrznym. W tym momencie byłby nawet w stanie zaszyć się gdzieś w tej dziewiczej części Afryki, w której władze sprawowali szamani wygrywający na bębnach uzdrawiające pieśni. Oddałby wszystko za takie bęben i takiego znachora, który nie miałby na nazwisko Wilson i nie mówił z dziwnym akcentem, który przyprawiał go o lekki skurcz żołądka. Pewnie gdyby nie okoliczności, to cieszyłby się na ponowne spotkanie z panem doktorem, którego poznał jakiś czas temu, kiedy to Sean odbywał kolejną rutynową wizytę, połączoną z lekarskimi anegdotkami i zapewnieniami, że brytyjska służba zdrowia stoi na najwyższym poziomie. Teraz, kiedy sam miał się o tym przekonać, przypominał sobie wszystkie fragmenty rozmów z Wilsonem, wszystkie ewentualne narzekania, problemy ze sprzętem i zwolnienia ludzi, spowodowane brakiem odpowiedniej ilości pieniędzy. Nie był pewny nawet czy takie coś kiedykolwiek wypłynęło z ust starszego lekarza, ale natrętne myśli podpowiadały Hamiltonowi, że tak właśnie się stało, przez co będą go badać niewykwalifikowani debile, którzy zgodzili się pracować za najniższą średnią krajową, bo tylko na to było stać szpital.
    Czując dłoń Seana na swoim karku, lekko przekręcił głowę żeby na niego spojrzeć. Wciąż był nieco zaspany i troszkę mało ogarniający, ale ciepły ton jego głosu spowodował, że chociaż przez ułamek sekundy przestał myśleć o szpitalu jak o miejscu, z którego nigdy już nie wyjdzie.
    - Ja wiem, ja jestem po prostu zły na siebie, że tak długo z tym zwlekałem... Bo mogłem to kontrolować na bieżąco i może skończyłoby się na jakiś lekach i ewentualnie masażach czy czymś takim. A tak, to nie mogę pozbyć się tego głupiego uczucia, że jak tam jutro pójdę to najpierw przejdę szereg badań, a potem ktoś stwierdzi ze w sumie będzie lepiej jak zostanę kilka dni. A nie chcę, no... Nie chcę zostawać w szpitalu sam na choćby godzinę i ja wiem jak to kretyński brzmi z ust dorosłego faceta, ale ja nie chce i już.- dodał po chwili ciszy, po czym ponownie ukrył twarz w poduszce, zupełnie jakby miał tam odnaleźć chociaż chwilowy spokój. Teraz nie bardzo wiedział czy bardziej boli go kręgosłup, własna głupota czy serce, które biło z tak zawrotną prędkością, że miał wrażenie że zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
  45. Jeszcze parę lat temu Samuel z żarliwą gorliwością zapewniłby, że nie lubi dzieci i nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Nie był złym człowiekiem, jednak miał uraz do małych brzdąców plączących się między nogami. Teraz natomiast było zupełnie inaczej. Nie wyobrażał sobie świata bez swojego małego Willa, który wnosił mnóstwo radości w ponure dni ojca. Och, gdyby nie on Theodor zostałby samotnikiem, odciętym od świata. Tak przynajmniej miał się do kogo odezwać i dla kogo zwlec każdego dnia z łóżka.
    Nie był do końca pewny, dlaczego poprosił akurat Seana o pomoc nad dzieckiem. Może dlatego, że po raz setny pokłócił się z matką, a tym razem sąsiadce wypadło jakieś ważne spotkanie? Nie miał pojęcia z kim innym mógłby zostawić synka, nie bojąc się o jego zdrowie oraz życie. Wybór był dosyć szybki, kiedy nazwisko Heffernan przewinęło się na jego liście kontaktów. Mężczyzna wydawał mu się odpowiedzialny i godny zaufania mimo tego, iż nie znali się jakiś szmat czasu.
    Och, jakaż była jego radość, gdy prośba została pozytywnie rozpatrzona (brzmi jakby składał jakieś ważne podanie, ale tak właśnie czuł się w tamtym momencie). Wszelkie inne opcje awaryjne nagle wyparowały, a on nie mógł zabrać ze sobą dzieciaka. Nie w tym wypadku, kiedy w grę wchodziło ważne zebranie, dotyczące książki. Już i tak za bardzo nadszarpnął cierpliwość szefostwa, zabierając na mniej ważne spotkania Willa.
    Oddając dzieciaka w ręce Seana miał nadzieję, że szkrab nie narobi zbyt wielu kłopotów. Na ogół był spokojnym dzieckiem, które przez długi czas mogło bazgrać kredkami, tudzież innymi przyborami po kartce. Sprawiało mu to ogromną frajdę i miał zapędy w kierunku zostania artystą, chociaż tylko abstrakcyjnym, ponieważ z jego prac niewiele dało się wyczytać.
    Kiedy tylko spotkanie dobiegło końca, złapał swoje papiery, które mu się pomieszały i pognał w kierunku mieszkania swojego znajomego. Oby tylko Will nie zasypał go ilością pytań (miał do tego tendencję) lub nie pogryzł czegoś ważnego (mała cholera lubiła gryźć kartki). Niekiedy bowiem z grzecznego dzieciaka robiło się z niego tornado, którego zatrzymanie było praktycznie niemożliwe.
    Gdy stanął pod drzwiami, był zziajany i ociekający potem. Jakaś starsza pani obdarzyła go osobliwym spojrzeniem, jednak młody ojciec nie przejął się tym jakoś szczególnie. Nacisnął natomiast parę razy dzwonek, po czym oberwał w głowę jakimś dziwnym przedmiotem, który okazał się być gazetą. Kiedy właściciel mieszkania w końcu mu otworzył, wyciągnął w jego kierunku prasę.
    - Dostawa - oznajmił wesołym tonem. - Co prawda dostałem nią w głowę, ale czytać dalej się da. Jak ma... -nie dokończył pytania, ponieważ ujrzał śpiącego syna na kolanach mężczyzny. - Długo tak... podróżujecie? - uniósł brew do góry. Musiał przyznać, że widok był dosyć niecodzienny. - Możesz go już obudzić, później nie będzie mógł spać i znów przez pół nocy będzie mi opowiadał o kocie sąsiada i jak to chce, żebym mu jednego kupił. Irytujące, szczególnie, gdy następnego dnia ma się pracę od samego rana.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  46. Nawet jeżeli Sean nie zdawał sobie sprawy z tego jaki ma uspokajający wpływ na Aidana, tak właśnie było. Hamilton mógł odgrywać najmniej zainteresowanego światem człowieka, mógł udawać że wszystko jest w porządku, że to tylko chwilowe przerażenie czekającymi go badaniami. Mógł tez umierać ze strachu, rwać sobie włosy z głowy, próbować wyskoczyć przez okno, albo zjeść własną głowę tylko po to, żeby do szpitala nie pojechać. Wystarczyło jednak jedno krótkie zapewnienie o tym, że Sean nigdzie się nie wybiera i z pewnością nie zostawi go samego na pastwę wszystkich szpitalnych sprzętów, żeby Aidan odetchnął z ulgą, pozwolił się wciągnąć ponownie do łóżka, aż w końcu żeby schował się do kieszeni swojej Lepszej Połówki, pozwalając mu na delikatny całus w czoło i mocne przytulenie. Nigdy się nie spodziewał, że do ukojenia wszystkich nerwów wystarczy tak niewiele, a jednak.
    Rano obudził się nastawiony całkiem pozytywnie. Wszelkie badania przestały przerażać go tak bardzo, więc przy robieniu śniadania nawet nucił pod nosem jakieś zasłyszane w radiu piosenki. Czuł delikatne poddenerwowanie i lekki skurcz w żołądku, ale z pewnością nie mogło się to równać z napadem paniki z poprzedniego dnia, która dosłownie paraliżowała każdą, nawet najmniejszą komórkę jego ciała. Zgodnie z obietnicą Sean pojechał do szpitala razem z nim, zaprowadził go pod gabinet doktora Wilsona i przywitał się z kilkoma pielęgniarkami, które znały go prawdopodobnie z wizyt kontrolnych, na których pojawiał się czasami w szpitalu. A potem trzymał go za rękę i opowiadał akademickie anegdotki, które Aidan co prawda już słyszał, ale nie miał serca mu o tym wspominać. Doktora Wilsona jedynie kojarzył, poznali się lata temu, a potem widywali czasami gdzieś na korytarzu. Wyglądał trochę jak skrzyżowanie Mozarta z Einsteinem, ale skoro Sean miał do niego pełne zaufanie, to nie mógł sugerować się jedynie dość zabawnym wyglądem. Dostał skierowanie na milion tysięcy badań, w którym Heffernan nie mógł mu towarzyszyć, ale dwie miłe panie pielęgniarki skutecznie odwracały jego uwagę od wydających dziwne dzięki maszyn, wykonujących pomiary wszystkiego co tylko się dało zmierzyć. Po czterech godzinach, czekali w gabinecie Wilsona na wyniki, a Aidan miał to dziwne wrażenie, że podejrzanie nic go nie boli, a to w przeciągu ostatniego miesiąca się po prostu nie zdarzało, co mogło sugerować jedynie nadchodzące zło.
    - No nie mam dobrych wieści. - powiedział na wstępie, po czym Aidan dostał mikro zawału serca i przeżegnał się lewą nogą, modląc się do wszystkich bogów jacy tylko przychodzili mu na myśl. Z Thorem, Odynem i Lokim na czele, bo dwa dni wcześniej pokusił się na obejrzenie najnowszej ekranizacji Thora, na którą wcześniej nie miał czasu – Zostanie pan u nas na parę dni, zrobimy dodatkowe badania... Ale zanim, to proszę załatwić wypisane tutaj rzeczy i zgłosić się po siedemnastej. - Hamilton pewnie zapytałby jeszcze o kilka istotnych spraw, na przykład czy nie możliwe jest przełożenie tego na za jakieś milion lat bo wtedy mam wolne, ale nie zdążył bo starszy mężczyzna został wezwany przez jedną z pielęgniarek do pacjenta z trójki, którego Aidan znienawidził z miejsca.
    - Okeeej... - powiedział pod nosem, przyglądając się uważnie kartce, którą chwilę wcześniej dostał. - To co? Obiad w McDonaldzie czy może KFC? Zgłodniałem. - to było prawdopodobnie najgłupsze zakończenie wizyty lekarskiej, ale Aidan czuł że za moment coś rozerwie go od środka, więc musiał chociaż na moment zmienić temat.

    OdpowiedzUsuń
  47. Nie był dobry w pocieszaniu, nie był też dobry w zachowywaniu się w nietypowych dla niego sytuacjach, więc po słowach Seana, jedynie spuścił głowę i wbił spojrzenie w kubek z herbatą. Kiedy jeszcze był w wojsku, wielokrotnie jeździł do rodzin, które straciły kogoś na froncie. Informował przerażonych rodziców o tym, że ich syn został rozstrzelany w czasie warty, mówił zapłakanym żonom, że nigdy nie zobaczą swoich mężów, bo ci zginęli w służbie ojczyźnie. Mówił wszystko spokojnie, zawsze patrzył im w oczy, wypowiadał magiczne, standardowe formułki, których uczył się wcześniej w samochodzie. Później kładł rękę na ramieniu pogrążonych w żałobie osób i tyle było z jego pocieszania. Teraz jednak było inaczej, teraz nie mógł całkiem po prostu podejść, położyć bratu ręki na ramieniu, zapewniając go przy okazji o tym, że przecież wszystko się ułoży. Nie mógł użyć znanych sobie formułek, znanego i idealnie wyćwiczonego tonu i tych wszystkich zagrań, które skutkowały w starciu z ludźmi, których nigdy wcześniej nie widział i z którymi nigdy później miał się nie spotkać. Sean do nich nie należał, bo o ile jeszcze rok temu tak właśnie by się zachował, teraz nie miał zamiaru zostawiać go z tym wszystkim. On sam nie musiał nigdy zmagać się z czymś takim, a raczej... Kiedy musiał to zrobić, zachował się jak ostatni chuj i po prostu nie zjawił się w szpitalu. Ale Sean był inny, naprawdę kochał Aidana i było to widać nawet w najdrobniejszych gestach. W delikatnym uśmiechu, gdy wspominał jego imię, w instynktownym spojrzeniu na zegarek, kiedy wspominał o tym, że wpadł tylko na kilka godzin. W tych wszystkich drobnych szczegółach, na które nie zwróciłby wcześniej uwagi, a które teraz odgrywały tak istotną rolę. James nigdy nie był skory do wielkich gestów i wielkich poświęceń, w przeciwieństwie do swojego brata i (prawdopodobnie) całej rodziny. James był inny, ale w tym wypadku inny, wcale nie oznaczał lepszy.
    - Na pewno wszystko będzie dobrze. - powiedział z taką stanowczością i przekonaniem, że zaskoczył sam siebie. Ostatnio niewielu rzeczy był pewien, ba! Nie był pewien nawet tego czy będzie miał siłę żeby rano wstać z łóżka, czy nie sięgnie po butelkę z wódką, czy nie będzie za późno na ewentualny telefon do Alice, która podporządkowała sobie pod niego całe życie, przez co miał wyrzuty sumienia. Ale jednego w tym momencie był pewien, że Aidanowi nic nie będzie, bo Sean nie zasługiwał na kolejną porcję problemów. - Jeżeli będziesz czegoś potrzebował... No nie wiem, żeby ci coś przywieść do szpitala, albo żeby podlać kwiatki w mieszkaniu czy nakarmić kota... - wskazał na dumnie kroczącego pupila, który najwyraźniej za nic miał sobie niespodziewanych gości – To możesz zadzwonić, albo napisać smsa czy coś... - przesunął po stole kartkę z numerem telefonu. Tym razem wiedział, że odbierze, bo podobno w życiu nie popełnia się tych samych błędów dwa razy.

    James.

    OdpowiedzUsuń
  48. Może faktycznie nie lubił się przepracowywać, przychodził do pracy w trampkach, wychodził wcześniej niż powinien i stawiał darmową pizzę wszystkim tym, którzy go nie wykurzali (czyli wszystkim poza szanownym panom w garniakach z rady nadzorczej). Może i to prawda, że działał na nerwy starszym i mocno przepracowanym panom, którzy pluli sobie w brodę, że taki gówniarz został ich szefem i był praktycznie nie do ruszenia. Może i sam podsycał ich gniew, bezczelnie żując gumę, poluźniając im krawaty i puszczając na cały głos muzykę w swoim biurze. Początkowo to wszystko było nawet zabawne, nie chciał zostać prezesem więc usiłował pokazać swoim rodzicom, że podjęli najgłupszą decyzję w swoim życiu. Z czasem jednak, przekonał się do przeszklonego gabinetu, wstawania na dziewiątą i wszystkich papierów, które musiał podpisywać. Zaczął się nawet interesować zestawieniami finansowymi, do których wgląd początkowo miał jedynie v-ce prezes spółki. I to był chyba największy błąd. Kiedy poprosił swoją sekretarkę o dostarczenie mu zestawień z ostatnich dwunastu miesięcy, dosłownie oniemiał widząc na co idą pieniądze, które można by inwestować. Podejrzane konta w banku, dziwne transakcje ze spółkami o których istnieniu nawet nie słyszał. Może i był przewrażliwiony, ale chciał żeby zerknął na to ktoś spoza kółka wzajemnej adoracji, najlepiej żeby tym kimś była osoba, która swego czasu mocno zaszła za skórę wszystkim wysoko postawionym panom. A taka osoba była tylko jedna.
    - Patricia? Potrzebuję natychmiast numeru do Seana Heffernana. Kojarzysz go, prawda? Pracował jakiś czas z moim ojcem, odszedł z fajerwerkami i mocnym trzaśnięciem drzwiami. Potrzebuje namiarów. Komórka, adres, nowe miejsce pracy, obojętnie. I niech to zostanie między nami. - zastrzegł od razu, a kobieta w średnim wieku jedynie uśmiechnęła się lekko pod nosem i chwyciła za słuchawkę. Musiał przyznać, że jego sekretarka była jedną z niewielu osób w tej fimie, którą mógł obdarzyć pełnym zaufaniem. Nie chciał zdradzać swoich planów, bo wiedział ze Henry Clarkson, zadufany w sobie gnojek z aspiracjami do fotelu prezesa, od razu postanowi wymyślić historyjkę zamydlającą mu oczy. Może i nie bardzo widział siebie na tym stanowisku, ale z pewnością nie chciał pozwolić, żeby ktoś taki za bardzo mieszał się w sprawy firmy, którą tyle lat budowali jego rodzice.
    Adres nowego miejsca pracy Seana dostał w przeciągu godziny. Wyszedł z firmy pod byle pretekstem, czym oczywiście zasłużył sobie na kolejne genialne komentarze niektórych idiotów, po czym wsiadł w auto i ruszył w stronę jednej z uczelni, na której wykładał Sean. Nie był pewny czy Sean w ogóle będzie go pamiętał, bo jak pracował w firmie, Robert był jeszcze gówniarzem, który biegał wszędzie w koszulce i przetartych jeansach. Teraz jeansy zamienił na markowy garnitur, a jego nadgarstek zdobił odnowiony zegarek jego dziadka, więc prezentował się nieco lepiej niż to kilka lat temu. Chociaż w kłopoty wpadał tak samo chętnie jak kiedyś. Poczekał aż wykład się skończy i studenci opuszczą salę, po czym wszedł do środka wkładając przy okazji ręce do kieszeni spodni.
    - Zamieniłeś zestawienia finansowe na wzory matematyczne? - zapytał z uśmiechem, chcąc zwrócić na siebie uwagę mężczyzny. Zszedł kilka stopni w dół i rozejrzał się wokół siebie – Ładne wnętrze.. U mnie na uczelni postawili na nowoczesny wystrój w historycznym budynku, coś strasznego. Tutaj czuć przynajmniej klimat.

    Robert

    OdpowiedzUsuń
  49. Samuel będąc nastolatkiem nie posiadał jakichkolwiek instynktów rodzicielskich. Ba! on nawet nie chciał mieć dzieci, jednak parę lat później życie sprawiło mu psikusa i mężczyzna nie miał najmniejszego zamiaru narzekać. Dorósł, spoważniał i teraz cieszył się, że ten mały brzdąc zawitał do jego świata. Friedrich za nic nie powróciłby do swojego dawnego JA, a co za tym idzie do dawnych przyzwyczajeń i zachowań. Teraz był lepszy i tak było dobrze.
    Uniósł brew do góry, słysząc oświadczenie mężczyzny. Już nawet miał zamiar powiedzieć "No co Ty nie powiesz?", ale ugryzł się w język i powstrzymał. W końcu Sean zgodził się zaopiekować Willem i jak widać nie był to dla niego jakiś wielki koszmar. Wręcz przeciwnie, wydawał się zadowolony z obecności dzieciaka, obecnie śpiącego na jego kolanach. A może to tylko mylne interpretacje Samuela?
    - Z chęcią napiję się kawy, jestem padnięty - potarł swoje oko i wszedł do środka. Obserwował z rozbawieniem jak jego mały śpioch leży dalej na kolanach Seana, nic nie robiąc sobie z jego prób obudzenia go. - Willy, wstawaj - powiedział Samuel do chłopca, który powoli zaczynał się podnosić.
    Czterolatek rozejrzał się wokół zdezorientowany, a kiedy dotarło do niego, gdzie jest, uśmiechnął się szeroko do Heffernana.
    - Dzień dobry - pokazał swoje ubytki w zębach i zsunął się na podłogę, by podejść do ojca i go przytulić. - Ten pan ma fajne mazaki - powiedział, zerkając kątem oka na mężczyznę, o którym mówił.
    - Cieszę się - odpowiedział Samuel, po czym pocałował synka w czółko i potargał jego włoski. - Chcesz się czegoś napić? - odpowiedziało mu twierdzące skinienie głowy. - Dałoby radę zrobić mu jakąś herbatę? - spytał, zwracając się do właściciela mieszkania. Nie chciał się jakoś narzucać, ale dla małego wszystko, nawet jeśli tym wszystkim miał być kubek ciepłej herbaty.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  50. - Wolałbym McDonalda. - przyznał i włączył wewnętrzny GPS w celu namierzenia najbliższego miejsca, w którym mógłby dostać najmniej zdrowego hamburgera, jakiego kiedykolwiek widział świat. Po chwili jednak GPS samoistnie się wyłączył, bo do głosu doszedł, zapomniany zupełnie, zdrowy rozsądek, który nakazywał racjonalne myślenie. Skoro musiał zostać w szpitalu, nie mógł wcisnąć się w siebie podwójnego zestawu, w połowie którego zachciałoby mu się wyrzygać połowę świata. Co prawda po słowach Wilsona dokładnie to chciał zrobić, ale raczej z powodu nagłego zderzenia z rzeczywistością, a nie wpakowania w siebie ociekającej tłuszczem kanapki. Niknący gdzieś pomiędzy szalonymi pomysłami rozsądek, kazał więc zgodzić się z Seanem i wybrać czekoladowe ciasto, zamiast tego wszystkiego, co mogłoby go zabić jeszcze przed ostatecznym przekroczeniem bram szpitala. Chociaż, musiał przyznać, że od kiedy dowiedział się co mu właściwie jest i że już nie wywinie się od chudych łapsk doktora Wilsona, było mu jakoś tak nieco lżej i łatwiej przyjąć informację o pozostawieniu wygodnego łóżka we własnej sypialni na kilka najbliższych dni. Trzeba to trzeba, nie ma rady i nie ma co się spierać z całym światem, bo świat może zrobić psikusa i przykuć nas do łóżka na dużo dłużej, a przecież nikt tego nie chciał.
    - Czy ty w szpitalu coś rozpylali? - zapytał w końcu, nieco przytłoczony nagłą zmianą nastawienia i myślenia – No wiesz, jakiś proszek.. Gaz..? Tabletki w wodzie czy coś w ten deseń? - spojrzał na nieco zdziwionego Seana, po czym uśmiechnął się pod nosem i wskazał na Starbucks'a – Ciastko i kawa brzmią okej – przytaknął i nawet nie czekając na swoją Lepszą Połówkę, ruszył przed siebie.
    Przyjemna atmosfera miejsca, chociaż na chwilę pozwoliła mu zupełnie oderwać się od traumatyczno-idyllowych wizji, które tylko umacniały go w przekonaniu, że ktoś dziś rano dosypał mu czegoś do wody, którą pił na szpitalnym korytarzu. Miał w głowie absolutny rollercoaster, od wizji zbliżającej się śmierci, po urocze wyznawanie absolutnej miłości na dziesięć minut przed operacją, chyba naoglądał się zbyt wiele filmów. Zdecydowanie tak.
    - Ben dzwonił ostatnio i zapraszał nas na swoje nowe przedstawienie, podobno wciela się w rolę irlandzkiego przemytnika,, który będzie odprawiał taniec narodowy na środku sceny... Czy coś w tym stylu. Może się wybierzemy, co? W sumie dawno nie byłem w teatrze, a to nam chyba dobrze zrobi. Znaczy, mi na pewno bo chociaż na moment uwolnię się od wrodzonego pracoholizmu – powiedział, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

    OdpowiedzUsuń
  51. Alan Winfield nigdy nie należał do grona bardzo wysportowanych ludzi, ale nie miał także wielkich problemów z kondycją. Ale to było kilka lat, ileś tam kilogramów i mnóstwo pieniędzy temu. Teraz przecież już czasu nie miał by o to zadbać. Praca go wykańczała. Właściwie lubił to, co robił, pewnie dlatego wypruwał sobie żyły chętniej i częściej niż to było konieczne. Po powrocie do domu miał ochotę leżeć i nic nie robić, szkoda tylko że jego rodzina miała inne zdanie na temat tego, czym Alan powinien się zająć. Niby więc jak w takiej sytuacji miałby znaleźć czas na siłownię, no jak? Nie dało się, prawda? Oczywiście, że się dało. Mógł coś z tym zrobić, znalazłby chwilę wolnego, gdyby tylko chciał. Problem leżał w tym, że Winfieldowi absolutnie na tym nie zależało, zawsze znajdował sobie coś ciekawszego do roboty, chociaż to wyrażenie nie bardzo pasuje do określenia sposobu rekreacji Alana. Przypadek jednak sprawił, że pogląd Winfielda w tej kwestii uległ małej zmianie.
    Kobiety, to zawsze wina kobiet! Któregoś ranka żona Alana, Frances, oświadczyła, że jej samochód popsuł się (SAM się popsuł oczywiście) i że nie ma jak dotrzeć do pracy, a w tej sytuacji Alan chyba sam rozumie, że powinien być tak miły i użyczyć jej swojego auta. Alan jadł właśnie śniadanie, tosty z jajkiem, więc nie mógł nic na to odpowiedzieć, posłał żonie tylko wymowne spojrzenie. Samochód... popsuty... Już-już w jego oczach skoczną polkę miały odtańcować wkurwiki, kiedy mężczyzna przypomniał sobie, że to nie jego maszyna, więc w sumie nie powinien się denerwować. Przełknął jedzenie, wytarł usta i ręce serwetką, grzecznie zapytał żony, czy kpi sobie, czy o drogę pyta, i stwierdził, że nie ma takiej opcji.
    A potem spóźnił się na autobus. Gdyby to był ten pierwszy, wszystko byłoby w porządku, zaraz nadjechałby następny, ale to właśnie był ten następny, bo Alan wyszedł z domu zbyt późno. Że spóźni się do pracy, to było wiadome, pytanie tylko, jaki będzie poziom tego spóźnienia. Rzucił się w szaleńczą pogoń za autobusem i za nic miał wiatr, który ostro zacinał, deszcz, którego krople okrutnie wpadały w twarz, przechodniów, którzy nie chcieli zejść z drogi; liczyło się tylko to, by dostać się do środka.
    Był to pościg zaiste heroiczny, szkoda tylko że przegrany na starcie. Alan zadyszał się straszliwie, tak bardzo, że przez kilka minut łapał oddech, nie mogąc puścić pięknej wiązanki przekleństw, która sama na usta się cisnęła. Kiedy w końcu zamienił się z bardzo starej maszyny parowej w tylko starą maszynę parową, wydyszał te kilka(naście) soczystych wulgaryzmów, a następnie zadzwonił do siostrzeńca, by ten go poratował.
    Kiedy człowiek nie może dobiec do autobusu, jest źle. Ale jest jeszcze gorzej, kiedy robi z siebie patałacha na oczach syna. Bo jakiś czas po przygodzie z uciekającą komunikacją miejską, Winfield postanowił spędzić z Harrym męskie popołudnie, więc wyskoczyli za miasto i grali między innymi w nożną. Alan stwierdził, że za dużo biegania, stanowczo za dużo biegania, to tak go wykończyło. Stał na bramce. Mężczyzna wołałby tego później nie relacjonować, ale te dwa wydarzenia sprawiły, że postanowił ruszyć do siłowni.
    W tej sytuacji logiczne było to, że byle pytanie Seana nie mogło zmienić zamiarów Alana albo chociaż sprawić, że mężczyzna jeszcze raz się zastanowi.
    — Wykurwiście pewny jestem — odparł, spoglądając na Seana. — Stary, ostatnio byłem tak zdecydowany, kiedy... Hjehje.

    OdpowiedzUsuń
  52. Sean, w wyobrażeniu Primrose, a może nawet w rzeczywistości, był cholernie silnym mężczyzną, i nie chodziło jej tutaj o tężyznę fizyczną, którą można osiągnąć za cenę potu, łez i kilkunastu miesięcy, spędzanych w siłowni. Sean był tą osobą, która powinno się podziwiać, a której niepodziwianie powinno być albo karane, albo wysoce niemoralne. Sean był tym, którego powinno się naśladować — kimś, kto się nie załamał i nie poddał, kto nie spędzał reszty życia zamknięty w swoich czterech ścianach, przy szklance whisky (Szkot na pewno sprowadziłby mu odpowiednią...), za jedyną rozrywkę mając własne marudzenie na niesprawiedliwy los i brak radości w życiu.
    Co nie znaczyło oczywiście, że Primrose nie podziwiała samej siebie. Każda tragedia jest tragedią, a tylko druga kobieta zrozumie jakim ciężarem jest rak piersi. Pomijając fakt, że rak czegokolwiek, napawał społeczności przerażeniem. I powinien.
    Krzątała się po kuchni, wyciągając odpowiednie półmiski, aby przepakować do nich wszystkie przekąski, które zdążyła kupić w drodze do mężczyzny. W domu jadała prosto z paczek, tutaj miała jednak wrażenie, że powinna zachować chociażby resztki przyzwoitości. A to, że Sean lub jego zmywarka, jeżeli taka posiadał (zabawne, że tyle u niego bywała, a jeszcze nie zorientowała się w posiadanym przez niego sprzęcie AGD), będą mieli więcej pracy — cóż, wpisane jest to w żywot goszczącego. Chociaż w tym momencie wyglądało tak, jakby kobieta ugościła sama siebie.
    — Tyle kalorii, tyle tłuszczy utlenionych, konserwantów, barwników i polepszaczy smaku. Od razu chce się jeść — zamruczała i niemalże natychmiastowo sięgnęła do jednego półmiska, zabierając sobie całą garść chipsów, wpychając z sześć do ust. Chwilę przegryzała je z wyraźnym zadowoleniem, darując sobie mruczenie przy tym z rozkoszy, a następnie podsunęła popcorn w stronę mężczyzny. Widocznie czipsy podpasowały jej na tyle, że nie chciała się z nimi rozstawać i dzielić się z Seanem. Aż tak go chyba nie lubiła.

    OdpowiedzUsuń
  53. Nie byłoby przesadą powiedzenie, że przyjazd Seana ratował Eireen życie. Zaraz po odłożeniu telefonu przez Maeve - której najwyraźniej nawet nie przyszło do głowy oddanie go matce przed rozłączeniem się; jak być konkretnym, to konkretnym - rozpoczęła się istna wojna, co zresztą było do przewidzenia.
    Ja nie chcę spodni, ja chcę sukienkę! Ale nie niebieską, tamtą w paski! I czemu ona ma moje spinki?!
    Eireen daleko było do zachowywania się w sposób nadopiekuńczy czy do rozpieszczania dzieci, chociaż faktycznie - można było zaryzykować stwierdzenie, że pozwalała im na zdecydowanie zbyt dużo. W rzeczywistości niezupełnie tak to wyglądało. Ona po prostu kierowała się zasadą, że nauka na własnych błędach jest tą najskuteczniejszą, więc o ile naprawdę nie widziała ku temu powodu, starała się za bardzo nie ingerować. Póki nie wiązało się to z wykorzystaniem przedmiotów zbyt wysokich i zbyt mało stabilnych, bez słowa pozwalała im biegać i skakać. Nie robiła problemu z łączenia niekoniecznie pasujących do siebie ubrań. Nie zmuszała do jedzenia, zakładając, że jak już zgłodnieją, to i same coś zjedzą. Z drugiej strony, uważała, że co za dużo, to niezdrowo, więc ilość pluszaków wszelakich, które stopniowo zdawały się za sprawą Seana przejmować kontrolę nad domem Collinsów, momentami doprowadzała ją do szału. Ilość czekolady trafiającej w ręce diabląt również.
    A wracając do początku - definitywnie ratował jej życie. Bo nagle się okazało, że nierozwiązywalne problemy w zakresie wyboru strojów da się rozwiązać w tempie niemalże błyskawicznym, a do kłótni wcale nie ma takich wielkich powodów. Aine skończyła w pierwszych lepszych i po ludzku wyglądających ubraniach, jakie wpadły Eireen w ręce, Maeve z kolei w sukience, przy której tak bardzo się upierała (sza, że cokolwiek pogniecionej) do kompletu z jaskrawymi rajstopami. Cyrk, po prostu cyrk. Coraz częściej dochodziła do wniosku, że ma w domu małego potwora. Albo dwa potwory. Póki co - wolała jeszcze liczyć, że jednak Aine nie da im się aż tak we znaki jak starsza siostra.
    Dzieci: są. Klucze: są. Telefon: jest. No, to idziemy.

    Eireen

    OdpowiedzUsuń
  54. Samuel spojrzał z obawą na Seana i gest, który ten wykonał. No pięknie, jego mały brzdąc bawił się w najlepsze, a całkiem możliwe, że niani się oberwie. Szkoda, szczególnie, że niania okazała się wyjątkowo dobra i sympatyczna, co Sam zdołał wyłapać z wypowiedzi swojego pierworodnego.
    - Jak coś to odkupimy - zapewnił od razu, uśmiechając się lekko. Pieniędzy trochę miał, więc nie stanowiło to dla niego żadnego problemu.
    Uśmiechnął się na wspomnienie o tak dużej ilości herbat. Kojarzyło mu się to z magiczną szafeczką jego mamy, w której dało się znaleźć najróżniejsze herbatki. Niektóre z rodzajów zawsze budziły zdziwienie Friedricha. Czasem zastanawiał się jak ludzie mogą pić takie świństwa. W jego rodzinnym domu parę pudełek stało chyba tylko dla satysfakcji z posiadania, co dla Samuela było głupotą. No cóż, miał swoje poglądy na pewne tematy.
    - W porządku. Zaraz coś wybiorę - otworzył szafeczkę za zgodą właściciela, po czym wyjął z niej malinową herbatkę. - Willy, jesteś za? - spytał, zerkając na syna, grzebiącego w szafce. Już nawet go nie upominał, widząc, że Sean nie ma nic przeciwko temu jednoosobowemu zespołowi. Malec rzucił przelotne spojrzenie w stronę ojca i podniósł kciuk do góry. - Aleś ty rozmowny - wymamrotał Samuel pod nosem. - To my poprosimy tą - dodał już nieco głośniej.
    Przechodząc koło szafek, ujrzał w innym pokoju bazę. Była to ulubiona forma rozrywki Williama, oczywiście nie licząc rysowania. W takim domku mógł siedzieć godzinami, chociażby po to, żeby turlać się po podłodze i wpatrywać w sufit.
    - Zaciągnął Cię do środka? - spytał z rozbawieniem, zerkając w stronę właściciela mieszkania.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  55. Aidan doskonale zauważył, że Sean mało subtelnie odwrócił papiery w swoją stronę, ale postanowił udać nagłe zainteresowanie sytuacją, która właśnie działa się przy kasie. Starsza pani wyjątkowo głośno wykłócała się o funta reszty, którego rzekomo dostała ale prawdopodobnie nie zarejestrowała tego w swoim małym móżdżku. Właśnie wygrażała kasjerce twierdząc, że jej syn-prawnik zajmie się tą sprawą, a biedna sprzedawczyni próbowała wytłumaczyć, że przecież dostała do ręki rzeczone pieniądze i jeszcze podziękowała za niego wyjątkowo ładnym uśmiechem. Najwyraźniej uśmiech nie był ani szczery, ani nikomu potrzebny... Zresztą tak samo jak cała afera, w którą właśnie zamieszane zostały wszelkie siły boskie, a kobieta najwyraźniej próbowała przekląć cały personel, ze sprzątaczką na czele. Czemu winna była sprzątaczka, tego nie wiedział, ale cała afera pozwoliła Seanowi przeczytać dokładnie całe dokumenty, po czym odłożyć je na poprzednie miejsce, dzięki czemu Aidan mógł spokojnie wrócić do wygodniejszej pozycji, dającej mu lepsze spojrzenie na swoją Większą Połówkę.
    - Czy ty dasz wiarę w to, że ludzie potrafią wykłócać się o jednego funta? Jednego? - powtórzył i zaakcentował wyraźnie o jaką kwotę chodzi. Wiedział oczywiście, że pieniądze nie leżą na ziemi i dla niektórych funt to naprawdę dużo pieniędzy, ale babeczka od afery wcale nie wyglądała na taką, której dolar uratowałby życie. Zwłaszcza, że Aidan właśnie usłyszał, że funt został odnaleziony w kieszeni, a wszystkie klątwy zostały cofnięte. Przynajmniej na razie. - Ale chyba nie obraziłeś się za bardzo na Benjamina za jego wynaturzenia na temat tańca irlandzkiego? Wydaje mi się, że chyba ta na dobrą sprawę nic do samego tańca nie ma, ale chyba się nie widzi w rajstopach na scenie, pośród tych wszystkich młodych aktorów, którzy będą wywijać nogami ponad głowę. Okej, on też tak potrafi, ale w przeciwieństwie do tych młodych... To jemu już chyba nie wypada. Chociaż chętnie bym to zobaczył... - zamyślił się na moment, po czym wpakował do ust kawałek czekoladowego ciastka. Nie smakowało tak jak zwykle, ale musiał się czymś zapchać, żeby przestać produkować ten monolog o niczym, który powstał prawdopodobnie tylko po to, żeby Sean nie zaczął niewygodnej rozmowie o tym, co napisane zostało w lekarskich papierach. - Dobra kawa, Szczęście?

    OdpowiedzUsuń
  56. Popatrzył na Seana jak na idiotę. W tym momencie uważał, że Heffernan właśnie tym idiotą jest, więc nie ma opcji, by można było na niego teraz spoglądać w inny sposób, niż zrobił to Alan. Irlandczyk kpił, czy o drogę pytał? Jego wypowiedź brzmiała, jakby miał Winfielda za pantoflarza, a przed takim postrzeganiem główny zainteresowany gorąco protestował i czuł się urażony do głębi, gdy ktoś w taki sposób go tytułował. Inna sprawa, że rzeczywistość przedstawiała się tak, że większość rodzinnych kłótni kończyła się zwycięstwem Frances, więc Alan robił to, co żona chciała. Trzeba jednak wspomnieć, że mimo wszystko jego twardy charakter nie został całkowicie stłamszony, więc potrafił czasem postawić na swoim. Jednak zdarzało się, że pewne pomysły, które uważał za swoje i o których myślał, że są genialne, tak naprawdę były podsuwane mu przez Frances, więc dało się wszystko załatwić ugodowo. Ale pomysł z ostrym (musi być ostry, nie ma innej możliwości!) treningiem, wyciskaniem siódmym potów siebie był autorstwa Alana.
    — Pierdol się! — zaprotestował. — Tylko nie bierz tego dosłownie — dodał i zarechotał, dając dowód na swoją powagę i dojrzałość.
    Do insynuacji, jakoby nic nie robił, tylko całe dnie siedział na kanapie, nie odniósł się. A mógłby gorąco zaprotestować! Przecież czasem wyskakiwał do baru na piwko i spotykał się z kumplami na pokera, a wtedy siedział na twardym, niewygodnym krześle, a nie mięciutkiej kanapie. Ostatnio był w operze, co świadczyło o tym, że jest bardzo kulturalny i uduchowiony, tylko lepiej nie wspominać o tym, że wynudził się straszliwie. Tydzień temu za to pojechał z bratem na ryby, a trzy dni wcześniej wpadł do biura z bronią do paintballa i trochę pokolorował innych, co mu na szczęście uszło na sucho. Co wolno wojewodzie...! No i miał szczęście.
    To chyba dowód na to, że nie był zwierzęciem kanapowym! Przynajmniej nie w stu procentach, chyba...
    A poza tym ze sportem był za pan brat — był fanem piłki nożnej i Arsenalu, śledził wszystkie mecze reprezentacji, Premier League i Ligi Mistrzów, czasem nawet sam zdobywał bilety i się wybierał na stadion. I syna obserwował, rzecz jasna. Widać, że był człowiekiem stojącym ze sportem za pan brat.
    Poza tym — lwy też ponoć mało robią, ale kiedy rykną...
    Będzie dobrze.
    Z takim nastawieniem Alan wyszedł z windy, co chyba nie było najlepszą opcją dla jego humoru. Widząc wszystkich tych byków, mina mu zrzedła.
    — Ożesz kurwa... no to tego... — wymamrotał niepewnie.

    ~ Alan Winfield

    [Zdaje się, że cały świat chce mi pokazać, że nie powinienem Ci odpowiadać i próbuje mi to uniemożliwić. Nie dałem się jednak, ale za to nie sprawdziłem tekstu (w obawie, że znowu np. komputer mi się usunie albo co!), więc sry za błędy.]

    OdpowiedzUsuń
  57. Dzisiejszego popołudnia wyjątkowo udało się wygospodarować nieco ponad godzinę wolnego pomiędzy kolejnymi spotkaniami, co pozwoliło na spokojne zjedzenie śniadania. Prawdopodobnie już bez większego namysłu pojechała do restauracji w centrum, celem skonsumowania czegoś, co da jej wystarczającą ilość energii, która pozwoli pracować do późna. Pomimo odczuwalnego wielokrotnie zmęczenia, lubiła to, co robiła i nie zamierzała zmieniać kierunku swoich działań. Nieraz myślała o tym, że wokół są całe tabuny życiowych nieudaczników, którzy wybrali zegizm, poddanie się bez walki w swej łagodniejszej postaci. Ludzie tacy, z wpojonym przez opiekunów poczuciem bezradności i z braku poczucia własnej wartości, szukają oparcia w silniejszym psychicznie partnerze, który podejmie się kolejnej opieki. Z racji tego, że nie potrafiła się podporządkować nikomu, nie mogła pozwolić sobie na przybranie takiej formy egzystencji. Z uśmiechem i nieukrywaną pewnością siebie, usiadła przy jednym ze stolików, po czym chwilę później złożyła zamówienie. W oczekiwaniu na kelnera, obserwowała siedzących wokół ludzi. Uwagę przyciągnął mężczyzna, ukrywający się za ogromnymi stronami lokalnej gazety. Zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć skąd zna te rysy twarzy, które ukradkiem zdołała ujrzeć, gdy przekładał kartki. W momencie, gdy uświadomiła sobie, że kojarzy go przez Aidana, uśmiechnęła się do siebie kącikiem ust. Podniosła się z zajmowanego wcześniej miejsca i przetransportowała do stolika, zajmowanego przez mężczyznę. - Cześć, Sean! - uśmiechnęła się wesoło, siadając naprzeciwko.

    OdpowiedzUsuń
  58. - Ty i tak spełniasz każde moje życzenie, więc zupełnie nie rozumiem po co chcesz odwalać tę cała szopkę. - pokręcił jedynie głową, robiąc przy tym oczywiście jak najbardziej poważną minę. Skoro Sean chciał, żeby spędził najbliższe miesiące na poszukiwaniu ludzi tańczących w rajstopach, to Aidan był w stanie poświęcić każdą wolną chwilę na przeszukiwanie internetu. Ba! Był w stanie nawet zatrudnić kogoś, kto mógłby się tym zająć za niego. Chodzenie na łatwiznę zawsze było dla niego idealnym wyjściem z każdej sytuacji. Wyciągnął więc telefon i szybko napisał smsa do Benjamina, który siedział aktualnie jak na szpilkach, bo przecież szkocki entuzjasta szpitali zapomniał mu od razu napisać, że nie umiera. Nie wspominając o tym, że zapomniał poinformować własnych rodziców o tym, że w ogóle wybiera się do szpitala na jakiekolwiek badania, co chyba zaczynało podchodzić już pod skurwysyństwo, ale on nie zamierzał się tym przejmować, w końcu był biednym człowiekiem, którego czekała poważna operacja i pobyt w budynku śmierci, a nad takimi jak on należało się jedynie litować. Może i miał rację co do tańczenia w czarnych spodniach, ale baletki i buty na obcasie prezentowały się na zdjęciach tak cudownie, że miał ochotę schować się pod stół i umrzeć ze śmiechu, ale dał sobie spokój i przybrał minę zawodowego pokerzysty, który gra o najwyższą stawkę. Gdzieś w umowie dotyczącej wszystkich związków świata, był dopisek dobrym druczkiem, że nie należy się śmiać z żadnego hobby drugich połówek, bo ten śmiech może się kiedyś obrócić przeciwko śmiejącym się, a tego nikt przecież nie chce. - A od tej kawy dostaniesz cukrzycy i na tym to wszystko się skończy, bo kto to widział żeby brać najsłodszą kawę z całego menu? Mój drogi, nie masz już piętnastu lat i nie możesz pchać w siebie wszystkiego, co zabija swoją dawką słodyczy licząc na to, że twój organizm sobie z tym poradzi. Ja wiem, ja czytam fora internetowe, a wiadomo że wujek Google jest najlepszym lekarzem na świecie, prawda? - zapytał, po czym włożył do ust kawałek obrzydliwie słodkiej czekoladowej babeczki. Aidan nigdy nie potrafił wybrać stosownych sytuacji do wygłaszanych przez siebie opinii.

    Aidan.

    OdpowiedzUsuń
  59. Odpuść. Nie możesz przecież tego zrobić.
    Tylko właściwie dlaczego nie mogła? Co było takiego złego w jej postanowieniu i czemu miała zrezygnować z niego? Nie chciała przecież zrobić niczego niebezpiecznego czy co gorsza nielegalnego, nie planowała napadu na bank ani ucieczki z więzienia, chociaż pewnie lepiej wyszłaby na tym, gdyby obrabowała jakiegoś jubilera, sprzedała wszystko i wyjechała gdzieś, gdzie zaczęłaby swoje życie od nowa. Przynajmniej nie miałaby problemów z amnezją, mogłaby zapomnieć, że wypadek odebrał jej większą część wspomnień, przeżytych chwil, znajomości, do których teraz musiała dochodzić krok po kroku. Najprościej było to robić, gdy ktoś ją rozpoznawał, wystarczyło wtedy upewnić się, że chodzi o nią i wyjaśnić najogólniej całą sytuację. Prostą sprawą było też pukanie do drzwi ludzi, którzy dwa lata temu zasilali jej konto bankowe pieniędzmi. Tak dotarła do swojego byłego szefa, o czym oczywiście nie miała pojęcia, dopóki nie powiedział jej, że pracowała tam. Wtedy sytuacja była dość niekomfortowa, więc obecnie mogło być tylko gorzej, prawda? Teraz to nie ktoś rozpoznał ją, ale to jej wydawało się , że widziała już kiedyś tą twarz. Na pewno nie nastąpiło to w przeciągu ostatniego miesiąca, bo wtedy nie zawracałaby sobie tym głowy do takiego stopnia, żeby codziennie przesiadywać w tej samej kawiarni w określonych godzinach porannych i wyczekiwać pojawienia się tej osoby. Musiało chodzić o dłuższy okres czasu, a że dwa lata była nieprzytomna, to w grę wchodziły tylko miesiące sprzed wypadku. I to sprawiało, że w jej głowie świeciła się lampka mówiąca "zrób coś". Lekarze bez przerwy mówili, że prawdopodobnie amnezja nie ustąpi, a tutaj jak na dłoni miała prawie pokazane, że coś sobie przypomniała, a dokładniej to kogoś.
    Właśnie możliwość spotkania się z dziwnie znajomym mężczyzną sprawiła, że siedziała w czwartkowy poranek w kawiarni i przygryzała niecierpliwie dolną wargę w oczekiwaniu na pojawienie się mężczyzny. Tydzień już go tak śledziła. Sama nie wiedziała dlaczego dokładnie to robi, bo rezygnowała ze swoich planów zawsze w kulminacyjnym momencie, gdy wchodził do budynku i zamawiał sobie kawę na wynos. Miała idealną okazję, kilka minut w trakcie których pracownicy przygotowywali jego zamówienie, jednak nigdy nie odważyła ich się dobrze wykorzystać i później sfrustrowana obserwowała tylko przez okno jak znika w tłumie na przejściu dla pieszych. Dzisiaj pewnie też tak by było, gdyby nie fakt, że miała już dość życia w niewiedzy. Chciała wiedzieć dlaczego go pamięta i kim on w takim razie jest. Odnowiła już kontakty z byłym chłopakiem, byłym szefem, byłym przyjacielem... Kto tym razem?
    W ostatniej chwili zdecydowała się zabrać leżący na siedzeniu obok szalik i powiesić na ramieniu torbę. Nieznajomy mężczyzna zdążył już wyjść z kawiarni, pewnie zginąłby jej w tłumie londyńczyków, ale na jej szczęście światło dla pieszych zmieniło się na czerwone. Pewnie nawet gdyby on przebiegł między samochodami na drugą stronę ulicy to pobiegłaby za nim, żeby tylko w końcu mieć to za sobą. I w końcu miała mieć, bo dotknęła jego przedramienia, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ojcem jej nie był, bo przecież rodzice nie żyli. Więc kim?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Pewnie to zabrzmi nieprawdopodobnie i uzna mnie pan za wariatkę, ale od kilku dni mam wrażenie, że skądś pana znam i chciałam...nie, właściwie to muszę wiedzieć czy faktycznie gdzieś się kiedyś spotkaliśmy - powiedziała na jednym wydechu, nadal nie wiedząc po co tak właściwie to zrobiła. Ale zrobiła i teraz czekała tylko na reakcję nieznajomego.

      [źle wyszło, ale nie krzycz nas nas ;(.]

      Tess

      Usuń
  60. I/II

    Erin Flynn, mimo łagodnego usposobienia i wiecznie ciepłego uśmiechu, nie należała do osób, którym z łatwością przychodzi nawiązywanie nowych kontaktów. Znacznie lepiej czuła się w towarzystwie znajomych, ale zauważyła, że umiejętność pozyskiwania ich stopniowo wzrastała z każdym kolejnym miesiącem, który spędzała w stolicy. Pracowała w SPA – miała tam ciągły kontakt z ludźmi, z kobietami, które w trakcie masażu wylewały swoje smutki i żale, które mówiły, jak bardzo im źle, jak bardzo dziękują, że mogą ostatnie pieniądze wydać na nietanią relaksację. Dorównywała pewnie niejednemu barmanowi w zbieraniu historii życia kur domowych, zamęczonych karierowiczek lub popadających w nałóg rozwódek. Było tego mnóstwo i chociaż niektóre opowieści były podobne, każda z klientek miała coś, co wyróżniało ją na tle innych osób.
    Coraz bardziej otwarta i pewna siebie, niezwykle urocza Erin, kolekcjonowała nowych znajomych na Facebooku jak pokemony w dzieciństwie, ale w gronie tychże ludzi ciągle brakowało jednej osoby, którą chciała tam mieć. Bo potrzebowała, bo była dłużniczką. Po prostu – czuła się głupio, że nie ma w znajomych – chociaż to nieco prymitywne – człowieka, któremu zawdzięczała wiele, momentami miała wrażenie, że nawet zbyt wiele, bo sama przecież nic nie zrobiła.
    Nie narzucała się. Nigdy nie narzucała się innym ludziom i chociaż uparta była jak osioł, to istniały sytuacje, kiedy z tego uporu potrafiła zrezygnować. Dlatego była dziwnie bierna na rozwój sytuacji tuż po jej przeprowadzce. Nie miała nic przeciwko wymianie kolejnych maili, nie miała nic przeciwko długim rozmowom telefonicznym i krótkim poradom, dzięki którym trafiała do mieszkania z najbardziej dziwnych miejsc w Londynie. Nie bała się też pytać o kolor zasłon do sypialni i kolor poduszek, które zdobiły wygodną sofę w pokoju dziennym. Nie bała się pytać o to, jaki rodzaj garnków powinna sobie sprawić, ale zdawała sobie sprawę, że lepiej byłoby mieć tę osobę obok siebie i chociaż podsyłała Seanowi zdjęcia swojego mieszkanka, to przecież nie było to samo. Nie tak wyobrażała sobie swoje życie w Londynie. I chociaż początki do łatwych nie należały, wiedziała, że bez pana doktoranta byłoby jej znacznie trudniej. Dlatego cicho, bardzo cicho, zaczynała coś mówić o spotkaniu. Najpierw, drogą dość okrężną, wyznawała o spotkaniach z nowymi znajomymi, które przecież nie zawsze miały miejsce naprawdę. I tak jakoś wyszło. Wyszło, że umówili spotkanie, a wiecznie niezorganizowana Erin, zapisała to pamiętne wydarzenie w kalendarzyku i ustawiła przypomnienie w telefonie, które okazało się zupełnie zbędne.
    Stresowała się w momencie, kiedy wybierała sukienkę. Stresowała się w momencie, kiedy był już ubrana i wahała się między zwykłymi jeansami, o które potknęła się w przedpokoju. Stresowała się nawet wtedy - stojąc przed lustrem i pocąc się w pełnym umundurowaniu - kiedy zastanawiała się nad tym, czy powinna jednak rozpuścić włosy. Jej stres widoczny był też w tonie spalonych ciasteczek w koszu na śmieci, bo nawet gołębie przesiadujące na parapecie nie chciały się na nie pokusić. Wybrała jednak te najlepsze, jej zdaniem jadalne kamienie o smaku cynamonu i czegoś tam jeszcze, byleby tylko móc czymś poczęstować gospodarza.
    Gdyby nie wcześniejsze, dokładne instrukcje dotyczące drogi, zgubiłaby się i usiadła na stacji metra, zajadając się nieudanymi wypiekami. Dotarła jednak cała i zdrowa, z nieco zmarzniętymi dłońmi, bo zapomniała rękawiczek. Zarumienione od zimna policzki, niesforna grzywka i rozmazany tusz do rzęs na jednym z policzków, stanowiły obraz pewnego rodzaju rozpaczy, pewnie znalazłyby się osoby, które ulitowałyby się nad młodą kobietą.
    Zadzwoniła, zapukała, drżąc nie tyle od chłodu panującego na zewnątrz, co ze stresu, który był dla niej niezrozumiały, ale… hej, miała przecież poznać dzisiaj swojego wybawcę, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. II/II

      Nie była nawet pewna, kogo spodziewa się zobaczyć. Co prawda, kilka razy widziała zdjęcie profilowe, słyszała jego głos, ale czytała maile, wyobrażając sobie wysokiego, postawnego mężczyznę, który życia się nie boi. Dlatego, kiedy otworzono jej drzwi, a na wysokości oczu znalazła się… pustka, cofnęła się o krok, układając usta w wielce uroczy dzióbek. Miała ochotę, prychnąć, wzruszyć ramionami i odejść, ale przecież go usłyszała. Słyszała głos z telefonu! Spojrzała niżej, nieomal zakrztuszając się własną śliną. Upuściła plastykowy pojemniczek, w którym przyniosła kilkanaście ozdobionych lukrem, kruchych (czyt. twardych jak kamień) ciasteczek. I… i padła na kolano, nie potrafiąc utrzymać się w dość chwiejnej pozycji kucającej, dość szybko i niezdarnie wstała, ignorując jednak ból w jednym z nich. Po prostu, zdarza się.
      — Cze-e-e-ść — wymamrotała w końcu. I to nie tak, że chciała uciekać, że miała mu za złe to, że jest na wózku i nie raczył jej o tym powiedzieć. Na pewno też swoim zachowaniem nie chciała sprawiać mu przykrości. Po prostu… Nigdy, w swoim już dość długim życiu, nie miała styczności z człowiekiem na wózku. Potrzebowała kilkunastu sekund, żeby przywołać na zarumienioną twarzyczkę ciepły uśmiech. Wszystko zaczynało być w porządku.

      Erin (Żenada)

      Usuń
  61. Ale on dużo mówi…, to była pierwsza myśl, która pojawiła się w głowie Erin. Zresztą, zdążyła zaobserwować to już przez telefon, ale ona wtedy nie milczała jak zaklęta. Nie stała w miejscu i nie czekała na zaproszenie – mówiła, nadawała równie dużo, a może nawet więcej niż on. I chociaż wiedziała, że jej zachowanie zakrawa o to bardzo niegrzeczne, a nietakt został dopełniony, kiedy zwlekała jeszcze kilka sekund po zaproszeniu jej do środka. Nie chciała uchodzić za… zdenerwowaną i niepewną swojego zachowania, a nawet przemierzając próg domu swojego znajomego, drżała jak osika, a nogi miała niczym z waty. Była pewna, że nie utrzyma się na niewysokich obcasach, które dodały jej tylko paru centymetrów, a i tak czuła się dziwnie – zwykle to wszyscy byli wyżsi od niej, a teraz ona – mimo skromnych stu pięćdziesięciu dziewięciu centymetrów wzrostu – górowała nad mężczyzną na wózku. Nie spodziewała się tego, tak samo jak nie spodziewała się wózka. Mimo wszystko, powoli docierało do niej, że kalectwo nie czyni z niego innego człowieka. Praktycznie od samego początku dobrze wymieniało im się maile, a potem całkiem przyjemnie rozmawiało się przez telefon.
    Wchodząc do środka, nie omieszkała nie rozejrzeć się po ładnym, przytulnym wnętrzu. Nadal nie będąc pewną swojego ciała, odłożyła pudełko z połamanymi ciasteczkami, a właściwie ich resztką, na jakąś szafeczkę i podała płaszczyk Seanowi, szybko ściągając też buty, aby czuć pewny grunt pod stopami. Wygładziła materiał ładnej, ale nie standardowo eleganckiej sukienki i sprawdziła czy grube, bawełniane, czarne rajstopy są całe po zetknięciu się z chodnikiem przed drzwiami. Słuchała go, wcale nie ignorując, a kiedy ponownie sięgnęła po pudełko, wyciągnęła rękę w jego stronę.
    Nie powinna, bo ciasteczka już nawet ładnie nie wyglądały, nie mówiąc o ich zdatności do spożycia. Powinna była wyrzucić je do mijanego kontenera, lepszym prezentem byłoby pudełko, które nadawało się i do zamrażalnika, i do mikrofalówki. Teraz Sean miał w komplecie ciasteczka.
    — Próbowałam coś upiec — wymamrotała, wyraźnie jednak podkreślając fakt, że były to usilne starania stworzenia czegoś jadalnego. Uśmiechnęła się już po swojemu, promiennie i ciepło, bawiąc się sznurkową bransoletką na nadgarstku. — Bardzo tu ładnie — dodała, ignorując chwilowo sposób, w jaki do niej zagadnął. Jej mieszkanie, przy domu Seana i jego partnera, wypadało naprawdę blado, ale nie zamierzała się wstydzić. Była dwudziestosiedmioletnią kobietą bez wyższego wykształcenia, bez naukowego stopnia i bez dyplomu. Pracowała w SPA, a większość oszczędności przeznaczyła właśnie na umeblowanie mieszkanie, które początkowo było w opłakanym stanie.
    — Nie mam pojęcia, jak może czuć się twój student, ale… nie, nie sądzę, żebym się czułą tak, jak opisałeś. Przepraszam za te ciasteczka. — Uśmiechnęła się, dopiero teraz skupiając się na przepysznych, kuszących zapachach. Uświadomiła sobie, jak bardzo jest głodna, że w ciągu dnia nic nie zjadła, będąc zbyt zaaferowaną spalonymi wypiekami. I miała cichą nadzieję, że Sean gotuje od niej lepiej. W jej kuchni ładnie pachniało tylko wtedy, kiedy zalewała zupkę z paczki lub podgrzewała coś w mikrofali.
    Unikała spoglądania na wózek i na nogi mężczyzny, ale chyba było to niemożliwe, więc jej uśmiech chociaż uroczy, miał też w sobie coś z przeprosin, na które Sean zasługiwał. Głównie przez jej nietakt.

    Erin

    OdpowiedzUsuń
  62. - Sean... Przestań. - uśmiechnął się lekko odkładając na bok kubek z kawą i końcówkę ciastka. Delikatnie położył ręce na dłoniach swojej zdecydowanie większej połówki i przekrzywił głowę nieco w lewą stronę – Wiesz jak zrobimy? Ty pojedziesz do domu, załatwisz sobie wszystko co musisz załatwić, weźmiesz wszystko co musisz wziąć, ogarniesz to co chcesz i musisz ogarnąć. Potem zjesz sobie normalny obiad i wypijesz normalną kawę siedząc w swoim ulubionym fotelu w naszym domu., Dasz jeść sierściuchowi, żeby ci potem w nocy twarzy nie wyżarł z głodu. A potem obejrzysz sobie wiadomości. Ja w tym czasie pójdę do szpitala, zrobię wszystkie badania, które Wilson wypisał magicznym długopisem na równie magicznej karteczce. Dam się pokłóć osiemnaście tysięcy razy igłą, dam ściągnąć z siebie dziewięć litrów krwi, potem dam się ulokować w jakiejś przyjemnej sali z widokiem na pokój lekarzy i pielęgniarek, chociaż nie wiem czy siedzą w jednym czy mają dwa różne. Kupię jakąś gazetę, albo może książkę bo wychodząc ze szpitala widziałem że mają całkiem nieźle zaopatrzony sklep i poczekam sobie spokojnie aż ten wstępny bałagan jakoś się poukłada. Jak już oboje ogarniemy to co mamy ogarnąć, to wpadniesz wieczorem, pogadamy chwilę, może już będą wyniki, których ja i tak co prawda nie zrozumiem, ale ty masz dużo większe obycie w tym wszystkim, więc powiesz mi co jest zapisane na tych wszystkich kartkach, okej? A wiesz dlaczego tak zrobimy? - zapytał, bawiąc się przy okazji srebrną obrączką na palcu swojego lubego – Bo nie mam pięciu lat i nie będę stawiał na głowie całego Londynu, tylko dlatego że wylądowałem w szpitalu. Bądź co bądź, przez swoją własną głupotę. Więc proszę cię kocie, nie popadajmy w paranoje, bo wiesz że ja się łatwi nakręcam i jak będę miał tą głupią świadomość, że wszyscy mogą skakać wokół mnie na jednej nodze tylko po to, żeby było mi lepiej, to będę to perfidnie wykorzystywał. A to nie wyjdzie nikomu na dobre i oboje doskonale o tym wiemy. To tylko szpital. Bardzo dobry zresztą, z dobrymi specjalistami i lekarzem, którego świetnie znasz. Nic mi nie będzie, jestem w końcu dużym chłopcem, prawda?
    Aidan nie miał pojęcia skąd u niego nagle taki skok optymizmu i zaufania do wszelkich medycznych kwestii, ale w jednej sekundzie poczuł że musi przestać zachowywać się jak zostawione na śmierć dziecko. Był dorosłym facetem, prowadził własną firmę, ogarniał wszystkie terminy i inne straszne rzeczy, więc mógł poradzić sobie spokojnie ze szpitalem. Zwłaszcza, że wiedział doskonale że gdyby coś się działo, wystarczyłby jeden telefon i Sean zjawiłby się na miejscu tak szybko jak tylko potrafił. Oprócz niego był też Billy, który z pewnością też rzuciłby wszystko, gdyby Aidanowi faktycznie działaby się krzywda. Ale nie działa, musiał zrobić tylko badania, potem musiał oddać się w ręce najlepszych specjalistów i po kłopocie. A Sean powinien korzystać z jego przypływu racjonalnego myślenia, które wcale nie zdarzało się tak często jak pewnie powinno.
    Puścił jego ręce, przeciągnął się, pozwolił na to żeby strzeliły mu wszystkie kości i uśmiechnął się zawadiacko. Wszystko wróciło do punktu wyjścia, którym był Aidan bez większych problemów w życiu, za to z odpowiednio olewatorskim nastawieniem.
    - Tylko pamiętaj, żebyś mi przyniósł pomarańcze... Pomarańcze to podstawa szpitalnych wizyt. - chciał też powiedzieć, że kocha go strasznie za wszystko to co dla niego robi, ale zamiast tego puścił mu jedynie oczko i dopił swoją kawę.

    OdpowiedzUsuń
  63. - No tak... - powiedział tonem absolutnego zamyślenia, o ile taki ton w ogóle istniał, a nie tworzył się aktualnie w głowie Hamiltona tylko dlatego, że takiego tonu obecnie potrzebował. Obrócił kilka razy w dłoniach kubek z prawie dopitą kawą, po czym przeniósł swoje, jakże zamyślone, spojrzenie na drzwi. Chciał odpowiednio wybrnąć z całej sytuacji, żeby nie zdradzać swojego prawdziwego poglądu na szpital i jednocześnie nie dać po sobie poznać, że doskonale wie że Sean chce być w szpitalu w każdą minutę, nawet jeśli miałby się przebrać za lekarza tylko po to, żeby trzymać go za rękę. Metaforycznie oczywiście. - No tak... - powtórzył, zdając sobie przy okazji sprawę z tego, że jeszcze jedno „no tak” i prawdopodobnie zostanie wzięty za debila i odtransportowany na bardzo konkretny szpitalny oddział. Tego oczywiście nie chciał, więc uśmiechnął się pod nosem i dopił kawę.
    - Zrobimy tak. - nachylił się w stronę swojej lepszej połówki, rozejrzał wokół siebie i zaczął konspiracyjnym szeptem, jakby co najmniej trzech agentów rosyjskich miało podsłuchiwać tę ważną i poufną rozmowę – Odprowadzisz mnie na oddział, bo oboje doskonale wiemy, że bardzo chcesz mnie odprowadzić na oddział, chociaż żadne z nas tego głośno nie powie, bo to największa tajemnica wszechświata. A więc, odprowadzisz mnie na oddział i pogadasz z Wilsonem albo z pielęgniarkami, które powiedzą ci to czego ja nie zrozumiem, choćby mi to rozpisali na pięciu karteczkach. Potem pojedziesz do domu, weźmiesz kilka najpotrzebniejszych rzeczy, zrobisz kawę, której i tak nie wypijesz, bo gdybyś tylko mógł to z pewnością przebierałbyś nogami, a tak to tylko będziesz siedział jak na szpilkach – uśmiechnął się niewinnie swoim typowym, mało niewinnym uśmiechem małego trolla, któremu udało się najlepsze porównanie świata – A potem, jak najszybciej się da, przyjedziesz z powrotem do szpitala, bo jak oboje doskonale wiemy, nie wytrzymam tam sam dłużej niż cztery godziny, chociaż do tego też żadne z nas się nie przyzna, bo to ujma na honorze czy równie coś dramatycznego. A potem będziesz ze mną siedział do późnego wieczora, próbując mi wmówić że nie masz nic ciekawszego do roboty, chociaż wbrew wszelkim nadziejom i modlitwom, twój doktorat sam się nie napiszę. I ja ci pewnie zwrócę na to uwagę, więc następnego dnia rano, przyjedziesz do szpitala z laptopem, żebym nie mógł się do niczego przyczepić, chociaż i ta coś znajdę. Znam nas za dobrze, żebyś mógł zmienić cokolwiek w tym logicznym ciągu zdarzeń.
    Musiał przyznać, że ostatnio coraz częściej zdarzało mu się gadać z ładem i sensem, a nie tylko po to, żeby wygłosić swoje zdanie na jakiś temat. To zaczynało go nieco martwić, bo prawdopodobnie dorastał, a porzucenie uroczego i bezproblemowego dzieciństwa, w ogóle nie wpisywało się w jego dotychczasowe plany.
    - A skoro będziemy mieć trochę wolnego czasu, a raczej ja go będę miał, to może zajmę się dogrywaniem szczegółów ślubu? Poszukam jakiś zaproszeń czy coś... - nie wierzył, po prostu nie wierzył w to wszystko co mówi, więc przeniósł spojrzenie na Seana i uśmiechnął się wesoło – Mój Boże... DORASTAM.

    OdpowiedzUsuń
  64. - Tak, tak... Ja wiem, ja po prostu... Chciałem... Chciałem, żebyś go miał. Tak na wszelki wypadek. - jeśli na świecie istniała osoba, która nie potrafiła się zachowywać w chwilach zwanych potencjalnie nerwowymi, to tą osoba był z pewnością James. James po wojsku, uściślając, bo zanim go wypieprzyli na zbity pysk, po wielu próbach ogarniania mu tyłka, żadne sytuacje nerwowe nie miały na niego żadnego wpływu. A przynajmniej tak mu się wydawało, co pewnie nie było prawdą zważywszy na fakt, że pił. Teraz, kiedy w końcu był w stu procentach czysty i nie myślał już o wódce przez większość doby, zaczął zauważać, że istnieją na świecie rzeczy, które mogą wyprowadzić go z równowagi, mogą go zestresować, zdenerwować bądź zawstydzić. W zawstydzaniu James nie miał sobie równych, Alice twierdziła że robi to wyjątkowo uroczo, więc zawstydzała go wręcz nałogowo, a on wciąż zachowywał się tak samo (ku jej wielkiej uciesze swoją drogą). Przy Seanie czuł się jednak zestresowany, jak przed najważniejszym egzaminem swojego życia, w którym stawką jest dalsze istnienie na najlepszej uczelni świata. Czuł ten dziwny ścisk w żołądku, który promieniował gdzieś w okolice żeber i kręgosłupa. Czuł jak pocą mu się dłonie, więc picie z kubka ograniczył do maksymalnego minimum, bojąc się że jak tylko weźmie go do rąk, to w malowniczy sposób rozbije się on o stół albo podłogę. Przełykał nerwowo ślinę i błądził wzrokiem gdzieś po ścianach, licząc na to że znajdzie tam jakiś szczegół, którego będzie mógł się uczepić i pchnąć rozmowę właśnie w jego kierunku. I właśnie wtedy dostał smsa od Alice, która najwyraźniej chciała sprawdzić czy wciąż żyje. Żył, miał się dobrze, zaciskał dłonie na kubku i dyskretnie chował telefon do kieszeni, mając w pamięci to jak zawsze karciła go mama, że w czasie ważnych rozmów nie należy bawić się telefonami, długopisami, fragmentami kartek i tym podobnymi rzeczami. Mama Heffernan była niezwykle mądrą kobietą, szkoda tylko że nie było jej tu w tym momencie.
    - Zacząłem spotykać się z Ali... - powiedział w końcu, wiedząc doskonale że to chyba jedyny bezpieczny temat w tym momencie. Oczywiście mógł znów paść na kolana, błagać żeby mu wybaczył, zaufał i tak dalej, ale już to dzisiaj robił a dwukrotne powtórzenie czegoś takiego, wcale nie było spektakularne. - Zakończyłem terapię, a potem ona stwierdziła że nie możemy się więcej widywać, bo już doskonale daje sobie radę sam... Więc trochę się zdziwiłem widząc ją pod drzwiami mojego mieszkania, z jedną walizką i kotem, który szybko znalazł sobie wygodne miejsce na oparciu mojego ulubionego fotela. - dodał z lekkim uśmiechem, którego nie potrafił ukryć – Rozwiodła się z mężem na jednej sprawie, parę dni temu pojechaliśmy do niego po resztę jej rzeczy i... I jakoś tak już zostało. - wzruszył ramionami, zdając sobie sprawę z tego, że musi wyglądać jak licealista opowiadający o pierwszej randce ze szkolną pięknością – Co prawda kotu się wydaje, że będzie rządził tym domem, ale poza tym jest całkiem fajnie. Jest fajniej niż sądziłem, że będzie bo zawsze mi się wydawało, że po tygodniu mieszkania z kimś podetnę sobie żyły. A tu proszę, miłe zasko... Przepraszam, pewnie nie chcesz tego słuchać. - poprawił rękawy koszuli i spojrzał na niego niemal przepraszająco.

    OdpowiedzUsuń
  65. Mroźny poranek. Szokujące, ale tego dnia Satine postanowiła nie spać do południa i o świcie wyruszyła w miasto.
    Najpierw zajęcia do południa, potem zmiana w kawiarni. O ile to pierwsze można było śmiało przespać, w drugim przypadku o śnie można było jedynie pomarzyć. Busy, busy, busy. Skąd u ludzi tak wielka potrzeba wypicia kawy o każdej porze dnia i nocy? Rudowłosa tego nie pojmowała, zwłaszcza że sama owego napoju nie pijała. Miała na kawę uczulenie od długich lat. Wolała energetyk, czy kubek czarnej, mocnej i słodkiej herbaty. Z naciskiem na to drugie. Tylko to stawiało ją na nogi. Ale nie dziś.
    Tego dnia marzyła o puszcze zimnego, mocnego piwa z sokiem. Najlepiej w proporcjach 70:30. A potem miała nadzieję na długi, porządny sen. Kolejna rzecz, jakiej brakowało jej w życiu. Była nocnym markiem, więc za dnia niczym zombie wykonywała swoje obowiązki. Robiła to z uśmiechem na ustach, więc nikt się nie czepiał, a jak wiadomo, makijaż też czyni cuda. Szczęściem, malowała się przed każdym wyjściem z domu. Przeważnie.
    Ośmiogodzinna zmiana upłynęła w końcu pod znakiem zmęczenia i kiepskich napiwków.
    Na jakieś zakupy wystarczy- pomyślała - ale na pewno nie na wypad do knajpy. Czy to robiło się coraz poważniejsze? Ta jej ciągła chęć imprezowania w pomieszaniu z brakiem snu i funduszy. Ciche westchnięcie, zejście do szatni, zrzucenie z siebie firmowej koszulki i zapaski. Po kilku chwilach mogła wracać do swojego mieszkania.
    Spakowana, ubrana w płaszcz i owinięta ciepłym szalem, wyszła na zewnątrz. Przetarła zmęczone oczy, zapominając o tuszu. Może się nie rozmazała? Nieważne. Po chwili dotarła do sklepu, w którym dało się poczuć magię świąt...
    Mdliło ją na widok bombek, choinek, świętego Mikołaja. Zdecydowanie nie lubiła tego całego zamieszania, bieganiny za prezentami, przygotowywania kaw z pianką, które dekorować musiała gwiazdką z cynamonu.
    Wnętrze było pełne ludzi, więc ciężko było znaleźć wolny koszyk. Wyminęła kogo się dało i w takt puszczanej z radia kolędy, ruszyła w kierunku sekcji z alkoholem. Jedno piwo, dziesięć minut w kolejce i będzie mogła powrócić do swojej ciszy.
    Nagle coś potrąciła, w sklepie rozległ się trzask. Wszyscy patrzeli na nią. Kiedy przeniosła wzrok na źródło hałasu, okazało się, że runęła wielka konstrukcja z puszkami kukurydzy i groszku. Wiedziała, że to jej sprawka, ale gdy podbiegł pracownik obsługi, jakoś tak się jej wymknęło:
    - To on!- wskazała palcem na faceta, który miał nieszczęście znajdować się tuż obok niej, po czym uśmiechnęła się lekko do sprzedawcy, paraliżującego ją swym gniewnym spojrzeniem. Dopiero po chwili zorientowała się, dlaczego tak na nią patrzył. Wskazała na mężczyznę na wózku. Wokół rozległy się szmery.
    Satine jest złym człowiekiem, pójdzie do piekła. Tylko dlaczego nie w tej chwili? Spuściła wzrok. Po raz pierwszy było jej... wstyd? Tak, chyba to było dobre określenie.

    Satine
    [śmiało, zignoruj, jak trzeba xD]

    OdpowiedzUsuń
  66. Matko i córko!
    Nie dość, że zrobiła bajzel i najpewniej będzie zmuszona go posprzątać, bo w innym wypadku skończą się jej nocne wypady po alkohol i ciastka, to zwaliła winę na kogoś innego, jak małe dziecko. I to jeszcze na niezrównoważonego psychicznie faceta, który zamiast ją zbesztać i rzucić zgromadzeniu, jak lwom, na pożarcie, przytulił ją do siebie i podarował pochlebstwo. Wolałaby dostać w twarz, niż uczestniczyć w takiej szopce.
    Była w kompletnym szoku i zdaje się, że wcale nie patrzyła na mężczyznę. Najpierw, pełna wstydu, spuściła głowę. Potem, przerażona oczy zamknęła. Kiedy ten w najlepsze się śmiał, ona liczyła do dziesięciu. Poszli sobie, nie poszli? Jawa to czy sen? Pech, czy przekleństwo? A może miała szczęście, największe na świecie i to dziś właśnie jest dzień dobroci dla zwierząt?
    Gdy oczy swe otworzyła i dumnie podniosła zakuty łeb, doznała szoku jeszcze większego, niż ten związany z nieoczekiwanym kontaktem fizycznym na środku supermarketu. Na wózku siedział mężczyzna, przypominający jej Jamesa. Nie, nie był podobny. Był niemal identyczny, chociaż może w tej chwili skłonna była przesadzać. I coś ją olśniło. Fakt, o którym najczęściej nie pamiętała. Kompan cotygodniowych wizyt u psychologa opowiedział jej kiedyś, że ma brata bliźniaka. Czyżby więc tak wyglądał... Jakże mu mogło być na imię? Nie pamiętała już, czy taką informację kiedykolwiek usłyszała z ust Jamesa.
    Zamknęła rozdziawioną dotąd japkę.
    - Dam Ci swój numer, gdyby się między wami coś zmieniło.- odpowiedziała na jego słowa, całkiem machinalnie, próbując się nie zdradzić. Lekko się uśmiechnęła, chociaż trudno to nazwać uśmiechem. Było jej mega dziwnie. - Jesteś pewien, że któraś z puszek nie spadła Ci na głowę? - tym razem odezwała się ciszej, jakby z pewnym zatroskaniem.
    Prawie kogoś zabiłaś, pójdziesz do piekła.

    [mam nadzieję, że na myśli miałyśmy to samo:)]
    Satine

    OdpowiedzUsuń
  67. Erin miała to szczęście, a może nieszczęście i nie była niczyim niewolnikiem. Nie musiała dla nikogo gotować, wyciągać sweterków, prać, polerować butów, zamiatać i ładnie się uśmiechać. Nie musiała szeptać czułych słówek, nie musiała przytulać, kiedy nie miała na to ochoty i nie musiała udawać, że wszystko jest w porządku, tylko dlatego, żeby drugiej osobie było lepiej. Erin, po śmierci chłopaka, z którym czuła się dobrze i którego – jak zrozumiała po czasie – bezwarunkowo kochała, zmieniła się. Nie tyle zmienił się jej stosunek do życia, co po prostu zaczęła inaczej traktować ludzi. Stali się bardziej obojętni, chociaż… nadal przywiązywała się do nich zbyt szybko i zbyt mocno. Weźmy na to Seana, bez którego nie wyobrażała sobie egzystencji w Londynie, chociaż dopiero teraz widzieli się po raz pierwszy. Irlandczyk coś znaczył i to było najgorsze, bo było jej dziwnie pusto bez chociaż jednego maila, smsa czy telefonu dziennie i chociaż mogłoby się wydawać, że po prostu mu się naprzykrza – lubiła czuć, że nie jest komuś obojętna, a w Londynie nie znała praktycznie nikogo, nie licząc ludzi z pracy, którzy mieli swoje życie, którzy wiecznie się śpieszyli.
    O, tak. Skierowała kroki do kuchni, a kiedy już się w niej znalazła – obróciła się trzy, no, może nawet cztery razy i uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła takie pomieszczenia, chociaż nie przepadała za przebywaniem w kuchni w roli kucharza, wtedy taki pobyt nie kończył się zbyt szczęśliwie. Ale teraz? Nie mogła się nie uśmiechnąć znacznie szerzej, kiedy uświadomiła sobie, że czeka na nią wyżerka i to nie byle jaka, a spalone, twarde jak kamień, ciasteczka pójdą w niepamięć. Następnym razem przyniesie wino za pięćdziesiąt funtów, co i tak byłoby naruszeniem jej miesięcznego budżetu, ale nie powinna szczędzić na dobrym kucharzu, a już teraz odnosiła wrażenie, że w domu Seana będzie pojawiała się częściej niż powinna.
    Spojrzała na mężczyznę. Już bez uczuć, które towarzyszyły jej wcześniej. Przecież nie mogła mieć do niego pretensji, nie mogła być obrażoną jak małe dziecko, bo coś przed nią zataił. Wciąż był tym samym Seanem, któremu sporo zawdzięczała.
    — Umieram z głodu! — przyznała i to nawet ochoczo, o ile ochoczo można przyznawać się do domagania się posiłku. — Cały dzień… piekłam, nie miałam czasu nic zjeść, więc… — Usiadła na jednym z krzesłem, kiwając lekko głową, jakby chciała upewnić mężczyznę w tym, że byłaby skłonna zjeść konia z kopytami, gdyby takiego jej zaserwował na talerzu. Ładnie podanego.
    — Kuchnia irlandzka? — Uniosła obie brwi ku górze, układając usta w dzióbek. Nie znała się na jakiejkolwiek kuchni. Wiedziała, że makarony to we Włoszech, że hamburgery to Stany Zjednoczone, a bigos – polskie danie, mimo wszystko nie skupiała się na tym, skąd dany przepis pochodzi, a jak coś smakuje. — Nie mogę się doczekać. — Uśmiechnęła się, szczerząc ząbki w uśmiechu. Zapewne, gdyby miała przy sobie sztućce i była dzieciakiem z przedszkola, nie omieszkałaby postukać nieco w blat stołu, ale na szczęście Seana była dorosłą kobietą.

    Erin

    OdpowiedzUsuń
  68. - A to prawda, wieś robisz niesamowitą – przyznał z całkiem poważną miną, po czym uśmiechnął się wesoło, przedarł kilka serwetek na pół i wstał ze swojego krzesła. Nie wiedział dlaczego zniszczył serwetki, ale od jakiegoś czasu zauważał, że niszczy je za każdym razem gdy znajdą się w zasięgu jego rąk. Z pewnością nie było to jak z obdzieraniem butelek z etykietek, bo to podobno świadczyło o frustracji seksualnej, a on zdecydowanie sfrustrowany nie był. Przystanął na moment, odwrócił głowę i spojrzał jeszcze raz na fragmenty serwetek leżących tuż obok jego kubka z niedopitą kawą. Nigdy wcześniej tak nie miał, więc uznał, że będzie to ciekawym materiałem do badań, które będzie mógł przeprowadzać siedząc w szpitalnej sali. Wzruszył ramionami, jakby miała to być odpowiedź na postawione w głowie pytania, po czym ruszył przed siebie. Musiał głupio wyglądać, skoro Sean wpatrywał się w niego z mieszaniną próby powstrzymania śmiechu i zafascynowania całą scenką rodzajową, która rozegrała się na jego oczach. Aidan czasem nie rozumiał sam siebie, co nie przeszkadzało mu w kochaniu siebie ponad wszystko. Tak, niestety był zapatrzonym w siebie narcyzem, który chciał żeby świat go wielbił i czcił. I najlepiej żeby jeszcze wystawiał mu pomniki na wszelkie możliwe okazje, a na tekst kocham Cię, odpowiadał zawsze też siebie kocham. Ogólnie był dość ciężki do wspólnego życia, a na brak należytej uwagi reagował fochem pięciolatki. Jego ojciec do dziś wspominał jak Aidan potrafił się obrazić na kilka dni, tylko dlatego że został przytulony jako ostatni z całego rodzeństwa. Kompleks środkowego dziecka, zdecydowanie. Ale to że jego ojciec nie był zdecydowanie ojcem roku to druga sprawa. Aidan do dziś prostował się kiedy mężczyzna wchodził do pokoju, nie palił przy nim i miał ogromny problem z wypiciem kieliszka wódki. Drinki jak najbardziej, piwo też... Nawet whisky od ulubionego szkota nie stanowiła problemu, jednak wódka była czymś, co nie przechodziło mu przez gardło w towarzystwie ojca.
    - Dobra, powiedz mi jak to w końcu zrobimy..? - zapytał, gdy tylko znaleźli się za drzwiami – Ty teraz jedziesz spokojnie do domu, a ja sobie spadam robić wszystkie czary-mary z listy Wilsona, nie? - wyciągnął rękę po teczkę, którą oczywiście skonfiskował Sean i uśmiechnął się lekko – Ale daj... Nie pójdę bez tego, bo to jak przepustka do wojska albo klucz do otwarcia bram piekieł. A... I najważniejsze. - przez chwilę zastanawiał się na jakiego beznadziejnego syna wyjdzie po tym, co miał zamiar powiedzieć – Jakby dzwonił ktoś z mojej rodziny, to jestem w pracy. Albo na jakimś ważnym spotkaniu. Albo nawet na audiencji u papieża, ale broń Boże nie w szpitalu, dobra? Bo przecież oni dostaną zawału serca zanim da im się cokolwiek wytłumaczyć, więc wolę nie ryzykować. Okej? Możesz mi obiecać, że będziesz siedział cicho?

    Aidan.

    OdpowiedzUsuń
  69. Stojąc pod ścianą ze sztucznym uśmiechem, Olivia zastanawiała się, jak dała się namówić na ten cały cyrk. Oczywiście sam apel na temat imprezy charytatywnej brzmiał wielce obiecująco, a argument, że jej obecność niezwykle pomoże potrzebującym sprawił, że po prostu nie mogła odmówić. Jednak w praktyce wszystko wyglądało inaczej. Kolorowe światełka, dystyngowane suknie, stukanie obcasów... Olivia czuła się, jakby była jedynym normalnym człowiekiem pośród grona kosmitów, co prawda eleganckich, ale jednak kosmitów.
    Co gorsza, pierwszy raz od dobrych pięciu lat miała na sobie sukienkę, a jej nogi zostały wciśnięte w parę eleganckich sandałków na niskim obcasie. Olivia liczyła, że goście byli na tyle zajęci sobą, że nie zauważyli, że trzy razy prawie się wywaliła, a jej obecny chód bardziej przypominał poruszanie się kaczki. Czuła się gorzej niż na szczudłach... Nie wiedziała, jak dobrze postawić nogę, aby jej nie przekrzywić, a jej obolałe pięty przypominały o tym, że na jej stopach znajdują się odciski, mimo że minęło dopiero pół godziny od rozpoczęcia imprezy. Pół godziny! A Olivia już miała dosyć!
    Mruknęła pod nosem jakiś niezbyt przychylny epitet na temat osoby, która zmusiła ją, aby tutaj była i ruszyła powolutku w stronę stołu z jedzeniem, stawiając ostrożnie krok za krokiem. Była niczym małe dziecko, które na nowo uczyło się chodzić. Z tym tylko, że dorośli chętnie pomagali małej osóbce, kibicując jej i dodając otuchy. W jej przypadku było zupełnie inaczej. Ludzie obrzucali ją krytycznym, wręcz oburzonym spojrzeniem, kiedy przez przypadek na nich wpadła lub automatycznie podtrzymywała się ich ramienia, aby nie upaść. Za grosz zrozumienia dla niej i jej biednych nóg!
    Olivii w końcu udało się dotrzeć do miejsca przy stole, które było przeznaczone dla niej. Z cichym jękiem ulgi opadła na krzesło i rozłożyła nogi do przodu, kompletnie nie przejmując się, że zdecydowanie nie tak powinna siedzieć młoda dama w sukience.
    Dopiero po kilkunastu sekundach zauważyła, że w jej pobliżu siedzi jakiś mężczyzna. Do tej pory była świecie przekonana, że jest sama. Zerknęła na nieznajomego kątem oka i zmarszczyła czoło, zastanawiając się, skąd zna te twarz. A była niemal pewna, że już gdzieś ją widziała. Nie mogła jednak przypomnieć sobie gdzie...
    Widząc, że mężczyzna spogląda na nią kątem oka, Olivia z czystej przyzwoitości uniosła się na krześle i usiadła "grzeczniej", nawet łącząc jedno kolano z drugim. Podarowała sobie jednak założenie nogi na nogę. Już to nieznajomy musiał jej wybaczyć.
    - Lepiej? - rzuciła lekko zirytowana, zmęczona chowając głowę w dłonie. Zupełnie zapomniała o tym, że po raz pierwszy od dawna ma na sobie makijaż i prawdopodobnie za chwile go rozmaże.

    OdpowiedzUsuń

  70. - Widzimy się wieczorem! - machnął na pożegnanie ręką, choć ani machanie ani pogodny ton do niego nie pasowały, przynajmniej nie w tej sytuacji. Nie mniej jednak, zapiął kurtkę i ruszył w kierunku szpitala, gdzie miał stoczyć istny bój ze szpitalnymi potworami, które z pewnością wyssą mu mózg przez ucho, albo zjedzą jego śledzionę na drugie (mocno spóźnione) śniadanie. Przez godzinę siedział na prawie pustym korytarzu i udawał, ze wcale się nie denerwuje. Pomagała przy tym głupia gierka, którą zdążył ściągnąć na telefon. Mógł w niej chodzić po kolejnych poziomach i zabijać strzykawką nawiedzonych lekarzy, chcących pociąć jego ciało i wysłać do Meksyku na czarny rynek narządów. Gdzieś między czternastym levelem, a (prawdopodobnie) krwawym finałem, został zawołany do jednego ze szpitalnych pokoi, gdzie młody lekarz dokładnie wytłumaczył mu przebieg kilku następnych godzin. Później dostał salę, łóżko z widokiem na jakiś słabo urządzony ogród i obietnicę, że za chwilę przyjdzie po niego jakaś pielęgniarka i zabierze go na tomograf, czy coś równie ekscytującego. Chwila trwała oczywiście zdecydowanie zbyt długo, ale przynajmniej miał czas żeby przebrać się w podarowane mu cichy, nie będące ostatnim krzykiem mody. Nie wiedział co było gorsze, perspektywa wszystkich badań czy fakt, że w tym szpitalnym fartuchu widać było mu cały tyłek. A on naprawdę lubił swój tyłek i jego widok zarezerwowany był jedynie dla jednej osoby na świecie. Dwóch, jeśli liczyć wrednego kota, ale z drugiej strony, wredny kot nie był osobą.
    Po czterech godzinach, dwóch dziwnych maszynach, jedenastu igłach, czterech lekarzach, pięciu pielęgniarkach i po czymś dziwnym, co kazali mu wypić a co smakowało jak rozwodniony metal, miał ochotę jedynie paść na łóżko, twarzą do poduszki, i zawyć najbardziej żałośnie na świecie. Nie mógł jednak, bo ktoś wpakował mu do sali wybitnie gadatliwego czterdziestokilku latka, który najwyraźniej twierdził, że może mu opowiedzieć całą historię swojego życia. Aidan w pięć minut zdążył się dowiedzieć, że Adam McCoy, ma trójkę synów, wspaniałą żonę i psa tak wielkiego, że jak staje na tylnych łapach to bez problemu dosięga pyskiem do chlebaka postanowionego na jednej z kuchennych szafek. Nie pomogło ignorowanie, uparte powtarzanie, że jest się naprawdę zmęczonym, ani nawet średni kulturalne odwrócenie się dupą w stronę gościa. Dopiero po chwili Aidanowi przypomniało się, że jego tyłek jest mało szczelnie zasłonięty, więc powrócił do pozycji leżenia na plecach i smętnego wpatrywania się w sufit. Miał naprawdę szczerą nadzieję, że Sean nie potraktował ich umowy zbyt poważnie i że zaraz zjawi się w drzwiach niosąc radość i zbawienny ratunek. Tak, mógł być chwilowym rycerzem na białym koniu. Jakby chciał, mógłby być nawet rycerzem na rudym koniu, teraz to było mało ważne.

    OdpowiedzUsuń
  71. [Oboje lubią czytać. Sean ma kota, Connie kota miała. Nie lubią skupisk ludzi, raczej ustronne miejsca. Więc może mały lokal lub bar?]

    OdpowiedzUsuń
  72. [Chyba, że spotkają się w bibliotece albo na jakiejś otwartej wyprzedaży książek. Oboje mogą chwycić tę samą książkę i BUM. Halo dzień dobry. Zaczną rozmawiać i... Jakoś się to pociągnie.]

    OdpowiedzUsuń
  73. [To może niech się już znają? Nie wiem, naprawdę. Może Ty masz jakiś pomysł?]

    OdpowiedzUsuń
  74. [widzę, że z wątkowania z Heffernan'ami nici ;)]

    Satine

    OdpowiedzUsuń
  75. — Sama muszę się obsłużyć, bo widzę, że gospodarz domu się nie kwapi do tego. Nie żeby mnie to dziwiło i żebym tego oczekiwała, w końcu to ja się wprosiłam niezapowiedziana. — Primrose była mistrzynią w uprzejmościach i nieprzekraczaniu jakichkolwiek granic. Zajmowała zawsze bezpieczne, bezkonfliktowe miejsce, potrafiąc załagodzić jakikolwiek spór, czy to swoimi słowami czy też delikatnym uśmiechem. Nawet jeżeli pozwalała sobie na cięty komentarz, jej rozmówca zazwyczaj miał świadomość tego, że jest on tylko żartem i próbą dostosowania się do otoczenia. Nie było z nią tak, jak z niektórymi, przy których musisz długo główkować się nad tym, że żart jest żartem, czy może tkwi w nim jakiś ukryty sens, cicha drwina, której rozmówca mógł nie dostrzec. —Z drugiej strony, gdybym sama nie zajrzała, pewnie nie widziałabym ciebie przez rok, aż w końcu byś sobie przypomniał. W potrzebie — skwitowała jeszcze, sięgając po kubek i przekładając go z dłoni do dłoni, mając nadzieję, że w krótkiej drodze do stołu kuchennego, nie poparzy sobie całych rąk. O tym, że większość kubków posiadało uszko, które zdecydowanie ułatwiało przeniesienie naczynia z punktu A do punktu B, zdawała się zapomnieć.
    Jakimś cudem udało jej się jednak dotrzeć bez żadnych wypadków po drodze, a odstawiając kubek na stół i zauważając, że nie ulała nawet kropelki, poczuła rozpierającą ją dumę. Szybko wróciła do blatu, aby zgarnąć półmisek z czipsami, w obawie że przez te kilka sekund jej nieobecności, Sean uknuje jakiś złowieszczy plan kradzieży, po czym wróciła na miejsce docelowe i opadła na krzesło. Wszystko załatwiła, mogła odpocząć.
    Zawsze spożywała posiłki i piła napoje w kuchni, czasami nawet czytywała przy stole kuchennym, chociaż dla niektórych lepszą perspektywą wydawało się swobodne rozparcie się w fotelu, czy jeszcze lepiej, zanurzenie się z książka pod kołdrą. Takich obrazów jednak trudno było użyczyć w skromnym mieszkanku Primrose. Fotel służył za wieszak na ubrania, a łóżko do spania. Każdy mebel miał swoją funkcję, a z braku laku, okazało się, że jedynym miejscem do czytania jest kuchnia. Zresztą nie narzekała, stąd zawsze było blisko do lodówki, a i oświetlenie dzięki halogenom było lepsze, nie musiała się więc bać o swój wzrok.
    — Zarosłeś...

    OdpowiedzUsuń
  76. - A masz dodatkową poduszkę, żebym mógł zabić szanownego jegomościa w nocy? - zapytał konspiracyjnym szeptem, mając szczerą nadzieję, że dzielący z nim salę mężczyzna prawidłowo zinterpretował tę delikatną aluzję. Generalnie nie miał nic do ludzi, ale świadomość że nie może sobie tak po prostu wyjść z sali w dowolnym momencie przyprawiała go o gęsią skórkę. W normalnych warunkach, mając dość sąsiada z łóżka obok, rzuciłby jakiś wredny komentarz i po prostu skierował się w stronę korytarza. Teraz jednak musiał leżeć, udawać że słucha i (co gorsza!) od czasu do czasu odpowiadać na rzucane w międzyczasie pytania. Z reguły był towarzyski, o ile oczywiście doskonale znał swoich rozmówców albo całkiem po prostu chciał ich poznać, bo w przeciwnym razie wychodził z siebie i stawał obok. A szanowny JakkolwiekByłoMuNaImię powodował, że nie dość że chciał wyjść z siebie i stanąć obok, to jeszcze chciał zastrzelić swoje obydwa wcielenia, żeby nikt już nie musiał cierpieć. Prawdopodobnie nie nadawał się do życia w społeczeństwie, bo był zapatrzonym w siebie złośliwym, małym człowiekiem, który tylko wymagał i nic z siebie nie dawał w zamian. A teraz wymagał jeszcze, żeby Sean dał mu buzi i zamknął go w swojej kieszeni, z dala od dziwnego człowieka z łózka obok, który kazał mu ze sobą rozbawiać. Trauma na całe życie gotowa, w dodatku w mniej niż godzinę. Lepszy to był chyba tylko Aidanowy ojciec, który w któreś Boże Narodzenie przebrał się za najbardziej przerażającego Mikołaja świata. Zarówno Aidan, jak i jego rodzeństwo, zgodnie przyznają że to był najstraszniejszy moment ich życia, a całe święta minęły na uspokajaniu dzieciaków przez lekko spanikowaną mamę.
    - Powiedz, że nie zadzwoniłeś do mamy... Bo ja znam to pokolenie – odparł tonem małego filozofa – Z pewnością powiedziała ci, że przecież ona nie powie nikomu o tym, że jestem w szpitalu, a potem obejrzymy wiadomości i ta informacja będzie podana w pierwszych trzech minutach. Gdzieś tak między kolejnym atakiem terrorystycznym, a wyborami prezydenckimi w Rumunii albo innym Czechostanie. - sięgnął po jeden z soczków i dokładnie przyjrzał się etykietce – Bardziej szpitalnych nie było, prawda? - zapytał z rozbawieniem, zerkając to na „zestaw ratunkowy” to na Seana, który najwyraźniej był bardzo z siebie zadowolony.

    OdpowiedzUsuń