

AIDAN HAMILTON
Robota aż pali się w rękach!
Najbardziej leniwy architekt świata, właściciel kilkuosobowej firmy, człowiek-orkiestra, gdzie diabeł nie może tam Aidana pośle, po prostu zróbmy coś szalonego, zakała całego rodu, ładny herb na ścianie i kilt kilka razy w roku, tylko babcia go kocha, kobiety to zło, król dyskoteki, kilka mandatów na koncie, niezrozumiały akcent, impreza do rana, drewniane ucho, zimą przykleja język do słupa tylko po to, żeby zobaczyć czy naprawdę nie można go odkleić, za rodzeństwo odda życie, sztama z bratanicą, kot za miliardy, miłość do latania, z metra cięty, wariat drodzy państwo - po prostu wariat._______________________________
Na górze ładnie wygląda Dean O'Gorman
Edit: 22.11
byzantium3636@gmail.com jakby co :)
Lubimy wszelkie wątki, średnie i długie. Bardzo pokręcone i dziwne. Ze wszystkim możliwym w tle.
Maya
OdpowiedzUsuń[I już ich coś łączy! :D Wątek jak najbardziej. Co powiesz na to, by Charlie zgłosiła się do niego o remont mieszkania? :33 No i wyszłoby tak, że on by jej to mieszkanie projektował, a co za tym idzie, dużo czasu by ze sobą spędzili i Aidan mógłby poznać Charlie po głosie, po czym stwierdziłby już przy pierwszym spotkaniu, że jej kanał radiowy to dno... xD Zalatuje "komedią romantyczną", ale co tam xDD]
OdpowiedzUsuńCharlie Wood
[No właśnie, szkoda że gej :( Okej, więc ty zaczniesz!:D]
OdpowiedzUsuńCharlie Wood
[Łojej! xD Widzę, że Szkocja jak na razie ma chyba dwóch przedstawicieli. T.T" A to taki fajny kraj, choć kilty mnie rozwalają :) Jakiś pomysł na wątek? xD]
OdpowiedzUsuńMeredith Riddles
[Coś tam o tym czytałam... Kiedyś xD Wiesz, cotygodniowe chlanie? xD To oni przecież w powijakach będą z tej księgarni wychodzić. :D]
OdpowiedzUsuńMeredith Riddles
[Hahaha! Fizyk będzie zbierał architekta i kobietę, która nie potrafi chodzić za dobrze nawet jak jest trzeźwa xD]
OdpowiedzUsuńMeredith Riddles
[ Jak tylko zobaczyłam zdjęcie to się w nim zakochałam, ale musiało bardzo długo czekać, aby zostać użyte. Ale jest! Swoją drogą - krasnoludy, krasnoludy everywhere. I nie mówię o niskim wzroście Aidena.
OdpowiedzUsuńJestem niemalże pewna, że poznali się, kiedy kilka lat temu Primrose zwróciła się do niego z prośbą o zaprojektowanie jej butiku. Ostatecznie jednak tyle by wybrzydzała, że zrezygnowałaby z jego usług i zwróciła się do konkurencji. Przez jakiś czas by się nie widzieli, aż nagle, pewnego wieczoru spotkaliby się w jakimś barze/metrze/parku i w głowie Aidana zaświtałaby myśl: "o, to ta kobieta, która miała tupet wystawić moją firmę do wiatru". Z kolei Prim by pomyślała: "o, to ten niekompetentny architekt". Na pewno nie minęliby siebie bez słowa, i tak by się zaczęła wspaniała znajomość. Happy end!
Jestem pewna nie tylko tego, że właśnie tak się poznali, ale również, że ty jesteś pewna/pewien tego samego ;) ]
Primrose Bainter
[ Wypominać jej czasami może, ale w sumie po tylu latach to bardziej w formie żartu, nie? Zwłaszcza, że Prim to kobieta do rany przyłóż, nie powinna mu dać wielu powodów do złości :D
OdpowiedzUsuńCo robimy z osadzeniem wątku?
Jest tylko o dwa centymetry ode mnie wyższy. W sumie nie jest źle, mogłoby być gorzej, zawsze może być gorzej. Za to poczciwą twarzyczka nadrabia niedostatki wzrostu. ]
Primrose Bainter
[Dziękuję bardzo za powitanie! Jest chęć na wątek? :)
OdpowiedzUsuńJeśli tak, możemy pogłówkować wspólnie (jeśli zależy Ci na czymś wyjątkowo skomplikowanym), a jeśli nie, możemy skupić się na razie na czymś w stylu przypadkowego spotkania w barze/na jakieś imprezie, na których ostatnio często można spotkać moją Jane, próbującą zapomnieć o kilku problemach]
Sean nie był jedną z tych dziwnych jednostek, które swoje przykre życie spędzają na wymyślaniu sobie problemów do dalszych rozważań. W ogóle nie lubił rozważań, a wszelkie oznaki metafizycznych cierpień nad niezrozumiałością wszechświata, które tylko pojawiały się w jego otoczeniu, zbywał popukaniem się w sam środek czoła, co doskonale podsumowywało Seanowe podejście do zajmowania sobie głowy wydumanymi bzdurami. Ani to życia nikomu nie ratowało, ani nie dało się jednoznacznie opisać przy pomocy odpowiedniego wzoru, ani tym bardziej nie uszczęśliwiało samego przesadzającego z myśleniem. W końcu to właśnie skłonni do nadmiernych kontaktów z metafizyką zajmowali stołki podczas terapii grupowych w poradniach leczenia depresji. Jemu – z prostym, konkretnym i bardzo przyziemnym myśleniem – porwanie przez wielomiesięczne rozważania wyimaginowanych problemów zdecydowanie nie groziło.
OdpowiedzUsuńJednak kiedy nawet Sean łapał samego siebie na pesymistycznych myślach o sytuacji aktualnej i przyszłości, coś musiało być nie tak. Zwłaszcza jeśli wątpliwości nie miały nic wspólnego z życiem zawodowym, zdrowiem i członkami rodziny rozrzuconymi po całej Wielkiej Brytanii, ale skupiały się w tym oto zawalonym pamiątkami mieszkaniem, które zajmowali wspólnie z Aidanem i w obrębie tej relacji, która ich od kilku lat łączyła. Relacji na tyle silnej i stałej, że zdecydowali się na wspólne mieszkanie, i to bynajmniej nie ze względów praktycznych, bo oboje zarabiali na tyle dobrze, że nie musieli oszczędzać na czynszu, rachunkach i wspólnym gotowaniu.
Sean Heffernan nie był jednak człowiekiem na tyle porywczym i niecierpliwym, żeby wszystkimi swoimi myślami, wątpliwościami i dziwnymi wnioskami dzielić się od razu z Aidanem, który – wraz z samym Seanem – przedmiotem i podmiotem problemu niewątpliwie był. Nie, Sean wolał wszystko dokładnie przemyśleć, rozważyć i dojść do istoty problemu, po której odnalezieniu i odpowiednim zbadaniu mógł przystąpić do rozwiązywania samego problemu. Instynkt fizyka działał nawet w przypadku napadów wątpliwości w związkach. Oczywiście tylko w momencie, kiedy jedną połówką był jakiś fizyk.
Jednym z błogosławieństw domu, w którym wspólnie mieszkali, była łazienka wielkości hangaru lotniczego, o której niewątpliwie marzyła każda kobieta. Ona zapewne chciałaby ją mieć dla siebie, a dwóch facetów było w stanie doskonale dogadać się w kwestii zajmowania dwóch połówek pomieszczenia w tym samym czasie, co eliminowało dobijanie się do drzwi i wyklinanie na tym świat stoi, kiedy znalazł się jakiś miłośnik długich kąpieli. Właśnie dlatego, kiedy Aidan rozwalał się pod prysznicem po wyjątkowo udanym wieczorze w klubie (co, oczywiście, nie musiało od razu oznaczać wchodzenia po schodach na czworakach), Sean w ciszy i spokoju traktował swoją twarz specyfikami na piękność i młodość (wersja dla komandosów, naturalnie) po naukowym wieczorze w towarzystwie poprawek dwóch publikacji.
Obaj byli kiepscy nie tylko w potencjalnie poważnych rozmowach, ale nawet w wybieraniu odpowiednich na nie miejsc. Łazienka nie należała do odpowiednich, to na pewno, jednak właśnie w łazience Seanowi zebrało się na zadawanie newralgicznych pytań.
- Kochasz mnie chociaż trochę? – zapytał, kiedy Aidan skompletował swoją piżamę i odnalazł wczorajszy dzień wśród bałaganu w koszyku na kosmetyki, który był większą czarną dziurą niż przeciętna damska torebka.
Odpowiedź – choć ochocza i jednoznaczna – nie była jednak obdarzona taką dozą zainteresowania pytaniem, jakiego można by się spodziewać w tak istotnym temacie. Sean tymczasem objął podziwiającego siebie w lustrze Aidana w pasie i próbował unikać jego łokcia, który mógł w każdej chwili wykonać ruch wyjątkowo gwałtowny i siłą przypadku zamieniony w lewy sierpowy skierowany pod dziwnym kątem w szczękę Seana.
- Wiesz, w wieku trzydziestu paru lat chciałbym już wiedzieć, na czym stoję i czy kiedyś nie obudzę się nagle w związku, w którym nic nie wiadomo – zaczął, próbując w miarę składnie ubrać w słowa wnioski z kilku ostatnich dni, które spędził gdzieś pomiędzy rozmyślaniami o życiu osobistym a milionem testów do poprawienia i artykułów do napisania. – Bo mam wrażenie, że u nas niewiele wiadomo. Czasem przez dwa tygodnie się mijamy i nie wiem, czy to dlatego, że taką mamy umowę i zgodnie z nią to dopuszczalne, czy przestajemy się zauważać. Podoba mi się to, że potrafimy nie mieć paranoi na swoim punkcie, ale zbliżam się chyba do momentu w życiu, kiedy chciałbym chociaż wiedzieć, czy mam współlokatora od seksu, czy partnera. I myślę, że powinniśmy podjąć konkretne decyzje. Nie jutro, za tydzień albo za rok, ale dzisiaj, bo inaczej nie zrobimy tego nigdy.
UsuńOd kiedy On zniknął z jej życia musiała nauczyć się wielu rzeczy – jak obsługiwać pralkę, jak ugotować coś zdatnego do spożycia, jak przedostać się na drugi koniec miasta. Miała dwadzieścia siedem lat, kiedy zdała sobie sprawę jak niesamodzielna jest i jak bardzo opierała się na drugim człowieku, na tyle że bez czyjegoś wsparcia czuła się jak bez ręki. Lewej. Lewej, bo była leworęczna. Powoli zaczęła jednak uczyć się życia, nawet jeżeli zaczęła to robić wybitnie późno. Nigdy jednak nie zdała egzaminu na prawo jazdy, mimo iż podchodziła do niego czterokrotnie, w końcu porzucając wizję siebie za kierownicą. Widocznie to nie było jej pisane, tak samo jak jazda na rowerze. Oczami wyobraźni już widziała siebie pod kołami samochodu, zrezygnowała więc dość ochoczo z tej wizji. Pozostawał więc jej publiczny środek transportu, a że mieszkała niemalże na przedmieściach Londynu, tam gdzie kończyły się przedwojenne kamienice, zmuszona była korzystać z metra co najmniej dwa razy dziennie. Przywykła już do tłumów, które zawsze zastawała zarówno na peronie, jak i w samym wagonie, przestała więc już marudzić i psioczyć i przyjmowała obecną sytuację z rezygnacją. Tłum w metrze stał się elementem jej codziennego dnia, a minuty, które spędzała w drodze do pracy lub z pracy, pozwalały jej na zawiązywanie luźnych znajomości z pasażerami. Z natury była otwarta i gadatliwa, a dodatkowo również lubiła ludzi, co mogłoby się wydawać dziwne w tych czasach. Lubiła ich obserwować, lubiła ich słuchać, a historyjki z czasów drugiej wojny światowej zajmowały zaszczytne drugie miejsce w jej rankingu ulubionych tematów. Gdyby zrobić rozpoznanie statystyczne wielu zdziwiłoby się, jak wiele ludzi, którzy pamiętają czasy wojny, żyje w Londynie. Odnajdywało się ich nie w muzeach czy teatrach, nie na spotkaniach kombatantów wojennych czy żydowskiej społeczności, a w parkach i metrach.
OdpowiedzUsuńDzisiejszego dnia z pracy wyszła nieco wcześniej i chociaż nie trafiła w godziny największego ruchu ludzi, nie uniknęła tłumów na peronie. Bardziej przepchnięta niż poruszająca się dobrowolnie, cudem trafiła do odpowiedniego wagonu. Życie jej nie rozczarowało, bo dawno porzuciła nadzieję o tym, że znajdzie kiedyś wolne miejsce siedzące, musiała jednak zareagować cichym westchnięciem. Jednak zamiast skupiać się na zastanawianiu się, czy dane jej będzie kiedykolwiek wrócić w spokoju do domu, przesunęła wzrokiem po otaczającym ją tłumie, zatrzymując w końcu wzrok na twarzy mężczyzny, który stał dokładnie naprzeciwko niej, a na którego niemalże wpadła, kiedy ktoś szturchnął ją, chcąc się przemieścić.
Skądś go znała. Kojarzyła twarz, na pewno. Czy chodziło o jakieś zakupy w jej butiku, był stałym klientem tej samej lodziarni co ona, siadywał dwa krzesła dalej w kinie? Skąd go znała, zajęło jej jednak chyba z dwie minuty, aby rozgryźć, gdzie mogli się spotkać.
- Och, to ty...
...Niekompetentny Architekt – dopowiedziała sobie w myślach, a na jej ustach pojawił się rozbawiony uśmieszek, który równie dobrze mógł zostać odebrany za oznakę sympatii.
Dobrze, że jednak przed dwoma sekundami nie zaryła nosem w jego klatkę piersiową. Sprawiłoby to jedynie, że obecna sytuacja stałaby się jeszcze bardziej niezręczna. Już teraz trudno było nazwać owe spotkanie swobodnym i naturalnym.
Primrose B.
[Bo to bardzo fajne imię.
OdpowiedzUsuńZaproponowałabym wątek, ale generalnie nie mam pomysłu...]
Johnny
[O, mi takie coś jak najbardziej pasuje i dziękuję bardzo za miłe słowa! Budujące :D Jeśli chcesz coś skomplikowanego, mam nawet plan (a to sukces, bo nie zdarza się często. Trzeba zapisać!) Jeśli chcesz wielką przyjaźń, to właśnie stanęła mi przed oczami taka wizja: późny wieczór, na zewnątrz zimno i do tego leje jak z cebra, a tu nagle ktoś wali zaciekle w aidanowe drzwi, raz, drugi, trzeci. I zdziwienie, bo za nimi stoi Jane z mniejszą, bo dwuletnią (no i męską) wersją samej siebie. Tatusiowi przypomniało się o synku właśnie wtedy, kiedy Jane wpakowała się na własne życzenie w niemałe kłopoty, grozi zabraniem... No to do kogo mogłaby z ty przyjść, jak nie do Aidana właśnie? ;)]
OdpowiedzUsuńSean wpadał czasami w tę z pozoru niewinną pułapkę, która kazała mu sądzić, że wyrażał się dostatecznie jasno i zrozumiale, a umysł rozmówcy nadawał na tych samych falach przynajmniej na tyle, żeby intencja została prawidłowo odczytana. Nie podejrzewał Aidana o to, że nie ogarniał, co się do niego mówi i przyswajał co trzecie słowo, ale po prostu czasem zapominał o tym, że nie wszyscy ludzie myśleli w taki sam sposób jak on. Syndrom Wykładowcy - jak mawiała Siostra, przywołując go jednocześnie do porządku, kiedy zaczynał używać zbyt wielu określeń zawierających w sobie słowo oczywistość.
OdpowiedzUsuńOczywistych oczywistości w świecie Seana Heffernana było bardzo wiele. Jedną z nich była chęć trwania w tym bardzo osobliwym, bardzo silnym i dającym bardzo dużo szczęścia związku z Aidanem, który może i był lekko nierozgarnięty, piekielnie leniwy i zdecydowanie zbyt szkocki jak na możliwości przeciętnego Irlandczyka, ale był też swój. Był dobrze znany i zabawny. Był zawsze i wbrew wszystkiemu (zapewne włącznie z własnymi przypuszczeniami) w odpowiednim czasie. Był zupełnie inny niż Sean, jego kończenie pracy trzy dni przed deadlinem, odkładanie naczyń do zmywarki i półprzytomność już minutę po północy.
Dlatego nie zrozumiał reakcji Aidana, chociaż rozłożona na czynniki pierwsze wydawała się całkiem jasna. Czegoś się przestraszył – to było widać jak na dłoni, kiedy wyraz jego twarzy w mgnieniu oka zmienił się z alkoholowego rozanielenia w czyste przerażenie. I tę nagłą utratę równowagi ciężko było przypisać wypitym w ciągu tego wieczora drinkom, bo ludzie, którzy zdążyli już w drodze do domu i pod chłodnym prysznicem lekko wytrzeźwieć, nie zaczynali się nagle słaniać na nogach. Zwłaszcza jeśli wcześniej tego nie robili.
- Decydowanie za nas dwóch byłoby nie w porządku – odpowiedział, próbując połączyć w całość wszystkie elementy układanki, które na razie nie tylko nie chciały się składać w sensowny obrazek, ale ciągle spadały ze stołu i przepadały na wieki jak pogubione puzzle z czasów dzieciństwa. Zaczął się jednak przyglądać Aidanowi jeszcze dokładniej, a rękę przesunął wyżej, żeby położyć mu ją na ramieniu. – Dlatego chcę porozmawiać. Może przesadzam, może nie mam racji. Nie wiem.
Kochał go taką miłością, o jakiej żadnemu z wielkich pisarzy nie udało się nigdy opowiedzieć w żadnym z wybitnych dzieł. Kochał go codziennie za coś innego, nie porzucając jednak wcześniej odkrytych powodów. Kochał go szczerze, razem ze wszystkimi wadami, powodami do irytacji i niezrozumiałymi decyzjami. Kochał go tylko w małym procencie za to, że również mógł liczyć na przymknięcie oka na jego własne humory, powtarzanie w kółko tych samych błędów i wszystko to, co mieściło się w pojęciu ciężki charakter i pasowało do Seana. A było tego zadziwiająco dużo.
I takich relacji nie zostawiało się za sobą ot tak, bo coś delikatnie nie grało.
[To w takim razie bardzo się cieszę i obiecuję zacząć coś ładnego jutro (choć patrząc na porę - jeszcze dzisiaj) o ile to nie problem, bo dzisiaj mogłyby wyjść z tego małe potworki. :)]
OdpowiedzUsuńI nagle wszystko nabrało sensu. Sean jak zwykle stał się ofiarą swojego własnego przekonania o wszechobecności oczywistych oczywistości, które dla wszystkich wyglądały tak samo i prawo do ustalania interpretacji miał tylko on sam. Jego zdziwienie na słowa Aidana nie znało granic i ludzkość nie miała większych szans, żeby za swego panowania na planecie Ziemi te granice poznać, ale Sean był sam sobie winien. Jak zwykle zresztą, bo to on dobrowolnie i bez nadającego prędkości początkowej popchnięcia w plecy staczał się po równi pochyłej w przepaść Jedynej Słusznej Interpretacji Świata. Był trochę jak komunizm, ale dało mu się przemówić do rozsądku. Na jakiś czas. Teraz nie miał wątpliwości, że na długo zapamięta jedno z podstawowych praw rządzących światem, a mianowicie – sposobów myślenia jest tyle co ludzi.
OdpowiedzUsuńWłożył chyba trochę za dużo siły w pchnięcie kół, które miało go przeprawić przez łazienkę i zatrzymać przy Aidanie, bo koniec końców wylądował – owszem – przy Aidanie, ale tylko dzięki drzwiom, w które przypieprzył. Mistrz kierownicy w akcji. Mógł to skomentować jedynie ciężkim westchnieniem i udawać, że scena sprzed chwili nigdy się nie wydarzyła. Sean zaś zaczął się zastanawiać, co wyczyni na ich ślubie, jeśli do niego dojdzie (do ślubu jeśli dojdzie, bo Sean to do niego na pewno nie dojdzie), a nikt nie miał na to większej nadziei niż on sam. Bo przecież żadna poważna uroczystość nie mogła się odbyć bez jakiejś totalnej porażki. Miał dziwne wrażenie, że to właśnie on będzie jej gwiazdą.
Aidan, swoją drogą, musiał się naprawdę mocno przejąć całą sytuacją, bo w normalnych warunkach już dawno płakałby ze śmiechu jak za każdym razem, kiedy jego najmilszy pechowiec Sean robił coś równie udanego jak wyczyn sprzed chwili. To było jednocześnie absolutnie rozczulające i wywoływało okrutne poczucie winy.
- Aidan, nie zrywam z tobą, nie chcę się rozstawać i nic się nie dzieje, spokojnie. Chcę tylko porozmawiać, bo wydaje mi się, że nie wszystko wygląda tak, jak powinno. Przepraszam, że to zabrzmiało jak zabrzmiało, ale nie miałem na myśli rozstania ani… niczego takiego – powiedział, łapiąc swojego mężczyznę życia za ręce i licząc na to, że się bez szemrania przytuli, bo inaczej Seana zeżre sumienie. Żywcem.
[No to fajniee! A jakieś konkretne pomysly Aidan ma? c; ]
OdpowiedzUsuńMiszel
Usuń[ Ale to musisz coś wymyślić, bo wiesz ileż ja spraw muszę załatwić, a jeszcze tego nie zrobiłam :DD ]
OdpowiedzUsuńMateusz
[dobry pomysł. Czyli impreza w jakimś barze? Konkretniej można zrobić tak, że obydwaj będą próbowali odciągnąć nachalnych kolesi od jakiś panienek? finałem będzie wyrzucenie ich z lokalu? ;>]
OdpowiedzUsuńChristian Walker.
[ przepraszam, odpiszę Ci jutro. dzisiaj nie mam w ogóle czasu by siąść przed komputerem ._. ale jutro spędzę 4 godziny w autobusie, więc skorzystam i napiszę sobie komentarz, który po powrocie jedynie przepiszę. Mam nadzieje, że się na mnie nie pogniewasz :)]
OdpowiedzUsuńElizabeth
Seanowi rzadko bywało głupio. Okej – spójrzmy prawdzie w oczy – jemu nigdy nie było głupio, więc poczuł się bardzo głupio, kiedy nagle, w łazience, pośród zaparowanych przedmiotów i wody ściekającej z mokrych włosów za kołnierz, zrobiło mu się głupio. Bo to całkiem głupie uczucie, kiedy krople płyną po karku i wsiąkają w niebieską koszulkę z logiem firmowym Supermana na piersi. To nie mogło się jednak nawet równać z tym, jak głupie było wystraszenie swojego oblubieńca własną nieumiejętnością formułowania zdań tak, żeby brzmiały jednoznacznie, konkretnie i nieapokaliptycznie dla każdej ze stron. Sean dobrze wiedział, co pomyślał i jak bardzo nie był tym wszystkim przejęty, zanim nie zaczął toczącej się wciąż rozmowy, ale w tym momencie wiedział również, jak bardzo mu nie wyszło. I było mu z tego powodu głupio, więc razem ze swoim obcisłym Supermanem do spania próbował nie odwracać wzroku od twarzy Aidana, ale szło mu średnio.
OdpowiedzUsuńW końcu zebrał się w sobie do działania, uporządkował wszystkie porozwalane po całym świecie myśli i ogłosił:
- Spokojnie, musimy wybrnąć z tej dziwnej sytuacji, co się tu stała przed chwilą. – Zamachał rękami pomiędzy swoją twarzą a twarzą oblubieńca, jakby to miało rozgonić niechcianą atmosferę, która przepełniła się co prawda ulgą, ale mimo wszystko wciąż była gęsta jak wojskowa zalewajka.
Kiedy odganianie muchy i złych fluidów było już zakończone, Seanowi skończyły się pomysły, a resztki napięcia wciąż fruwały w powietrzu. Napięcia, które on wywołał, więc nie tylko było mu głupio, ale też czuł się odpowiedzialny za zlikwidowanie jego skutków. I nie miał pojęcia, jak mógłby to zrobić, a jedyny przychodzący mu do głowy pomysł wyglądał jak żywcem wyjęty z serialu klasy B. Z braku lepszych opcji rozłożył jednak ramiona w zapraszającym geście.
- Przytul się pan, bo… się stresuję – przyznał, poszerzając jeszcze zakres zaproszenia o szeroki uśmiech. Bardzo nerwowy szeroki uśmiech.
Wolałby się nie zastanawiać, co by było, gdyby się nagle to całe wydarzenie po raz kolejny odwróciło o sto osiemdziesiąt stopni i tym razem skierowało wszystkie swoje moce przeciwko niemu. Byłoby kiepsko. Bardzo kiepsko.
[ Wieem, mnie też kręci ta karta i zdjęcie i imię ;) xD Skromnością powalam z nóg. Szczerze? Ja również grzeję się do wątku, zwłaszcza jeśli jest mordka Goslinga w karcie :D Pytanie - robimy jakieś powiązanie, czy takich masz już w brud? ;) ]
OdpowiedzUsuńVesper Caldwell
To nie Gosling o.O O Santa Maria, wybacz, ale chyba godzina mi już nie służy.
Usuń[ Trzeba mieć talent żeby pomylić tych dwóch aktorów, a jednak w pierwszym momencie chciałam sobie łapkę uciąć, że to jest Gosling. Nie Gosling, ale dla mnie zostanie już Gosling xD
OdpowiedzUsuńDobra, do rzeczy, bo zaczynam pisać bez sensu. Z chęcią wzięłabym na próbę jakieś możliwe najbliższe powiązanie, aczkolwiek widzę to w ten sposób - spotykają się po roku, może dwóch od zakończenia/zerwania: przyjaźni/romansu/związku/etc. co tylko wpadnie do głowy. To w przypadku Vesper będzie normalne - z niej jest typ, który nie wytrzymuje niczego na dłuższą metę, poza tym jest nieprzeciętnie ambitna i w starciu z karierą chirurga, wszystko, włącznie z rodziną, schodzi na dalszy plan. Także Aidan będzie bezpieczny, nie skazany na dyskomfort w towarzystwie kogoś z przeszłości i złośliwe docinki w wątkach xD
Rzecz jasna zacznę i podeślę wątek jutro, akurat będę mieć rozgrzewkę przed bloggowaniem ;) ]
Vesper Caldwell
Jane Conelly
OdpowiedzUsuń[Przepraszam za zwłokę! :)]
Każdy popełniał błędy.
Błędy śmiesznie niewinne, jak rozbicie filiżanki czy pomyłka przy sporządzaniu listy zakupów na przyszły tydzień, błędy większe, jak porzucenie jedynego miejsca, które można było nazwać domem i ucieczka przed biologicznym ojcem swojego nienarodzonego jeszcze wówczas dziecka oraz błędy katastrofalne: zrzucenia tego obowiązku na przypadkową osobę, wpakowanie się w kilka zupełnie niewskazanych spraw i... długotrwałe nieprzyznawanie się do tego, jak bardzo potrzebowało się czyjeś pomocy. Niezależnie od tego, jak miałaby ona wyglądać.
Czasem, by ocalić człowieka, wystarczy jedno słowo lub pozornie niewinny czyn, który uruchomi lawinę późniejszych zdarzeń, która z kolei pociągnie za sobą kolejne. I tak nieprzerwanie, aż do samego końca.
Błędy Jane ciążyły na niej o tyle bardziej, że nie przywykła dzielić się nimi z otaczającym ją światem, niezależnie od tego, jak zbawienne mogłoby się to dla niej okazać. Znacznie bardziej odpowiadało jej zamknięcie w czterech, doskonale znanych ścianach, zakrycie głowy starym, poplamionym kawą kocem i czekanie. Czekanie, czekanie, czekanie na to, co tak naprawdę miało nigdy nie nadejść. Na cud. Na to, że ktoś stanie pewnego dnia w jej drzwiach i oświadczy, że nie dba o przeszłość ani przyszłość, że liczy się tylko teraźniejszość, że podróż rozpoczyna się dopiero teraz, a gdzieś za rogiem prawdziwe życie, prawdziwa radość i prawdziwa Jane potulnie wyczekują odkrycia.
Ale to bajki, a bajki są dobre dla dzieci. Kiedy w oczach innych uchodzi się już za osobę dorosłą, trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, bo nie ma nikogo, kto chciałby topić się w bagnie zamiast nas. Od czasu do czasu znajdzie się ktoś, kto rzuci nam linę, może poda pomocą dłoń, ale na pewno nie zaryzykuje własnego bezpieczeństwa. Nie dla kogoś takiego jak Jane. To było prawdą, z którą należało się pogodzić. Im prędzej miało to nastąpić, tym łatwiej byłoby przyzwyczaić się do tej myśli.
Czasem jedyną drogą ucieczki okazywała się potrzeba schowania nędznych ochłapów dumy do dziurawej kieszeni i przyznanie się do tego, że jednym życiowym osiągnięciem było spieprzenie sobie wszelkich wizji na dzień jutrzejszy.
W wyniku właśnie takich okoliczności Conelly stała właśnie pod drzwiami jednego z mieszkań, wewnątrz których miała nadzieję zastać kogoś, kto zechciałby poświęcić jej kilka minut z własnego życia. Musiała wyglądać żałośnie, kiedy drzwi uchylił się, a ona wciąż stała be ruchu, jedną ręką przyciskając do klatki piersiowej śpiącego Aleksa, a drugą walcząc z ociekającym wodą parasolem.
W przeciągu krótkiej chwili, której nie zdołała chyba nawet zarejestrować, przemknęło jej przez myśl, że może naprawdę nie powinna tu przychodzić. Że przecież sama była sobie winna, a szukanie pocieszenia stanowiło tylko dowód na to, jak nisko upadła.
- Spieprzyłam - wyjaśniła tylko. Ot tak, po prostu - znowu wszystko spieprzyłam.
[ Rozumiem, chodzi o orientację ;) Aczkolwiek mam taki pomysł, który może mógłby Cię zainteresować: na początku studiów Vee, poznałaby Aidana, po bliższym poznaniu miałaby nadzieję na coś więcej i po raz pierwszy chciałaby się zaangażować, a wówczas odkryłaby jego orientację i zmyłaby się bez śladu, pozostawiając ich związek, bez odzewu. W tym pomyśle mamy dwa warianty: w jednym Aidan mógłby podczas chodzenia z nią odkryć swój pociąg do mężczyzn. Chyba, że Hamilton jest na tyle otwartym człekiem, by mówić bez pardonu o swojej naturze, wówczas zostawiłybyśmy tą przyjaźń, łudzenie się Vesper oraz zerwanie kontaktu przez nią, gdy zrozumiałaby, że nie interesują go kobiety ;) I takie porąbane wątki, to ja rozumiem! :D ]
OdpowiedzUsuńVesper Caldwell
Aileen wiele osób nie rozumiało, co sprawiało sporo konfliktów lub niedopasowania w znajomych, a już na pewno w wybieraniu chłopaków. Ruda przecież wciąż zakładała różne maski, które ciągle wywierały zmiany w jej zachowaniu. Raz spokojna, uśmiechnięta, chętna do pomocy, kiedy indziej zupełne przeciwieństwo. Wszystko nakładało się na siebie. Zawsze była inna. Przynajmniej tak jej się wydawało. Nie płynęła wraz z prądem, starała się jak mogła przedzierać się wbrew niemu. Przecież to nie mogło być takie trudne. Znała przypadki osób, które wyłamały się z tłumu i ona koniecznie chciała do nich należeć. Czy nie przez to pokazałaby swoją samodzielność i niezależność od innych?
OdpowiedzUsuńRadziła sobie świetnie z życiem w Londynie. Chodziła na studia, nie zawalała wykładów, sumienna, pracowita. Idealna studentka. Wiadomo, czasem bywały mniejsze, większe potknięcia, ale w tej dziedzinie dawała sobie świetnie radę. Zarabiać też zarabiała, w końcu wiecznie nie może utrzymywać się z pieniędzy rodziców, a co gorsza prosić o nie Aidana. Były to tylko dorywcze prace. Na raz czy dwa. Ale zawsze to było coś. Zamiast fikusa przygarnęła Homera, który wcale się nie skarżył. Był z nią szczęśliwy, bo ona z nim była. To działa w obie strony. Problem pojawiał się w zagadnieniu "miłość". Tutaj była w pewnym sensie zależna od brata. Bo co jak co, ale w tej kwestii miał najwięcej do powiedzenia. Nie obchodziło go jak mała Aileen bawi się w klubach czy w innych miejscach. Interesowało go z kim się umawia. Nie była przecież zawsze grzeczną dziewczynką. Już wyrosła.
Gdy Aidan popchnął drzwi delikatnie poleciała na ścianę uderzając łokciem o szafkę. Ból rozpłynął się po całym jej ciele. Był jak sztorm. Wiadomo, że nie należało to do mocnego uderzenia, ale że Leen była kruchą istotką, to zabolało ją to dwa razy bardziej, jeśli nie więcej.
- I co z tego?! Przecież mam prawo spotykać się z kim chcę! I nie możesz mi tego zabronić! - Podniosła głos, który stał się nieco piskliwy, była bliska łez, ale nie pozwoliła by jakakolwiek spłynęła po jej policzku. Oznaczałoby to, że przegrała. Delikatnie rozmasowała bolący łokieć. Jej złość przybrała na sile. Natarła na brata z piąstkami, które opadały na jego klatkę piersiową. Starała się jak najbardziej go zranić, jednakże wiedziała, że jej broń wcale nie tkwi w sile, a w słowach.
Meredith nie była typową osobą. Pijackie imprezy do rana, mimo faktu, że była dumną właścicielką księgarni, zdarzały się dość często, w szczególności, gdy pojawiał się Aidan z Frontu Wyzwolenia Szkotów. Ich spotkania niestety najczęściej kończyły się kacem rano, który odbijał się na ich humorze. Riddles nie była zwolenniczką kawy, wolała herbatę, jednakże kilka razy spróbowała tego ciemnego płynu i postanowiła nie tknąć go już nigdy w życiu. Właśnie spóźniała się dostawa, rozchwytywanych w ostatnim czasie, książek, a postawienie dostawcy na równe nogi tak na prawdę nic nie dało. Dostawa miała być czy tak czy siak opóźniona aż o dwa dni. Osobiście, gdyby mogła, pofatygowała by się do tego Anglika z dziewiczym wąsikiem i najprościej w świecie rozwaliła by mu na łbie butelkę bo alkoholu, ale nie mogła. Gdy Aidan wchodził nad drzwiami zadzwonił cichy dzwonek. Mężczyzna rozwalił się pod ścianą otwierając butelką szkockiej. Riddles skończyła rozmowę i wrzuciła ją do torebki. Oparła się o ladę.
OdpowiedzUsuń-Nie zapomniałam, Aidan. Pamięć mi jeszcze nie szwankuje.- odpowiedziała po chwili i usiadła na drewnianym blacie. Przełożyła nogi i już znalazła się po stronie, gdzie siedział. -Na prawdę znów chcesz pić?
Meredith Riddles
Sean nie zawsze był związkowym liberałem, którego w teorii i praktyce niewiele mogło wyprowadzić z równowagi. Nie zawsze wszczynanie awantur z byle powodu nie leżało w jego naturze i nie zawsze można o nim było powiedzieć bezproblemowy. Każdy problemowy człowiek dostałby szału, gdyby go postawić na miejscu któregoś z członków tej osobliwej relacji, a tymczasem i Sean i Aidan żyli w niej całkiem nieźle, nie nudząc się sobą przez kilka lat i zapominając o tym, że związkowe rotacje przynosiły o wiele więcej ekscytującym wrażeń. I nie chciał tego przerywać, zmieniać w konserwatywną relację z pełną kontrolą, ani tym bardziej samowolnie gruntownie reformować podług własnego kaprysu. Kiedyś tak właśnie by zrobił, bo instynkt pana i władcy podpowiadałby jednoznacznie, że to właśnie do niego należy decydowanie o wszystkim co związane z tą drugą osobą, ale dziś chciał po prostu wiedzieć, na czym stoi i czego może się spodziewać w ciągu najbliższych kilku lat. Bo nie wyobrażał sobie, że mógłby nagle po raz kolejny przewrócić swoje życie do góry nogami, zmienić wszystko i znaleźć sobie nowego towarzysza życia, który byłby łatwiejszy w obsłudze i bardziej odpowiedni.
OdpowiedzUsuńNa pewno gdzieś tam po świecie, na którymś z kontynentów, dreptał po swoich stałych trasach człowiek, który byłby doskonałą drugą połówką dla Seana Heffernana. Taki, który dopełniałby go idealnie, bez żadnych zgrzytów i nieporozumień. Taki, który byłby skłonny znosić wszystkie niedogodności życia z Seanem i sam proponowałby te najłatwiejsze do przełknięcia lub ignorowania. Problem polegał jedynie na tym, że Sean nie chciał go szukać, bo znalazł już swoją trochę niedopasowaną drugą połówkę i nie miał jej zamiaru zamieniać na inną.
Byli trochę jak od dwóch różnych kompletów – wyprodukowani na dwóch różnych taśmach produkcyjnych, różni pod względem generacji, z trochę innym kodem kreskowym, ale dało się do tego przyzwyczaić. Dokładnie tak samo, jak jeden element z innego kompletu przestawał się w pewnym momencie rzucać w oczy i stawał się częścią zbioru, w którym wcześniej wyglądał dziwnie. Aidan i Sean wyglądali dziwnie, nie pasowali do siebie nawet wizualnie i regularnie zadziwiali wszystkich tych, którzy nie wróżyli im świetlanej przyszłości. Nie robili nikomu na złość, nie żyli razem z przyzwyczajenia, po prostu w pewnym momencie zaczęli się z samymi sobą czuć dobrze. Na tyle dobrze, żeby niepostrzeżenie pokonywać te wszystkie etapy tworzenia związku, unikając znienawidzenia siebie nawzajem po drodze, a – wręcz przeciwnie – wplatając w to wszystko coraz to więcej miłości.
- Rozumiem, ale to jest poważny związek. Od przynajmniej trzech lat tworzymy poważny związek, mieszkamy w jednym domu i prowadzimy wspólne życie. Może bez obsesyjnego bycia razem, ale to cały czas wspólne życie. Nie chcę na siłę zmieniać ani ciebie, ani tego, co jest między nami, ale nie czuję się pewnie, kiedy nagle orientuję się, że tak naprawdę nie mam pojęcia, co tak naprawdę dzieje się między nami. Dla mnie to poważny związek, bo w ten sposób o nas myślę i tak staram się cię traktować, ale nie mam pojęcia, czy ty myślisz w podobny sposób. Nie wiem, czego mogę się spodziewać za rok, dwa, dziesięć. A chciałbym to wiedzieć, bo o ile przyszłości nie jesteśmy w stanie przewidzieć, to jej pożądaną wersję już tak. Chcę tylko wiedzieć, do czego to wszystko zmierza.
Wolałaby jednak, aby interes kręcił się lepiej, niż do tej pory. Owszem, kochała butik miłością nieskończoną i niewyobrażalną, równocześnie jednak była na tyle rozsądna, aby zauważać, że ledwo idzie z niego wyżyć. Żyła od tak zwanego przysłowiowego pierwszego do pierwszego, skrupulatnie obliczała wszystkie rachunki i modliła się, aby starczyło jej pieniędzy na podstawowe potrzeby i spłatę kredytu. O tym, aby miała prawo kupić sobie lepszą wędlinę do kanapek czy mogła odłożyć sobie jakiś grosz na wakacje, nie było wręcz mowy. Była biedna jak mysz kościelna, nie śmierdziała groszem, ale była jedną z najbardziej szczęśliwym osób na świecie, co było potwierdzeniem na to, że pieniądze jednak szczęścia nie dają. Była szczęśliwa i dobrze ubrana, co jej więcej do życia było potrzeba...?
OdpowiedzUsuń- Niedaleko Muzeum Sherlocka Holmesa, na Baker Street. Czyż nie urocze miejsce?
Zdawała się wcale, a wcale nie zauważać tego jego sztucznego uśmiechu i protekcjonalnego tonu głosu, wpatrywała się w niego z jawnym rozbawieniem, ale i zakłopotaniem, co rusz szarpiąc końcówki włosów w geście zdenerwowania. W końcu powstrzymała się przed tym, stwierdzając że nazbyt widoczne jest jej skrępowanie cała sytuacją, zaczynając jednak miarowo postukiwać obcasem o podłoże. Na szczęście szum w wagonie był tak duży, że ledwo co słyszała słowa swojego towarzysza, nie mówiąc już o owym stukaniu. A to, że przy okazji, co chwilę kopała kolanem o nogę architekta, zwłaszcza gdy ścisk się zrobił tak duży, że niemalże znowu wylądowała z twarzą wciśniętą w jego ciało, to już zupełnie inna sprawa.
- Zawsze przechodzę koło tego muzeum, ale jeszcze nigdy nie zajrzałam do środka. Śmieszne, bo codziennie widuję je z okien butiku, muszę czym prędzej nadrobić to.
Zwłaszcza, że opowiadania o Sherlocku przeczytała, i to kilkakrotnie. W zamierzchłych czasach, jakimi bez wątpienia były lata licealne, uwielbiała czytać kryminały i pochłaniała je w zatrważającym tempie. Teraz rozleniwiła się na tyle, aby przestać dbać o swój rozwój intelektualny, i częściej sięgała po ekranizacje. Oczywiście wykręcała się jedną z najbardziej popularnych wymówek – na obejrzenie filmu trzeba było przeznaczyć średnio dwie godziny (zależnie od filmu, czas jego trwania wahał się...), natomiast przeczytanie danej książki to kwestia dłuższego czasu. Ale wiedziała, że nie chodzi tu o brak czasu, a o zwyczajne lenistwo.
[ Wstydź się, wstydź! ]
Primrose B.
[Już go uwielbiam <3 Josh mógłby mieć takiego przyjaciela!]
OdpowiedzUsuńCzuła się nieswojo za każdym razem, kiedy padały gratulacje pod adresem przyszłej-niedoszłej panny młodej. W dzisiejszych czasach kobiety płynęły z prądem, mając do wyboru kształcenie się lub wyjście za mąż i pełnienie funkcji rozrodczej kury domowej, której szczytem marzeń jest wychowywanie dzieci, podsuwanie mężowi pod nos obiadu oraz plotki z innymi równie szczęśliwymi mężatkami. Vesper nie należała do tej grupy, prawdę mówiąc, nie była nawet pewna, czy potrzebuje tego wszystkiego, co oferował jej narzeczony. Bycie zależnym od drugiej osoby, nieco ją przerażało, aczkolwiek dawała sobie czas na przemyślenia, rozważając wszystkie "za" i "przeciw". W odpowiedzi na szczere lub nie, gratulacje, uśmiechnęła się jedynie kącikami ust, spuszczając wzrok na parujący napój w ładnej, porcelanowej filiżance. Przespacerowała się kawałek, zatrzymując ostatecznie przy oknie, gdzie oparła się o parapet, śledząc modrymi oczami zawartość biurka mężczyzny.
OdpowiedzUsuń- Możesz pogratulować, gdy uda nam się w jednym kawałku dość do ołtarza. - rzuciła z nutą ponurego rozbawienia w głosie; tylko ona umiała w ten sposób kwitować tak ważne wydarzenia. - Prosiłam, żeby nie wyjeżdżał do Syrii. Telewizja i prasa non stop trąbi na prawo i lewo o niebezpieczeństwach zamieszek, ale on uznał, że nic mu nie będzie. - tu wzruszyła delikatnie ramionami. Cóż mogła zrobić? Garrett miał we krwi upór do wszystkich i wszystkiego, dlatego tak często popadali w konflikty między sobą; żadne nie chciało odpuścić swojego zdania, bądź pomysłu. Tęczówki jasnowłosej gwałtownie zatrzymały się na zdjęciach; trzy drewniane ramki, w każdej powielający się schemat: facet i... facet? Z tego, co pamiętała i o ile była to prawda, Aidan nie miał brata, a nawet jeśli miałby, to dlaczego trzymałby go aż w trzech ramkach i to w miejscu pracy? W zamyśleniu, odrętwiała z niedowierzania, poszła za jego radą, siadając naprzeciw biurka. Choć odpowiedź nasuwała się sama, Caldwell dostała kolejnego niewidzialnego kuksańca i zanim wróciła na Ziemię, minęła spora chwila. - Dzięki, ty również nie wyglądasz, jak pies. Znasz mnie. Zawsze będę miała trochę za dużo w udach i biodrach. Nigdy nie będę posiadaczką pięknych włosów, a białą bluzkę zawsze poplamię. Taka już jestem. - wciąż wstrząśnięta, nie potrafiła wysilić się na uśmiech. Aidan wyrwał spory kawał jej serca, a choć nie była osobą przesadnie romantyczną, czy sentymentalną, czasami wracała wspomnieniami do przeszłości, ponieważ najwyraźniej lubiła zadawać sobie ból. Była cholerną idiotką; trzeba było mu wbić szpilę zaraz po zerwaniu, rozwalić mu ten leczący wyrzuty sumienia bukiet na głowie. Mogła mu powiedzieć, ale co to by zmieniło? Nie miała w tym żadnego celu. Żył ze spokojnym sercem, nie zadręczając się niepotrzebnymi myślami i, całkowicie przy okazji, nie obwiniając ją za bestialstwo, usuwając „owoc ich związku”. Albo po prostu owoc ich nieostrożności. Nawet najlepsze zabezpieczenia nie dawały stuprocentowej pewności, jedna para na sto wpadała. I akurat wypadło na nich. To nie był czas i miejsce. I nie ta osoba. - Zamierzam wykupić trochę udziałów w klinice, chciałabym być na bieżąco, jeśli idzie o jakieś zmiany w projekcie. Z doświadczenia wiem, że moi wspólnicy są nieprzewidywalni. - chciała zmienić temat, ale coś złośliwego szeptało jej do drugiego ucha, aby dokopała draniowi. - Nie musisz czuć się w moim towarzystwie nieswojo; było, minęło. Co prawda trudno będzie udawać dozgonnych znajomych, skoro zostawiłeś mnie samą z problemem. - zamknij się, Caldwell.
Vesper Caldwell
[Mogą wzajemnie wyzywać się od męskich dziwek, pić i kłócić o to, który będzie podrywać daną spódniczkę! <3 Gdzie możemy rozpocząć nasz wątek? Jakiś bar, czy coś?]
OdpowiedzUsuńŻycie w ciągłym biegu z pewnością pozostawiało wiele do życzenia. Notoryczny brak czasu z dnia na dzień stawał się męczący. Jednakże to był jego wybór i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To właśnie w takich chwilach pamiętał, kiedy matka tłumaczyła mu na temat poświęcenia się pasji. Głowę do interesów miał i kto wie... może teraz zamiast teraz narzekać, pierdziałby w fotel siedząc za biurkiem i palił cygaro niczym Ci wszyscy businessmani? Ot cóż za pieprzona ironia losu.
OdpowiedzUsuńChwila wytchnienia zwana małym urlopem była dla niego długo wyczekiwanym zbawieniem. Mimo wszystko nawet wtedy nie miał spokoju. Pomiędzy tym wszystkim przeplatała się sprawa z żoną, która ostatnimi czasy dała mu solidnie popalić. Z drugiej strony stała także i kochanka. Te dwie piękne panie przypominały mieszankę wybuchową, która zdawała się niedługo eksplodować. I to niby kobiety miały ciężko w życiu? W życiu by się z tym nie zgodził. Jak dobrze, że w życiu przypominającym ciągły bajzel miał kogoś takiego, jak Aidan. Żartobliwie zwany wujaszkiem, czy jego skrzydłowym był jego w prawdzie najlepszym przyjacielem. Mimo wzajemnych wyzwisk od męskich kurewek, czy publicznym robieniu z siebie idiotów mogli na siebie liczyć. Owa relacja pokazała także jak bardzo można zmienić swoje poglądy na innych. Mężczyzna nie sądził, że może kiedykolwiek akceptować w swoim środowisku homoseksualistę...a jednak. Przynajmniej nie musi kłócić się z nim o spódniczki. Miał bezpieczny teren, a nawet i lepiej. Ze wszystkim go krył. Kłamał jak najęty, wmawiając żonie, że wraz z Joshem wyszli na piwo, a ten zaniemógł i został u niego na noc. Flip i Flap w wersji współczesnej.
Popijając drinka w jednej z knajp do których przychodzili czekał na przyjaciela. Ten wieczór był zarezerwowany w zupełności na męskie rozmowy, narzekanie na cały świat i hektolitry alkoholu. W końcu tak dawno się nie widzieli.
[A więc masz. Mam nadzieję, że jako tako przypadło do gustu :D]
[Rejczel zniknęła, pojawiła się Keira. Czy to bardzo źle wpłynie na propozycję wątku? :<]
OdpowiedzUsuńNatasha
[ A Fifi pokocha Aidana i Kuba będzie niezadowolony? ;> :D ]
OdpowiedzUsuńKama
Pamiętała dokładnie dzień, w którym poznała Aidana. W instytucie pracowała dopiero od kilku dni, jeszcze czuła się lekko pijana po ostatniej imprezie na roku, tej pożegnalnej, po której każdy ze studentów poszedł swoją drogą i dorosłe życie rozpoczęło się na dobre. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że kiełkuje w niej nowe życie, bo Fifi był wesołym plemnikiem, który dopiero do niej przymerdał. Siedziała za klatką orła i popijała kawę, by choć trochę ogarnąć się na nadchodzący dzień, tudzież by nie wchodzić w drogę głównemu ornitologowi, który raczej nie był zadowolony, gdy ktoś pod nogami mu się pałętał. Kama wszak nie była przekonana do pracowania, teoretycznie wcale nawet nie musiała, bo Kuba dobrze zarabiał i jej dorabianie w sklepie obuwniczym całkowicie wystarczało, jednak miała przecież spełniać się zawodowo – tak jak i jej luby. Miała trzy miejsca, w których chowała się z kubkiem kawy i kontemplowała czeluści Internetu ze swojego telefonu, akurat tego dnia musiała obrać to, które spodobało się i pewnemu architektowi. Architekt ten był Aidanem we własnej osobie, pogadał trochę o bezsensowności poniedziałku w pracy i o całej reszcie dni, w których pracować przecież wcale nie warto. Wspólny język znaleźli od początku, przeskoczyła między nimi jakaś iskra, która później okazała się zapalną, bo Kama Aidana wręcz pokochała, oczywiście na zasadzie czysto przyjacielskiej, tak jak w Polsce miała Szczepana, tak w Londynie znalazł się Aidan. Hamilton pomagał jej w wyborze śpioszków dla Filipa, kiedy Kuba jeździł na mecze i wysłuchiwał narzekań, że znów rzygała dzisiejszego ranka. Kilka lat później okazało się, że i Filip pokochał mężczyznę, a kiedy trzylatek obwieścił to rodzicielce, ta załamała ręce i modliła się każdej nocy, by w przyszłości miała synową, a nie synowego.
OdpowiedzUsuńJoshua był mu wdzięczny. Cholernie wdzięczny za to, co robił w zupełności właśnie dla niego. Żaden przyjaciel nie nadstawiałby własnego karku tłumacząc się bezstronnością wobec spraw jakie panowały między małżonkami. Niejeden wypaplałby wszystko Allomie o grzeszkach Beveridge w celu podlizania się, by wypaść nienagannie w oczach kobiety, bądź odgrywał rolę czegoś w postaci głosu rozsądku pilota, trując mu jaki to jest cham i prostak. Aidan różnił się od takich ludzi. Nie umoralniał go, nie oceniał a co najważniejsze - nie skreślał. Był lojalny. Był wręcz jego bratem.
OdpowiedzUsuńKażdy ich wieczór wspólny wieczór miał taki sam koniec. Zaklinając, że tym razem będą w stanie przyzwoitości i tak zeszmacali się sporą ilością alkoholu. Niektórzy byli pod wrażeniem tego, ile te wielbłądy potrafią wychlać. Zupełnie pijani włócząc się po ulicach Londynu robili z ludzi idiotów, czy demoralizowali starsze babcie, które o dziwo nie klęczały w domu odmawiając różaniec. Tacy właśnie byli, więc śmiechem na sali byłby fakt, że teraz obiecają sobie inne zakończenie tego spotkania. Widząc kumpla wstał, a kąciki ust leniwie drgnęły ku górze. Słysząc jego wytłumaczenie uniósł wysoko brew i uścisnął dłoń przyjaciela. - Siemasz ogierze. - Rzucił z rozbawieniem. Ci co ich nie znali z pewnością patrzyli na nich, niczym na skończonych debili. Jednakże właśnie tak wyglądały ich powitania. - Powiedz od razu, że Sean miał ochotę na coś więcej i tak oto się spóźniłeś. - Dodał puszczając mu oczko. Już chciał coś dodać, lecz w tym czasie przyszła kelnerka. Niewysoka drobna blondynka, która może z początku udawała niedostępną, jednakże do cnotki duuużo jej brakowało. - Co to zwykle. - Mrugnął do dziewczyny mając na myśli butelkę dobrej szkockiej. Kiedy ta się oddaliła do pilota dotarło, że Hamilton zadał mu bardzo ważne i istotne pytanie. - Oficjalne. Dzisiaj miałem taki dym, że postanowiłem wyjść jej z domu by użerała się sama ze sobą.- Sprostował. Nie zamierzał po kolejnej z tysiąca małżeńskich kłótni siedzieć i się denerwować. Tym bardziej, że miał chwilę wolnego. - A może i ja powinienem znaleźć sobie faceta? Jak myślisz, byłbym dobry? - Zapytał mrugając do niego słodko, niczym te wszystkie słodkie kokietki od których chciało się wręcz rzygać.
Z jednej strony, czuła się nieco zażenowana swoim zachowaniem; w końcu nie zamierzała czynić mu żadnych wymówek, bo byłoby to bez sensu, po takim czasie. Aczkolwiek z drugiej, chciała dać mu chociaż raz, wyraźnego kopniaka w jaja, aby nie uśmiechał się do niej tak, jakby była jedyną kobietą na tym globie. To wszystko stało się niesprawiedliwe; dlaczego z nich dwojga, to tylko ona musiała cierpieć po ich rozstaniu? Czy zdawał sobie sprawę z tego, że zanim ponownie komuś zaufała, minęło naprawdę dużo czasu? Vesper zacisnęła mocno wargi, zastanawiając się w jaki sposób mogłaby wybrnąć z tej sytuacji z twarzą; było za późno, żeby cofnąć wypowiedziane słowa, przemawiała przez nią zraniona duma i szok, którego doznała na wieść o tym, że Aidan ma... chłopaka. Zawsze wyobrażała go sobie w towarzystwie jakieś długonogiej blondyny; wyobraźnia podsuwała jej przeróżne scenariusze tego, z kim mógłby być teraz związany, ale nigdy nie wpadłaby na pomysł, aby podejrzewać go o homoseksualizm. Czy to coś złego? W jej mniemaniu nie; pewnie pogratulowałaby mu w innych okolicznościach, gdyby byli jedynie parą starych znajomych z uczelni, czy klubu.
OdpowiedzUsuń- Gdy dwójka ludzi uprawia seks, czasami zdarzają się komplikacje. Zabezpieczenie nie daje stuprocentowej pewności i jedna para na sto, zostaje szczęśliwym rodzicem. - mówiła powoli, zupełnie, jakby tłumaczyła dojrzewającemu dziecku mechanizm współżycia seksualnego oraz środki ostrożności. Robiła to z czystą satysfakcją, torturując Hamiltona niewiele mówiącym spojrzeniem; och, nie zapomni jego wzroku do końca życia...! - chodzi mi o to, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Nigdy nie przyszło ci do głowy, iż twoje swawole mogą skończyć się... ciążą? - spytała unosząc sugestywnie brew. Właśnie wykonała długie uderzenie, świetnie się przy tym bawiąc. Niech drań zje ze stresu swój uroczy uśmiech, na który kiedyś dała się nabrać Vesper.
[Miałam Ci pierdzielnąć taki monolog, że nakryłabyś się nogami, ale nie wyszło :<<]
Vesper Caldwell
[Aż taki zły z niego szef? W sumie... w sumie wygląda. Ta twarz, to spojrzenie mówią same za siebie. Rozwalił mnie król dyskotek w Twojej notce, serio. Wyobraziłem sobie Aidana z miną z gifa, który wiruje na parkiecie.]
OdpowiedzUsuń[Wątek z wielką chęcią! Zastanawiam się tylko jakie relacje mogą panować pomiędzy tą dwójką. Jakieś pomysły? :)]
OdpowiedzUsuńMellrose
[Też ją wielbię i podoba mi się pan na gifie <3
OdpowiedzUsuńJa też bym się chętnie na wątek pisała, pomysł może masz? :D Wyjątkowo bym zaczęła :D]
Shannon
[Hmm... Może poznali się kilka lat temu, gdy Aidan kupował mieszkanie i był klientem Mell? Mogli dość sporo czasu poświęcić na znalezienie idealnego lokum i w tym czasie dość dobrze się zakolegowali. I to właśnie Aidan mógł poznać Mell z Joshem :) Co ty na to?]
OdpowiedzUsuńMellrose
[O! Pomysł mi się bardzo podoba! :D To ja zaraz zacznę ;)]
OdpowiedzUsuńShannon
[Mnie to nie przeszkadza, poczekam :) Zresztą, zaraz zmykam i też będę dopiero wieczorem :<]
OdpowiedzUsuńMellrose
[Biedny on! Ale spoko - Bill ma to samo. Też się wkurwia, że musi pracować. Ale jak tu nie być złym, kiedy pracuje się u swojej ciotki, nie?]
OdpowiedzUsuńObaj potrafili być prawdziwymi, rasowymi szujami i obaj mieli w swoim życiu momenty, którym przydałaby się możliwość cofnięcia czasu i zastanowienia się osiem razy nad tym, co tak naprawdę należało powiedzieć. I to nie tylko sprzed magicznego momentu, w którym się poznali i świat nagle zawirował, wszystkie jego elementy poukładały się odpowiednio, a po tęczowej łące przegalopowały jednorożce. Nic takiego nie miało miejsca, a Sean nie raz, nie dwa i nie dziesięć przekonał się o tym, że idealne związki i idealni ludzie byli jak jednorożce – nie istnieli. Chociaż jemu samemu bardzo długo wydawało się, że jest nieomylny, doskonały i ponad wszelką miarę życiowo mądry. I właśnie w tym okresie swojego życia namiętnie popełniał błędy, wielkie i najczęściej te same. Był przy okazji naprawdę pewny swego, bo nawet kiedy dostał z powrotem trzeci pierścionek zaręczynowy, wciąż miał przekonanie, że to nie z jego winy kolejne związki się rozpadały. Oczywiście, że rozpadały się z jego winy, a na uświadomienie sobie tego miał sporo czasu przed dwoma laty, kiedy zrobił najgłupszą rzecz w swojej imponującej karierze popełnionych idiotyzmów i przez dwa tygodnie mógł się nad tym zastanawiać. A zamiast to robić, czynił jeszcze więcej zamieszania. I to właśnie wtedy nastąpił jedyny słuszny przełom w życiu i jednego i drugiego gagatka, a obaj zaczęli się zachowywać jak ludzie, nie jak bezmózgie efekty uboczne eksperymentów w jakimś paramedycznym laboratorium.
OdpowiedzUsuńI tylko dzięki temu mogli znaleźć się tutaj – w tym dniu, przy tej rozmowie i przy użyciu narzędzia, którego jeszcze całkiem niedawno woleli nie dotykać, chociaż leżało przed nosem i świeciło anielskim błyskiem, namawiając do użycia. Tym narzędziem był spokój, który czynił cuda większe niż Photoshop z ciałem Madonny.
To co robił Aidan niewątpliwie było urocze. Te jego spacery, kręcenie się w kółko po łazience, sprawdzanie wszystkiego, przysiadanie na krawędzi wanny i ponowne wstawanie, żeby dalej wędrować i dalej przekładać, wygładzać i ustawiać. Sean miał przemożną ochotę przytulić to kręcące się po łazience biedactwo i zapewnić, że opowiadanie o własnych uczuciach go nie zabije, ale powstrzymał się, pozostając przy próbach niewodzenia wzrokiem za Aidanem. I dobrze zrobił, bo wyszedłby na największego kretyna w dziejach ludzkości, który najpierw odegrał taką scenę zapewnień o nieszkodliwości rozmowy o emocjach, a później zaciął się nad opowieścią o własnych. Po prostu wziął się i zablokował, a kiedy po wysłuchaniu słów Aidana tylko próbował podnieść wzrok znad swoich dłoni, wziąć głęboki oddech i ułożyć ładne zdania z kłębiących się w głowie myśli, niemal fizycznie czuł jak wszystkie wyrazy i litery są wciskane z powrotem do gardła.
Dobrali się z talentem do prowadzenia najważniejszych rozmów.
Sean miał w wieku sześciu lat operację kolana, po której została centymetrowej długości blizna, i mógłby przysiąc, że wpatrywał się w jedno miejsce tak długo, że dojrzał ją po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat. Nie mógł jednak tak milczeć, zapadać się w sobie i tkwić w jednym miejscu przez wieczność. A może jednak mógł…
Usuń- Egoistycznie cieszę się, że to wszystko powiedziałeś, bo to była realizacja tego idealnego scenariusza, który sobie ułożyłem w głowie. A wiesz, że ja mam ułożony scenariusz do wszystkiego, a gdybym miał zdawać egzamin ze spontaniczności, to… już na balecie by mi lepiej poszło. Nie potrafię mówić ludziom, że ich kocham, bo to znaczy, że od nich zależę, a mi bardzo długo wydawało się, że nie chcę zależeć od nikogo. Nigdy nie powiedziałem własnej matce, że ją kocham, chociaż ją kocham i o ile partnerem nigdy nie byłem najlepszym, to synem całkiem niezłym. Mówiłem to moim kobietom, kiedy robiły dokładnie to, co kazałem im robić, nie wiem, może to miała być taka nagroda, pan cię kocha, bo jesteś grzeczna, nie mam pojęcia, ale na pewno głupio to sobie tłumaczyłem. I przez pierwsze dwa lata wydawało mi się, że to działa dokładnie tak samo, że miłość i te inne niepotrzebne nikomu bzdury są gdzieś na osiemnastym planie i nic z tego tak naprawdę nie wynika, a my mieszkamy razem i jest nam przyjemnie, bo dobry seks i niższe rachunki za prąd, kiedy dwie mordy siedzą pod jednym żyrandolem. Ale coś się zmieniło. Po przeszło trzydziestu latach życia przestało mi przeszkadzać to, że mój świat jest nie tylko częścią czyjegoś… twojego świata, ale że wiele rzeczy od siebie w tych światach zależy, a moje życie w jakiejś części zależy od ciebie. Nie dlatego, że się przyzwyczaiłem, nie dlatego że mi wygodnie i przyjemnie, ale dlatego, że gdzieś tam pojawiła się pewność. Pewność, że to właśnie ciebie kocham, że to wszystko jest spełnieniem jakichś moich abstrakcyjnych marzeń, które snułem kiedyś tam, jak nie czułem nic poza pewnością, że żyję w jakimś wielkim, beznadziejnym kłamstwie. Przy tobie się tak nie czuję i tak naprawdę nigdy nie czułem, chociaż popełniłem parę błędów, za które ma twoim miejscu sam siebie kopnąłbym w tyłek, ze schodów, bardzo wysokich.
[A dziękuję! Noah może uczyć się lenistwa od Aidana. xD]
OdpowiedzUsuńNoah
[Uprzedzam, że Noah ma słabą głowę i Aidan będzie musiał go zbierać z podłogi. xD]
OdpowiedzUsuńNoah
[To jakoś pod wieczór zacznę. Bo teraz chemia. Czyli znają się już, w sumie Aidan mógł pomóc w remoncie mieszkania Bentley'a i od razu spotykają się w barze?]
OdpowiedzUsuńNoah
[Aileen nie ma w powiązaniach, buu. :c Wybacz, że się tak byczę, ale nauka, nauka, nauka. :/ Tylko powiadamiam, że jestem i gdy tylko trochę złapię oddechu w tygodniu to odpiszę. Aileen tu zostaje i nigdzie się nie wybiera.]
OdpowiedzUsuńAileen
Jakże cudownie było móc obserwować krew odpływającą z twarzy Aidana Hamiltona. To był istny miód dla jej duszy, która gdzieś tam w głębi, domagała się zemsty na tym cholernym aktorze. Bo był nim. Jak wszyscy aktorzy, pragnął, by wszyscy go kochali, nawet kobieta, której złamał serce. Chciał, aby w tym momencie uwolniła go od poczucia winy, ale nie potrafiła tego zrobić. Dała mu wszystko. Nie tylko swoje serce, nie tylko swoje ciało, ale wszystko, co miała i oto, dokąd ją to zaprowadziło. Tak naprawdę bała się, że do końca życia będzie przeżuwać dawne zapiekłe urazy, jak pies starą kość. Nie chciała skończyć jako zgorzkniała feministka. Dlaczego jej to zrobił? Przeciągnęła się w fotelu, odrzucając do tyłu jasne pukle, zaprezentowała dostatecznie dobrze wszystkie atuty swojego ponętnego, zbyt kobiecego ciała, teraz natomiast nieśpiesznie wstała, aby przespacerować się krótki kawałek po gabinecie. Odwrócona do niego tyłem, obserwowała wiele nagród, które zgarnął w swoim zawodzie, a które tak dumnie prezentowały klientowi umiejętności oraz możliwości młodego architekta. Czyżby perspektywa bycia tatusiem kłóciła się z jego idealnie poukładanym życiem?
OdpowiedzUsuń- Jakie to słodkie z twojej strony, że męczysz ten swój wielki wredny łeb, zamartwiając się o naszą przeszłość, gdy dotychczas miałeś głęboko w czterech literach, czy przypadkiem nie zmajstrowałeś dziecka. - powiedziała wreszcie po dobrych dziesięciu minutach milczenia, opierając dłonie na zbyt szerokich biodrach. Nawet nie odwróciła się w stronę mężczyzny, kontynuując jedynie bezwzględną zemstę. Przynajmniej w tak żałosny sposób go załatwi; poczuje się znacznie lepiej. - Kiedy byliśmy razem, wstydziłam się, gdy szliśmy ulicą, bo byłeś kurewsko przeciętny. Przyjaciołom powiedziałam, że jesteś dzieckiem z próbówki, żebyś nabrał charakteru i możesz mnie uważać za wredną dziwkę pozbawioną etyki zawodowej, ale to nie zmieni faktu, że byłeś, jesteś i będziesz kretynem. Dorośnij. - podsumowała bezwzględnie, ściągając ze szklanego regału nagrodę w kształcie szklanej piramidy. - "Fundusze społeczne. Nagroda za działalność charytatywną" - nie zmieniając pozycji, obróciła tylko głowę, aby móc spojrzeć jeszcze raz na jego twarz, po czym cisnęła szklaną statuetką o podłogę, rozkoszując się odgłosem tłuczonego szkła. Jak niegdyś rozpadło się jej serce, tak z łatwością jedna z wielu nagród Aidana, odeszła w niepamięć.
Zrobiła rachunek sumienia z przeszłością. Mogła odejść i to właśnie zrobiła.
Vesper Caldwell
[To zdjęcie u góry przywodzi mi na myśl Kanadę, bo tak będę wyglądać (generalnie), robiąc tam drewno. Mogą razem palić tosty chociaż nie wiem czy wątek z tego będzie ciekawy. Trzeba spróbować wszystkiego. Chcesz zacząć takie luźne spotkanie czy raczej myślimy dalej i próbujemy znaleźć coś superhipermagicznego (co może się nie udać)? Swoją drogą, to cudo to o Harvey'u?]/Harvey
OdpowiedzUsuń*rąbiąc, rzecz jasna. Robić drewna jeszcze nie umiem.
Usuń[Że tacy kumple od piwa, ta?]
OdpowiedzUsuńWilliam W.
[Dziękuję za miłe powitanie. ;) Twój Aidan wydaje mi się być całkiem miłym i fajnym gościem, nie ukrywam, że chętnie bym powątkowała, tylko że ja nigdy nie grzeszyłam nadmierna pomysłowością. ;D Tak sobie myślałam, że mogliby spotkać się gdy Deb śledziła pewnego gości, który przyszedł do firmy Aidana, a że z niej taki trochę pseudo detektyw to mogłaby zostać po części zdemaskowana przez Hamiltona. Ewentualnie mogliby spotkać się gdzieś na jakiejś imprezie, skoro Aidan to król dyskoteki, mogliby stać się czymś w rodzaju kumpli od piwa lub po prostu mógłby to być zaczątki jakiejś przyjaźni czy czegoś w tym stylu. To już jak wolisz. Chyba, że masz inny pomysł, ja jestem otwarta na propozycje. ;) ]
OdpowiedzUsuńDeb
[za płaska jest, muszą być biuściaste! :D]
OdpowiedzUsuńCarrie
[ Aidan to fajny chłopak, ale nie mam pomysłu jak można by ich powiązać bo jedyne co mi przychodzi to coś związanego z jej byłym mężem ]
OdpowiedzUsuńDanielle
[To się zastanów czy Aidan woli znać Williama czy Carrie, bo ja jednocześnie nie lubię dwoma postaciami z tą samą pisać. :D]
OdpowiedzUsuń[Aidan to moje ULUBIONE imię, więc zgadzam się na wszystko!]
OdpowiedzUsuńGwyneth
Każdy dzien na lotnisku Heathrow wydawal sie z pozoru byc taki sam. Wszedzie bylo pelno spieszacych sie ludzi, ktorzy ciagneli za soba mnostwo walizek, biegali dookola spanikowani i probowali jak najszybciej przejsc przez odprawy, zeby tylko zdazyc zrobic wszystko zanim samolot zapragnie kolowac na pasie startowym. Nie brakowalo przy tym paniki spowodowanej ogromnym stresem i zdenerowaniem, na dodatek wszyscy ostatecznie starali sie na kims to wyladowac. A to na dziecku, ktore sie nie pilnuje rodzicow, a to na obcokrajowcu, ktory nie rozumie po angielsku i jedynie przeszkadza w sprawnym prowadzeniu odprawy albo ostatecznie podrozni o kazdy swoj blad oskarzali personel lotniska, ktory staral sie dzialac sprawnie i szybko, zeby nikt nie mial problemow. Wlasnie jedna z takich dzialajacych szybko osob byla Lyla. Codziennie siedziala i sprawdzala dokumenty pasazerow, wydawala im bilety oraz nadawala ich bagaz do luku samolotu, usmiechala sie i odpowiadala na powtarzajace sie pytania. Taka byla jej praca, a chociaz czasem miala ochote odzywac sie tak samo wulgarnie jak niektorzy podrozni (co bylo niezwykle jak na nia, bo nigdy nie denerwowala sie za czesto), to i tak musiala byc uprzejma. Na szczescie jej podejscie do ludzi, traktowanie ich bardzo zyczliwie zwykle skutkowalo tym, ze osoby podchodzace do jej stanowiska byly spokojne i wszystko szlo sprawnie, tak jak kazdy chcial. A ona przynajmniej robila to, co lubi, czyli mogla poznawac mase nowych ludzi, niektorych nawet rozpoznawac, bo jesli podrozowali czesto i akurat trafiali do niej na odprawe, to po kilku "spotkaniach" znala ich juz z imienia i nazwiska. Pewnie pomagal fakt, ze miala swietna pamiec do twarzy.
OdpowiedzUsuńDla niej wiec kazdy dzien na lotnisku nie byl taki sam. Codziennie wlasciwie musiala zmierzac sie z innymi problemami, rozwiazywac rozne sprawy, dogadywac sie z ludzmi, ktorzy nie do konca rozumieli co sie do nich mowi, bo przylatywali z roznych zakatkow swiata i czasem umieli jedynie podstawy angielskiego. Niektorych pracownikow pewnie to bawilo, nie mogli uwierzyc, ze ktos moze nie znac miedzynarodowoego jezyka. W koncu jakim ignorantem trzeba byc, zeby sie go nie nauczyc? A no zadnym, wystarczy ze nie ma sie dostepu do dobrych ksiazek albo szkol jezykowych, ewentualnie internetu.. Bylo wiele mozliwosci, Heimirsson nie wykluczala zadnej. I co najwazniejsze:nie osadzala. Jedynie pracowala najlepiej jak umiala, a dzieki temu poznawala takich ludzi jak na przyklad Aidan.
Dzisiaj pracowala juz od 5 rano, przejela nawet polowe zmiany kolezanki, ktora sie rozchorowala i nie mogla przyjsc, zostala na lotnisku tego dnia dlugo, ale zupelnie jej to nie przeszkadzalo. Bylo wielu pasazerow, z ktorymi mogla pozartowac zanim wylecieli z Anglii na kilka miesiecy, dni albo.. Albo godzin. Tego znanego juz jej architekta odprawiala o szostej rano ze slowami "do zobaczenia pewnie niedlugo, panie Hamilton" , ale nie spodziewala sie, ze to "niedlugo" bedzie az tak szybko. W koncu kto by przypuszczal, ze gdy o 17 w koncu skonczy prace i przebierze sie juz w zwykle jeansy oraz luzna koszulke z nadrukiem jakiejs papugi, to wpadnie na niego. I to doslownie wejdzie mu pod nogi, zwyczajnie za bardzo byla zajeta szukaniem parasolki w torebce, bo na zewnatrz, jak to w Londynie, oczywiscie lało jak z cebra, pogoda od kilku dni sie jedynie pogarszala, wiec parasol byl koniecznoscia. Ale wracajac do glownego watku: Lyla doslownie zderzyla sie z plecami niby nieznajomego mezczyzny i az zapowietrzyla sie i odskoczyla do tylu z wrazenia.
- Przepraszam, kompletnie sie zagapiła... - Lyla juz zaczela sie tlumaczyc, gdy mezczyzna (pewnie wkurzony, bo kto by sie nie wkurzyl, gdyby ktos obijal mu sie o cialo bez ostrzezenia?) odwracal sie w jej strone, ale jeszcze bardziej ja zmrozilo, gdy rozpoznala ta twarz, te oczy i wlosy.. - Chrystee, juz pan zdazyl wrocic? - zapytala kompletnie zaskoczona, bo wygladalo na to, ze pewnie polecial gdzies tylko na jakies spotkanie skoro juz byl z powrotem w Londynie.
Usuń[Łojeju, prosze, dogaduj się <3 (tak, polskich znakow brakuje, bo telefon ich nie lubi)
A jak ci nie pasuje i wolisz z powiazaniem,glebszym to wtedy olej to u gory, ale ty zaczynasz xd]
Lyla Heimirsson
Noah, gdy pragnął, by jego mieszkanie choć trochę zrobiło się przytulniejsze i przypominające cztery ściany pozostałych ludzi zgłosił się do firmy Aidana. Chciał, by czuł się w nim jak inni szczęśliwi ludzie, którzy po ciężkim dniu pracy wracają z uśmiechem do domu. Wiedział, że prawdopodobnie nie liczył się tutaj wystrój, ułożenie komody tak, a nie inaczej, kolory, które nie przytłaczały. Zdawał sobie sprawę z tego, że wracali wszyscy oni z uśmiechem, bo mieli do kogo. Bo przecież czekała na nich druga osoba, która przytuli i powie coś dobrego, a nie puste przestrzenie, gdzie panoszyło się cisza. Lubił samotność, ale przebywanie samemu często kojarzyło mu się ze zbyt wcześnie skończonym dzieciństwem. Samotne, zimne wieczory, kiedy nawet nie mógł przytulić się do pluszowego misia, bo to nie zabawki dla prawdziwych mężczyzn.
OdpowiedzUsuńAidan pomógł jak umiał najbardziej. W końcu architekci nie są od spełniania cudów. To on sam musiał przyczynić się do niego. Sam musiał wszystko zmienić. Gdy miał już ładne mieszkanie, teraz wystarczyło tylko odnaleźć tą, która urodzi mu syna i spędzi z nią resztę życia. Ale to nie było takie łatwe. Sęk w tym, że on nie potrafił być w związku, nie umiał dzielić się sobą z innymi w jakiś sposób niż tylko cielesny, Nie chciał też nikogo naprawdę skrzywdzić, już nie. Bo przecież odejście było łatwiejsze, złamanie serca mogło szybciej się zagoić, niż cokolwiek innego. Bo czas leczy rany. Czas czyni cuda. Wystarczy w nie tylko uwierzyć.
Noah zaprzyjaźnił się w jakiś sposób z Aidanem. Miał z kim wyjść na piwo, a jednocześnie mógł od niego uczyć się lenistwa. Bo w końcu Hamilton znany był z tej wady. Bentley nie pamiętał kiedy ostatni raz mógł się byczyć. Ciągle przybywały nowe książki. Ciągle musiał w nich siedzieć i coś poprawiać. Tu zapomniano o przecinku, tutaj źle odmieniono, do poprawy. Literki majaczyły mu przed oczami nawet, gdy je zamyka. Zmora od kilku lat. Ale lubił swoją pracę. Porządkował. Jego pedantyczna dusza radowała się z kolejnych dobrych korekt. Mniej błędów, mniej zamieszania, więcej uśmiechu.
Nie pojawił się dzisiaj w pracy, bo niby go złapał katarek. Wiedział, że to nie fair względem Christiana, ale po prostu nie miał ochoty dzisiaj wychodzić z łóżka. Patrzył tępo w sufit i nie wiedział, co ze sobą począć. W jego życie wkrada się rutyna, której normalni ludzie się boją. Czyli on też powinien czuć strach? Nie pamiętał jak wygląda to uczucie, wmawiano mu od zawsze, że lęk przed czymś jest dla bab. Zacisnął powieki i szybko wstał. Nie zamierzał być użalającą się nad sobą kobietą, bo przecież nie był, wystarczy spojrzeć w spodnie. Szybko się ubrał i pojechał do biura Aidana. Jeśli ma się dzisiaj lenić, to właśnie z nim. Zapowiedział swoje przybycie sekretarce i usiadł na jakimś krześle, gdy ta miała poinformować szefa.
[Tak, wreszcie zaczęłam. xD Przepraszam, że z "dzisiaj wieczór" przerodziło się kilka dni.]
Noah
Słuchała go uważnie, potakiwała głową na koniec każdego zdania, i wyglądała na zbyt zainteresowaną, jego monologiem, co przywodziło na myśl dość sztuczne zachowanie. Równie dobrze mogła myśleć jedynie o tym, ile bułek kupić na wieczorną kolację, albo jaki film obejrzeć, aby nie spędzić samotnie wieczoru. Znowu. Można było się otaczać niezliczoną ilością przyjaciół, nie zmieniało to jednak faktu, że mieli oni swoje życia, swoje domy, swoje prace i rodziny, nie mogli więc skakać koło niej każdego wieczoru. Rozumiała to, owszem, i nie miała do nich żalu. Do niedawna (dalej wydawało jej się, jak gdyby dni sprzed rozwodu były zaledwie wczoraj) sama więcej uwagi przeznaczała dla swojego męża.
OdpowiedzUsuńZerknęła na wyświetlacz, kontrolując przejazd metra. Za dwa przystanki powinna wysiadać, co dawało jej zaledwie pięć minut na dokończenie rozmowy z mężczyzną. Chwilowe zdenerwowanie odeszło już w niepamięć, czuła się nieco swobodniej, co jednak nie oznaczało, że chciała spędzić w towarzystwie Hamiltona więcej czasu niż było to konieczne. Nie żeby kolejne minuty w jego towarzystwie postrzegała jako katorgę, aż tak źle nie było, daleko jednak jej było to całkowitego rozluźnienia.
- Wiesz, może nie mają zbyt dużego ruchu i są tak zdesperowani, że próbują przyciągnąć innych wszelkimi sposobami, nawet na siłę? W końcu to muzeum trochę lat ma, każdy Londyńczyk je zna, nawet jeżeli w środku nie był, a większość z odwiedzających to pewnie turyści.
Daleko jej było do całkowitego rozluźnienia, a mimo to świergoliła jak najęta, aby nie pozwolić, by między nimi zawisła niezręczna cisza, kiedy nie wiadomo czy stać koło siebie i czekać w napięciu na pojawienie się jakiegokolwiek tematu, czy pożegnać się, zrobić krok w bok i pokonać resztę trasy samotnie.
- Uwielbiam deszcz... - dodała jeszcze, mrucząc pod nosem, bardziej do siebie niż swojego towarzysza. To była taka luźna uwaga, szybka myśl, która została wypowiedziana na głos, zanim Primrose zdążyła się nad nią zastanowić dłużej.
[ Znowu jestem przekonana. Przekonana co do tego, że następny nasz wątek powinien nieco rzucić światła na całą sytuację, a mianowicie – Primrose przychodzi do swojego przyjaciela (w tytułowej roli Sean H.), a na miejscu zastaje Aidana. Wiedziała, że Irlandczyk mieszka z facetem, że planują ślub, że ten ma na imię właśnie tak, a nie inaczej, ale w życiu nie skojarzyła faktów, że chodzi o tego AIDANA. ]
Primrose B.
[ Tak, tak to on. Były narzeczony, bo on ma alergię na zobowiązania :)]
OdpowiedzUsuńGarrett
[Ej, co z naszym wątkiem? :<]
OdpowiedzUsuńGwyneth Willoughby
[ Przyznam się bez bicia, że słaba jestem w męsko-męskich wątkach, ale w takich okolicznościach jest on niemal konieczny:) Jakieś pomysły?]
OdpowiedzUsuńGarrett
[Dobra! Trzymam najmocniej jak się da, życzę powodzenia i przesyłam wirtualnego kopniaka na szczęście. *kop w tyłek*]
OdpowiedzUsuńGwyneth
[ jaki uśmiech! <3
OdpowiedzUsuńOna chętnie skorzysta z tej propozycji. Byłaby tą, która zawsze milczy, obserwuje, by nagle na jakimś zebraniu wypalić co myśli i wyjść z cienia.]
Emily
[ a przy tym zawsze mogłaby czekać na niego z gorącą kawą. I nie, ona wcale się nie podlizuje :D]
OdpowiedzUsuńEmily
[Ależ proszę *pjona* - to od Zaca!
OdpowiedzUsuńSkoro oboje tak melanżują to może jakiś wącisz? ;>]
Zachary R.
[ zacznę, ale już jutro :)]
OdpowiedzUsuńEmily
[Hej ;) Jakiś pomysł na wątek lub powiązanie? Moje się chyba już dziś wyczerpały, ale z chęcią coś zacznę gdy podrzucisz pomysł ;)]
OdpowiedzUsuń[ witam :) dlaczego ja wczesniej nie wpadłam na tego miłego pana?? Takie pytanko...czy w jego zyciu nie zmieściłaby sie przypadkiem jakaś kobieta 29 lat singileka z córką? Tak się tylko pytam jakby jakieś chęci do wątku były]
OdpowiedzUsuńAnabeth
[ No to miło :) W sumie to z tym wujkiem to nawet nie jest zły pomysł...masz pomysł na konkretny wątek?]
OdpowiedzUsuńAnabeth
[Hej. ;) Można uznać, że Aidan kibicował temu związkowi i gdy wszystko się rozpadł, to dalej utrzymywał kontakt z Waygood. Od jakiegoś czasu mogą być przyjaciółmi, wspierać się i po prostu spędzać razem masę czasu. ;) ]
OdpowiedzUsuń[O, to zmienia postać rzeczy. ;) Co powiesz więc na przyjaźń? Aidan mógł by też projektować dom Waygood, więc wątek na miejscu budowy albo coś mógłby być ciekawy. ;)]
OdpowiedzUsuńBudowanie domu? Już jeden zbudowała, dla siebie i swojej żony. Teraz musiała zbudować nowy, aby odciąć się od wspomnień. Nie każdego na to stać, ale w momencie, gdy twoja matka jest nadziana i cieszy się, że lesbijski związek się rozpadł, to równocześnie otwiera ci drzwi do kilku milionów. Na dom Portii nie potrzebny był nawet milion. Waygood nie chciała znów okazałego domu z pięcioma sypialniami. Chciała tylko poczuć się przytulnie. I dlatego poprosiła przyjaciela o pomoc.
OdpowiedzUsuńCałkiem spontanicznie przyjechała na miejsce, gdzie trwały jeszcze prace wykończeniowe i gdzie wiedziała, że znajdzie Aidana.
Była pod wrażeniem, widząc jak cała ekipa pracuje. Przywitała się ze wszystkimi i ruszyła wgłąb, by znaleźć mężczyznę, co nie było wcale trudne.
Podeszła do niego i bez namysłu zaczęła tulić. Robotnicy przyglądali się temu z lekkim zdziwieniem, co wcale jej nie rozproszyło.
-Dziękuję, dziękuję, dziękuję - zaczęła powtarzać, ściskając go mocniej.
Tak, jej rozwód zdecydowanie zrobił jej coś z głową.
[wybacz za to, tyle dziś miałam roboty, że już nie wiem co piszę XD]
Aidan miewał bardzo dziwne opinie na własny temat. Coś jak osiemnastolatek, który chce być bardziej charyzmatyczny niż w rzeczywistości jest, więc kreuje swój wizerunek dupka-ignoranta, co ma przyciągnąć całe rzesze rozochoconych tą artystyczną wizją licealistek. Sean rozumiał ten tok myślenia, rozumiał też jego drugie dno w przypadku swojego oblubieńca, bo oskarżenie go o standardowe, zgrane i w gruncie rzeczy żałosne dążenie do bycia fajniejszym szczególnego związku z prawdą by nie miało. On w ogóle sporo rozumiał i Aidan dobrze o tym wiedział, chociaż z sobie tylko znanych powodów nie chciał się do tego wszem i wobec (lub chociaż wobec Seana) przyznać. Taki jego urok – jak mawiali starożytni Rosjanie, kiedy bardzo by chcieli móc coś z tym fantem zrobić, ale za cholerę nie mieli do tego ani odpowiednich narzędzi, ani odpowiedniej metodologii. Bo choć w Seanie Heffernanie naukowe zapędy tkwiły, to w domorosłego doktora psychologii nie miał zamiaru się bawić, a co za tym idzie - wmawiać Aidanowi zbyt wielu ciężkich zabawek w dzieciństwie też nie zamierzał.
OdpowiedzUsuń- Dlaczego cały czas uważasz się za złośliwego, mrocznego, egoistycznego i ignoranckiego dupka? Chłopie, to było fajne piętnaście lat temu, kiedy laski strzelały z uszu śluzem na sam dźwięk takiej deklaracji, a bycie traktowanymi jak kiepskiej jakości jednorazowe rękawiczki rozpalało ich zmysły do czerwoności. Ale to fantazje osiemnastolatek, one chciały tylko mieć co opowiadać koleżankom przez telefon, śpieszę ci uświadomić – stwierdził, opierając łokcie na kolanach, a brodę na splecionych palcach.
Na jego twarzy zagościł uśmiech człowieka, który wie w temacie dokładnie wszystko i teraz naucza nieświadome tłumy. Coś jak kaznodzieja-gwiazdor z renomą wielkiego uzdrowiciela tłumów. Tylko w wymiarze zdecydowanie bardziej lokalnym. I w otoczeniu przyborów toaletowych. W gruncie rzeczy Sean wiedział w tym akurat temacie wszystko, bo Aidana zdążył przez te kilka lat poznać naprawdę dobrze. Włącznie z jego skłonnościami do dodawania sobie wad, żeby tylko zamaskować, że na czymkolwiek mogłoby mu zależeć. Gdyby nie zależało, na pewno nie prowadziliby tej rozmowy, nie mieszkaliby w jednym domu, nie pozostawaliby sobie wierni i nie zapominali – kiedy trzeba – o wszystkich wadach swojej drugiej połówki.
- I mogę ci wybaczyć te sweterki, nogi mnie boleć od tego nie będą, że ci musiałem tytanicznym wysiłkiem wyjąć z szafy twój sweterek do spania i jeszcze nadstawić tak, żebyś mógł tylko rączki i głowę włożyć. Ale za cholerę nie zrozumiem, co to są za zwyczaje z tym spaniem w sweterkach. I dlaczego ciebie jeszcze nie było u lekarza, chociaż prosiłem sto razy.
[ Gratuluję odpowiedzi, wygrywasz wiadro internetu ;-D Kleimy wątek, tak? ]
OdpowiedzUsuńKepler
[Hej, interesuje mnie przejęcie postaci brata, ale ponoć po szczegóły trzeba gnać tutaj. Więc? ;)
OdpowiedzUsuńP. S. Wcale nie jestem leniem któremu szkoda czasu na więcej słów. Wcale nie brak mi taktu, bo się nie przedstawiam. Wcale... no właśnie. Po prostu dzięki z góry za odpowiedź pod komentarzem. ]
[YAY!!!! <3 przepraszam, musiałam wykonać swój okrzyk radości xD A więc, Brat jest panem trudnym pod tym względem, że się (za przeproszeniem) wyjebał na rodzinę, rzucił studia i wyjechał na drugi koniec świata sprzedawać obrazy. Artysta, a co! Do tego teraz wraca do Londynu jak gdyby nigdy nic, nic nie wiadomo co robił przez ostatnie trzy lata, wysyłał jedynie kartki raz na jakiś czas, nie mówiąc co jak gdzie i w ogóle. Więc tu jest kwestia do totalnego wymyślenia.
UsuńDean jest człowiekiem z natury dobrym, ale potrafi nieźle namieszać i obrócić wszystko tak, żeby wyszło z ogólną korzyścią dla niego. Z Aidanem się dogadują, cociaż przy pierwszym spotkaniu dostanie w pysk za to, że zniknął (spokojnie, potem będzie przepraszające piwo xD).
I tyle w zasadzie... xd W razie jakiś pytań: byzantium3636@gmail.com
[No pojawiła się :D Jak pozwolono mi wziąć Zooey zamiast rudej panny to wzięłam ją bez ględzenia.
OdpowiedzUsuńNo, wątek być musi, bo przyjaciel brata to jej przyjaciel. Bynajmniej tak to sobie tłumaczy. W praktyce może być inaczej. Jakieś pomysły?]
Aideen
[Dzięki xD. Mam problem ze znalezieniem odpowiedniego zdjęcia (nie wiedząc czemu wszystkie fajne są bez koszulki), więc została mała animacja :P]
OdpowiedzUsuńDEAN
[Jasne, jestem jak najbardziej za. Możemy przyjąć, że Dean przyszedł z niespodzianką do pracy Aidana lub przez przypadek u niego zagościł: szukał nabywców na obrazy i wpadł również do biura architektonicznego. Tobie pozostawiam wybór co do opcji. Chyba, że masz jeszcze inny scenariusz spotkania.]
OdpowiedzUsuńDEAN
[Ok. To kto zaczyna? :)]
OdpowiedzUsuńDEAN
Gwyneth odkąd pamiętała, była jedno z tych osób, która zdanie innych osób miała zawsze w okolicach lewego pośladka. Potrafiła iść do centrum handlowego w piżamie, jeść śniadanie na krawężniku i kąpać się w miejskich fontannach, a jednocześnie nie wypić ani jednej kropli alkoholu. Najlepiej jednak zawsze bawiła się z Aidanem; ich wspólne, bardzo spontaniczne wypady na miasto, były dla niej inspiracją do tworzenia kolejnych prac - można więc powiedzieć, że wkroczenie Hamiltona do jej życia było najlepszą rzeczą, jaka do tej pory ją spotkała. Wprawdzie nie pamiętała jakim cudem się spotkali, ani co sprawiło, że Aidan w przeciągu zaledwie dwóch tygodni zdobył jej całkowite zaufanie, ale cieszyła się, że ma takiego przyjaciela. Prócz ojca, był chyba jedyną osobą na całym świecie, która potrafiła ją zrozumieć, a to przecież nie lada wyczyn!
OdpowiedzUsuńTeraz, gdy szykowała się do ich kolejnego wyjścia przy akompaniamencie ciągłych narzekań i dziwnych pojękiwań Aidana, mimo wszystko czuła się naprawdę szczęśliwa. Z uśmiechem na twarzy latała z kąta w kąt szukając kolejnych niezbędnych rzeczy, w międzyczasie jedną ręką kończąc makijaż, drugą jednocześnie zakładając nowe kolczyki. W końcu wyszła z łazienki w krwistoczerwonej sukience, mrucząc pod nosem zasłyszaną w radiu piosenkę. Wywaliła na ziemię wszystkie szpilki z olbrzymiej szafy i skrzywiła się na widok niebotycznie wysokich obcasów. Wybrała prędko kilka par, ustawiła je w rzędzie niedaleko Aidana, odeszła od nich kawałek i zaczęła im się uważnie przyglądając ze zmarszczonym czołem. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero jego oburzony głos. Spojrzała we wskazanym kierunku i uśmiechnęła się pod nosem.
- Po prostu nie chcesz wyglądać przy mnie jak krasnal, przyznaj się – żachnęła się, wyjmując buty z pudełka. Właściwie w ogóle nie brała ich pod uwagę, ale chyba z premedytacją je założy, by zrobić Aidanowi na złość. Co prawda trzynaście centymetrów to całkiem sporo, ale przecież da radę. Najwyżej je zdejmie i będzie chodzić boso.
Gwyneth
To nie tak, że zupełnie zapomniał o rodzinie. Od czasu do czasu zdarzało mu się w końcu wysłać kartkę pocztową do krewnych. Nie widział żadnego problemu w tym, że była to jedna taka na kwartał w skali roku, a do tego czasem jedynie podpisana jego imieniem i nazwiskiem, bez żadnych informacji o tym, co u niego. Osobiście uważał to za dobrą formę kontaktu i bez gorących pozdrowień z *tu wpisz dowolne miejsce*. Powiadamiał brata, czy rodziców o tym, że żyje, jeszcze nie skisł na ulicy i ma nawet pieniądze na znaczek pocztowy. A to już trzy pozytywne sygnały, których nie dostaliby się, gdyby o nich nie pomyślał, prawda? Patrząc na tę sprawę z tej perspektywy, musiał być naprawdę wspaniałomyślnym bratem i synem. Teraz jednak posunął się o krok dalej, a mówiąc ściślej, o paręnaście, bo od zwykłej kartki przeszedł od razu do spotkania w cztery oczy. Chyba w cztery. Tego nie był pewien, bo:
OdpowiedzUsuńa) nie miał pojęcia, czy jego brat pracuje w biurze sam, czy z kimś przez niego zatrudnionym,
b) nie wiedział, czy w tym czasie jakiś klient jest umówiony z Aidanem na podłożu służbowym.
Miał szansę się o tym przekonać, gdy bez jakiejkolwiek zapowiedzi wparował do biura krewniaka. Tak naprawdę dopiero co przyjechał do Londynu i pewnie nawet nie zdecydowałby się na odwiedziny, gdyby nie to, że nie zdążył znaleźć sobie odpowiedniego lokum. Hotel czy motel odpadał przez jego chwilowe problemy finansowe, a młodszy Hamilton był jedyną osobą, którą tu znał i mógł prosić o przenocowanie go. Bycie malarzem to wcale nie taka prosta sprawa. Raz cieszysz się sprzedażą z obrazów, innym razem żałujesz, że nie zostałeś grafficiarzem. Taki przynajmniej bywa, że mieszka na garnuszku matki. Jemu natomiast nie wypadało. O tym czy u młodszego brata miało być lepiej, mógł pomyśleć później. Zresztą nie planował zostawać u niego na długo, więc to chyba żaden problem.
- Cześć, młody - rzucił na wstępie, szczerząc się do niego tak, jakby wcale nie dzieliły go lata od ostatniej rozmowy z nim. W czasie gdy jego brat przyzwyczajał się do obecności intruza, on rzucił walizki na pierwszy lepszy, zauważony przez niego fotel. Był tylko o parę lat starszy, ale uwielbiał przypominać o tym Aidanowi.
DEAN
[A, no i dzięki odnośnie zdjęć. Też mi się spodobały. Szczególnie ten rozbrajający uśmiech.]
Usuń[Ten tego.. Odpisze jak juz bede miala normalny internet czyli na dniach jakos, przepraszam za zwłoke]
OdpowiedzUsuńLyla Heimirsson
Po pierwszej reakcji Aidana naprawdę liczył na miłe powitanie. Jego brat zachowywał się wyjątkowo spokojnie, oczywiście gdy tylko zdecydował się podnieść głowę z nad papierów. Tak samo niegroźnie wyglądał w momencie, w którym przemierzył gabinet pewnym krokiem. Wizja szczęśliwego spotkania skoczyła się jednak dokładnie wtedy, kiedy Dean poczuł mocny cios, godzący go prosto w nos. Wiara w opanowanie młodszego z Hamiltonów nagle pękła jak mydlana bańka, a jemu nie pozostało nic innego jak nachylić się ku ziemi, klnąc siarczyście na całe zło świata. Naprawdę sobie nie zasłużył! A może jednak? Nie, nie mógł tak o tym myśleć, bo to znaczyłoby, że każdy członek jego rodziny ma prawo do bezkarnego bicia go. Dla własnego bezpieczeństwa wolał więc założyć, że jest czysty jak łza i nie zasługuje na karę. Wysyłane przez niego kartki pocztowe nie były formą obrazy, więc zdziwił się, że to właśnie one stały się powodem tak agresywnego zachowania u jego krewniaka.
OdpowiedzUsuń- Może to właśnie powinieneś zrobić. Mam wrażenie, że byłoby to znacznie mniej bolesne - mruknął z niezadowoleniem, aż nazbyt wyraźnie rejestrując moment, w którym został przyciągnięty do Aidana. Teraz to już naprawdę się pogubił. Opuściły go wszelkie złośliwości, które jeszcze parę sekund temu cisnęły mu się na usta i doprawdy można było uznać, że jego brat doprowadził go do stanu lekkiego skołowania. Ciężko było reagować na czyjeś ruchy, gdy napaść mieszała się z czułością.
Wciąż bardziej skupiony na własnym nosie, a mniej na przytulaniu się, poklepał Aidana zdawkowo po plecach, po czym odsunął się, jako że nie zapowiadało się, by jego braciszek zrobił to za niego.
- Szukam mieszkania.
Jego wypowiedź nie mieściła w sobie odpowiedzi na żadne z zadanych mu pytań, ale jednocześnie nie odbiegał aż tak bardzo od głównego tematu, więc uznał, że może być mu to wybaczone. Poza tym na ten moment naprawdę najbardziej zaprzątało mu głowę to, gdzie będzie mieszkał przez najbliższe parę dni, póki nie zarobi z obrazów na czynsz. Ulica londyńska nie wydawała się dostatecznie komfortową miejscówką.
- Nie chciałbyś mnie przenocować na parę dni? - zadając to pytanie wykazał się bezczelnością, ale skoro nie u rodziny to gdzie indziej mógł się podziać?
[Dobry dzień.
OdpowiedzUsuńDziękować, Felice też by chętnie poznała (:]
[Fili! A se bierz, będzie Twoja za wątek. Dzisiaj wyjątkowa promocja :)]
OdpowiedzUsuńIsolde
[Jeśli dobrze się orientuje, Aidan jest gejem, dlatego proponuję coś na zasadzie przyjaciela-geja. Isolde zawsze myślałaby, i pewnie chciałaby, żeby był jak ci wszyscy z filmów, którzy zawsze pomogą ze strojem, ploteczki itd, a w rzeczywistości nie znałby się na tym wcale : < Czy coś innego?]
OdpowiedzUsuń[Aidan to sobie może! Cat zrobi co będzie chciała :D
OdpowiedzUsuńI O JEZU, ON MA DOŁECZKI *,*]
Cathleen
[Oh, biedny Aidan '-' Ale mnie to jak najbardziej pasuje, Cat też z chęcią poznęca się nad nim ;) Rozumiem, że mam zacząć? Oczywiście, że mam zacząć. Postaram się to zrobić dzisiaj, choć powinnam się uczyć... Ale cóż, ja to jak Cat - zrobię wszystko, aby od nauki trzymać się z daleka :D]
OdpowiedzUsuńCathleen
[a może by tak wątek, masz ochotę?:>]
OdpowiedzUsuńNaomi
Sean miał czasem przemożne wrażenie, że w tym związku tylko jedna osoba została pobłogosławiona niezwykle rzadkim darem posiadania mózgu. I ta osoba nie była śpiącą w sweterkach, kompaktową blondynką. Naprawdę, dotąd był przekonany, że Aidan był istotą rozumną. Może nie od razu rozsądną, ale na pewno rozumną. Mylił się jednak, bo nawet posiadacze struny grzbietowej zamiast centralnego układu nerwowego na wzór homo sapiens wiedzieliby, że kiedy masz wszystkie objawy zawału i jeszcze jakimś cudem nie tracisz przytomności, to stawiasz na nogi pół miasta, żeby nie przekręcić się w samotności.
OdpowiedzUsuń- Zabiję cię – stwierdził z całą stanowczością i pełną świadomością swoich słów. Nie był nerwowym człowiekiem, wręcz przeciwnie, potrafił utrzymać całkowite zen przez zadziwiająco długi czas. I później eksplodować czystym, nieskalanym nawet odrobiną opamiętania gniewem, ale w tym konkretnym momencie to nie było istotne. – Zamorduję cię, Aidanie Hamiltonie, nie żartuję – dodał dla wzmocnienia przekazu.
Nie przeszedł jednak do czynów, ale tylko sięgnął po leżący na pralce telefon. Rozkład jazdy swojego specjalisty od kręgosłupów znał na pamięć, bo umawianie się z nim było jak spacer przez pole minowe na szczudłach, więc każdy pacjent był zobowiązany znać zwyczaje i tygodniowy grafik pana doktora. Ów grafik, na szczęście, nie zmienił się od lat, więc raz wykuty na blachę mógł być nieprzerwanie użytkowany. Jeśli Aidan chciał sam zająć się własnym zdrowiem, Sean miał zamiar zrobić to za niego, bo nie był jednym z tych przyjemnych ludzi, którzy poprzestawali na proszeniu. I Aidan doskonale o tym wiedział, więc mógł już zacząć protestować, żeby ten element mogli mieć za sobą.
Woody Wilson, o dziwo, odebrał telefon po zaledwie dziesięciu sygnałach, co nie zdarzało się często. Zwykle odbierał po dziesięciu próbach dodzwonienia się przez dziesięć kolejnych wieczorów, co w sumie dawało około stu połączeń.
- Witam, witam, doktorze. … Nie, nie, nic się nie dzieje. Dzwonię w sprawie tego mojego - kretyna, dodał bezgłośnie, ale na tyle wyraźnie, żeby Aidan nie miał wątpliwości co do treści przekazu. – Plecy go bolą od paru tygodni i nie wiem, na ile mnie oszukuje w kwestii tego, jak bardzo – posłał Aidanowi firmowe spojrzenie-sztylet. – Naprawdę? Genialnie, jestem wdzięczny. W takim razie do zobaczenia.
Rozłączył się i odłożył telefon z powrotem na pralkę.
- Jutro rano zrobisz sobie rezonans i pójdziesz na romantyczne spotkanie z Wilsonem. To jest jedyny warunek, pod którym cofam swoją groźbę.
[Dziękuję! Oby była miła i szybko się nie skończyła.
OdpowiedzUsuńZazwyczaj wszyscy mnie ignorują, więc...przyzwyczaiłam się. Acz trochę to smutne, że nie jest to wymyśloną regułą, a faktem.
Chociaż mam resztkę nadziei, że po prostu o głupiej porze opublikowałam kartę, czy coś...]
~Emithiel
[Wątek z Francisem?]
OdpowiedzUsuń[Jasne, dziękujemy bardzo za zaproszenia, ale myślenie to już na jutro zostanie. Na siódmą się trzeba do szkoły dowlec, to i spać by iść pasowało ;)]
OdpowiedzUsuńEireen
Lizzy
OdpowiedzUsuńOd niepamiętnych czasów praca była jedną z najważniejszych rzeczy w życiu Elizabeth. Nie wiedziała oczywiście, czy była to kwestia wychowania (w co, swoją drogą, wątpiła), czy może efekt uboczny chorobliwej ambicji, która pewnego dnia wpędzi ją zapewne do grobu. Lizzy za bardzo przywiązała się do takiej czynności jak oddychanie, by ot tak zgodzić się na ów obrót sprawy, ale... nie nad wszystkim mogła mieć kontrolę, prawda? Niezależnie od tego, z jak ogromnym przekonaniem wmawiałaby samej sobie, że jest zupełnie odwrotnie.
Mimo tej postawy, bliscy jej ludzie nie raz i zapewne nie dwa mogli dziwić się, dlaczego jeszcze nie rzuciła w swojego szefa jakimś wyjątkowo ciężkim przedmiotem i nie wyszła z jego biura, zamykając za sobą drzwi w tak głośnym trzaskiem, że byłoby go słychać w obrębie najbliższych czterech przecznic. Prawdopodobnie sama Elizabeth nie potrafiłaby opowiedzieć na to pytanie, ale prawda kryła się najwyraźniej w specyfice i... trudzie, jaki niosła za sobą ta posada.
Wątpiła, by gdzieś w Londynie udałoby się jej trafić na człowieka równie nieprzewidywalnego, co szanowny pan Hamilton.
Dzisiejszy dzień w założeniu nie miał różnić się od setek mu podobnych, choć nie mogła ukrywać, że przeżyła coś idealnie pasującego do określenia „chwilowego zawału serca”, kiedy Aidan z pełną powagą oświadczył jej, że oto szykowało się coś, do czego była mu absolutnie bezsprzecznie potrzebna i co było tak ważne, że dosłownie w ułamku sekundy porzucić musiała stertę umów z potencjalnymi klientami, w których tonęła od zeszłego wtorku.
Nie trzeba więc być geniuszem, by domyślić się, że w momencie, w którym zorientowała się, gdzie zmierzają, zawładnęła nią wielka chęć wyrzucenia w stronę Aidana niezliczonej ilości epitetów idealnie oddających to, co naprawdę sądziła o odrywaniu jej od pracy. Oczywiście nie miałaby nic przeciwko tej drobnej pomocy, gdyby tylko nie kolidowała z rzeczami, bez załatwienia których (w jej mniemaniu) miał zawalić się cały znany im świat.
- Zdajesz sobie oczywiście sprawę, że w tym momencie telefon na moim biurku dosłownie wariuje, a klienci szukają w internecie informacji o konkurencyjnych pracowniach architektonicznych, kiedy ja jestem tutaj i zamiast próbować powstrzymać nadchodzącą apokalipsę, wybieram kolor marynarki?
Dobrze, Lizzy miała skłonności do przejaskrawiania pewnych aspektów, ale to chyba nieodzowna cecha każdego pracoholika. Naprawdę można było nauczyć się z tym żyć, wystarczyła tylko odrobina dobrej woli. Ludzie jednak rzadko kiedy odznaczali się aż taką tolerancją w tym zakresie, więc nie dziwiła się już, że osoby, które wytrzymały z nią przez dłuższy okres, szło policzyć na palcach.
- Szara – odezwała się w końcu – na Boga, szara. Każda, byle nie czarna. Idziesz na kolację, nie spotkanie biznesowe ani pogrzeb. I zapomnij o prezentach gwiazdkowych, w zeszłym roku zapisałam Ci to w kalendarzu, za nic nie odpowiadam.
[ Nakurwiaj na trening! SPÓŹNIENIE! CZEKAM ]
OdpowiedzUsuńLevyn
[okay okay mam w opór dziwny pomysł, ale jest super. ale i tak się na niego zgodzisz. Boże. Więc wiesz o co chodzi. Że jest taka scena w stylu Gorączki Sobotniej Nocy. Król dyskoteki i Vince mają jakąś sprzeczkę w stylu 'typie wpadłeś na mnie' i to jest taka disco w stylu lat 70, więc są fajnie ubrani. DJ mówi że mają rozwiązać ten problem starodawnym stylem - bitwa taneczna ale jako że Vince jest Vincem to oczywiście robi burdę i się biją. A potem idą na piwo.]
OdpowiedzUsuńVincent
- Nie, nie. Jutro nie możesz iść do Wilsona, bo przyjeżdża papież i delegacja watykańskich dygnitarzy, żeby omówić plany budowy centrum handlowego na miejscu Bazyliki Świętego Piotra. Albo na Placu Świętego Piotra. Albo i jednego i drugiego, z kasynem pomiędzy – poprawił swojego oblubieńca, z miną równie poważną jak nieśmieszny był ten żart.
OdpowiedzUsuńSean zdawał sobie sprawę z tego, że Aidan był w stanie wymyślić każdą – mniej lub bardziej kuriozalną – historię tylko po to, żeby wykręcić się od wizyty w szpitalu. I wcale nie musiał tworzyć globalnej intrygi, która uczyni go najlepszym agentem służb specjalnych w dziejach, a to wszystko dzięki pokonaniu pięciu Jamesów Bondów przy pomocy dwóch palców i strugaczki do kredek świecowych. Wystarczyłoby jakieś przeciętne choć nieprzekładalne spotkanie z klientem, siedemnaście projektów na raz i milion innych rzeczy, które odwodziły ludzi od zajęcia się swoim zdrowiem. Zwłaszcza tych, którzy w lekarzach widzieli przewodników w drodze do kostnicy, a na słowo chirurg reagowali wystąpieniem zimnych potów, drżeniem rąk i wszystkimi innymi objawami trwającego ataku paniki. Aidan dodatkowo był mistrzem w tłumaczeniu sobie, że przejdzie samo, że dopóki leki przeciwbólowe działają, to nie ma się czym martwić i że nie ma żadnych powodów do podejmowania jakichkolwiek kroków, bo to nic takiego.
- Chłopie, nie ma takiego bicia. Nawet jeśli przyjeżdża szejk na omawianie planów budowy pałacu ze złota i czekolady, jutro rano jedziemy do szpitala, a na spotkanie z szejkiem wyślesz kogokolwiek z firmy – stwierdził tonem pana domu. Bo pan domu w istocie przemówił, chociaż od jakiegoś czasu nie korzystał z tego przywileju zbyt często, stawiając na treningi sztuki kompromisu.
Nie mogło być jednak mowy o kompromisach, przekładaniu badań na ostatni możliwy termin i innych bzdurach mających na celu możliwie jak największe oddalenie się od tematu, kiedy zwykły, nawiedzający niemal każdego mieszkańca Planety Matki, ból kręgosłupa nie miał już wiele wspólnego ze zwykłym bólem kręgosłupa. – Wiem, że na widok lekarzy dostajesz drgawek i nie ogarniasz tamtego szpitala, dlatego pojadę z tobą, ale pojedziemy tam jutro o siódmej rano i ani minuty później.
Sean miał ogromną ochotę wystosować wobec Aidana potężny opierdol, który byłby tak wielki i doniosły, że pisano by o nim w porannych wydaniach gazet, ale twardo postanowił mieć litość. Chociaż się należało, zwłaszcza za to wędrowanie po klubach, kiedy trzeba było raczej powędrować do lekarza albo chociaż sprawdzić empirycznie, czy zwolnienie trybu życia cokolwiek zmieni w fizycznym samopoczuciu.
No, i to była trochę (ale tylko trochę!) jego wina, bo przez ostatnie pięć lat cierpliwie i wytrwale wyznawał politykę niejęczenia i nienarzekania, że cokolwiek boli albo strzyka. Ale przecież był Seanem Heffernanem – grzał się w blasku własnej chwały samca alfa, który nie przerywał codziennych aktywności tylko dlatego, że coś go napierdalało. A jego potrafiło napierdalać.
[ W takim razie wybrałam dobry gif, ponieważ właśnie tak miało być. Zaproponowałabym wątek, ale niestety nie widzę raczej nic wspólnego między Vei a którąś z Twoich postaci. :v ]
OdpowiedzUsuńNiewinna kobieta może z miejsca odrzuciłaby zaproszenie Aidana. Niewinna kobieta może spojrzałaby na niego w zdumieniu i jeszcze wygłosiła mu kazanie, że przecież jest zbyt wcześnie, niektórzy nawet z pracy nie wrócili, a w barach o tej porze przesiadują sami alkoholicy. Isolde była jednak zupełnie inna - ostatnio nie miewała dużo na głowie, rzadko gdzieś z kimś wychodziła, zawsze tłumacząc się nawałem pracy, której albo nie miała, albo w ogóle ruszyć nie chciała.
OdpowiedzUsuńZ Ethanem prawie nie rozmawiała, gdyż chłopak całe dnie spędzał poza domem, czyli w zupełnie inny sposób niż jego matka. Is martwiła się o niego, choć nigdy też zbytnio nie wypytywała o jego znajomych, problemy w szkole, czy coraz to nowsze dziewczyny. Na szczęście nie musiała obawiać się ciąży, co najwyżej tylko odpowiedzialności finansowej, jaką musiałaby ponieść w przypadku zapłodnienia jakiejś niewiasty przez jej niedobrego syna. Dobrze pamiętała sytuację sprzed sześciu miesięcy, kiedy to pewnego sobotniego wieczora złożono jej wizytę. Wówczas skończyło się na groźbach podenerwowanego ojca, który zarzekał się, że jego córeczka została wykorzystana przez młodocianego przestępcę, jak określił Ethana. Chłopak do najgrzeczniejszych, najbardziej ułożonych i najmilszych nie należał, ale jeszcze - z dużym naciskiem na jeszcze - nie posiadał kryminalnej przeszłości. Isolde była bowiem przekonana, że jej syn zachowuje się dokładnie tak, jak inni przedstawiciele płci męskiej w jego wieku. W głowie zachowała wspomnienia ojca jej jedynego dziecka - równie niepokornego, równie bezwstydnego, równie nieodpowiedzialnego. Z ojca na syna, niczym klątwa tego rodu. Nic, tylko czekać na wnuka. Wtedy dopiero poczuje czym jest starość...
Reeves, niedoszła rozwódka w wieku mało produktywnym, stopniowo zmniejszała zaufane grono swoich znajomych. Z coraz większym zaskoczeniem odkrywała, że w tymże gronie znajduje się mało kobiet. I stanu tego absolutnie zmieniać nie zamierzała. Czy ktoś sobie wyobraża, aby zamieniać kogoś takiego jak Aidan na jakąś kurę domową z przedmieść Londynu? Życie Isolde stałoby się znacznie nudniejsze, a samoocena zaczęłaby niebezpiecznie spadać poniżej zera. Ot, nikt nie zastąpi przyjaciela-geja, który na typowo gejowskich sprawach nie zna się prawie w ogóle i doradza gorzej od niedowidzącego staruszka po dwóch zawałach serca.
- Obiecałam sobie, że w tym tygodniu będę zupełnie trzeźwa. Zero alkoholu przez siedem dni, sto sześćdziesiąt osiem minut, dziesięć tysięcy... - przerwała w połowie swoich przeliczeń, nagle zdając sobie sprawę, że zachowuje się jak osoba uzależniona. Niby dlaczego nie miałaby właściwie pić? Przecież potrafiła się kontrolować i tylko w ciągu ostatniego miesiąca, wyjścia do baru stały się częstsze. Trudny okres w życiu, trudny okres - tak mogła sobie i innym tłumaczyć.
-Lauren wyjechała w jakichś superważnych interesach, o których mi powiedzieć nie chciała, choć podejrzewam, że pojechała do swojego brata, a mojego nieudolnego męża w odwiedziny, i jako, iż kobiety mojego pokroju nie miewają wielu przyjaciółek, tak ty, drogi Aidanie, musisz mi pomóc w wyborze sukienki. - oświadczyła z uśmiechem, aczkolwiek nawet ona nie lubiła przesiadywać w sklepach, przymierzać różnych sukienek, najczęściej tego samego fasonu, tylko w innych kolorach.
Usiadła na kanapie i zerknęła na mężczyznę ze swoistym błaganiem w oczach. Ethan by ją wyśmiał, gdyby to jego poprosiła o tego rodzaju przysługę. Miała tylko nadzieję, że Aidan nie będzie próbował dowiadywać się o okazję. Nie była nawet pewna, czy wspominała mu o Danielu...
[Niech biją dzwony, bo wreszcie odpisałam :D]
[Łojeju! Dołeczki <3 Cóż, bratowy, wymyślaj wątek :3]
OdpowiedzUsuńAideen
Sean znany był z tego, że wszystko wiedział najlepiej i jak się uparł, to mógłby go sam Pan Bóg z niebios przekonywać, że nie ma racji, a on i tak… wiedział najlepiej. Miał swoją rację najswojszą i konia z rzędem temu, kto skłoni go choćby do dyskusji. Na szczęście powody do przyciśnięcia guziczka o nazwie Ośli Upór do Sześcianu zdarzały się rzadko, a większość spraw interesowała Seana na-tyle-w-ogóle, żeby po prostu nie zwracać na nie uwagi i nie tracić energii. Konieczność Aidanowego i jednocześnie natychmiastowego pójścia do lekarza nie należała do takich spraw, a Heffernan był gotów wdać się w tę karczemną awanturę, która nie wybuchła, a potem pozbawić swojego oblubieńca przytomności i, omdlałego, zawieść do gabinetu Wilsona. W bagażniku.
OdpowiedzUsuńAidan nie postanowił jednak wszczynać wojny, co Seana jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że jakakolwiek zwłoka nie wchodziła w grę. Bo kiedy nawet Aidan Hamilton, największy wróg lekarzy i służby zdrowia jako takiej, bez szemrania godził się na wizytę w szpitalu i to nie za rok, ale za kilka godzin, coś musiało być na rzeczy. I to tak potężnie być. Z tego wszystkiego nie zaczął nawet utyskiwać na to, że jedzenie o tej porze jest niezdrowe. Po prostu zajrzał do lodówki, a tkwiąc w jej otwartych drzwiach, omiótł spojrzeniem dookoła całą kuchnię, szukając kulinarnych inspiracji.
- Zrób mi herbatę, zieloną z sokiem malinowym.
Seana nie można było podejrzewać o bycie gejem, bo ani postura, ani ubiór, ani dudniący głos tego nie wskazywały, ale kiedy przyszło do tematu picia herbaty… wykładał się całkowicie. I zielona z malinami to było w tej kwestii małe piwo.
- A na kolację mogę ci zrobić kanapki ze wszystkim. Albo zapiekankę ze wszystkiego, ale to zajmie przynajmniej czterdzieści minut – stwierdził, kiedy przegląd lodówki został oficjalnie zakończony. Kwadrans później obaj opychali się kanapkami ze wszystkim, zaraz przed snem. Dokąd ten świat zmierza.
Po kolacji o zdecydowanie zbyt późnej porze Seanowi spało się zdecydowanie zbyt dobrze. Nawet wyrzuty sumienia nie były w stanie go powstrzymać przed bezpardonowym zaśnięciem, kiedy Aidan krzątał się jeszcze po pokoju i szukał chyba już tylko wczorajszego dnia. Kiedy zaś drugi stały bywalec tych ziem pojawił się w łóżku i wyjątkowo odwrócił konwencję wspólnego spania na bycie obejmującym, zamiast obejmowanym, Sean jedynie półsennie odszukał jego rękę i wraz ze spleceniem palców własnych z Aidanowymi, odnalazł i tę jedyną idealną pozycję do snu.
To nie był jednak tradycyjny układ, do którego obaj byli przyzwyczajeni, więc kiedy Sean otrzymał kilka delikatnych dźgnięć palcem w ramię, był przekonany, że to Aidan domaga się przytulenia, ale gdy odwrócił się w stronę jego połowy łóżka i chciał spać dalej, tym razem z czołem opartym o kark swojego lubego, żadnego karku tam nie było. I właśnie to, bynajmniej nie dźganie, wyrwało Seana ze snu.
Wybacz, ale kreacja Deana jednak mi nie wyszła. Być może znajdziesz brata jakiego szukasz, ja tymczasem znikam :) Ale powodzenia i weny życzę.
OdpowiedzUsuń[nie ma problemu ;) Dzięki za to kilka wątków! :)]
Usuń[ Haha, spoko spoko :P może w takim razie Krav Maga by go zainteresowała - izraelski system samoobrony? :) Tylko, że to zajęcia grupowe :) ]
OdpowiedzUsuńKrav magę zaczął ćwiczyć wtedy, kiedy mógł zacząć, czyli w wieku 16 lat. Jest to dość niebezpieczny sport, a właściwie nie sport, ani nawet sztuka walki, ale system samoobrony. W skrócie: krótko, zwięźle i na temat - obezwładnienie przeciwnika jak najszybciej, aby nie zrobił nam krzywdy, ale też w taki sposób, żeby nikt nie miał podejrzeń, że to my atakowaliśmy.
OdpowiedzUsuńPo bieganiu jest to jego ulubiona czynność. Może trenować godzinami. Gdy zdobył odpowiedni stopień, przeszedł kilka szkoleń, zaczął organizować treningi dla wszystkich zainteresowanych. Dziewczyny pojawiały się sporadycznie, za to faceci z chęcią przychodzili. Widział jak dobrze to działa na ich męskość, bo nagle zaczynali czuć, że mogą być niebezpieczni.
Dziś przyszedł jak zwykle wcześniej, by móc rozłożyć tarcze i imitacje noży, a także ogarnąć trochę salę przed zajęciami. Udało mu się całkiem tanio wynająć salę gimnastyczną jednego z liceów, ale niestety, uczniowie zostawiali po sobie niemiłosierny burdel.
[Myślę. Myślę... Tu by mi koniecznie pasował wątek, chociaż chyba jednak w tej chwili łatwiej by było z Benem i pogotowiem nianiowym. To z Eireen. A z Felice... W ogóle trudniej mi coś sklecić, nie mam pojęcia dlaczego.]
OdpowiedzUsuńEireen/Felice
[No żart słaby, ale pomysł niezły, więc wykorzystałam, ho ho ho :D Kocham! <3]
OdpowiedzUsuńNo chyba ja
[Aileen przyjdzie kiedyś z rana po jedzenie i obudzi go którymś z tych mrocznych kawałków Bacha? Całkiem creepy sposób na wyrwanie kogoś ze snu xD szczególnie kogoś na kacu...?]
OdpowiedzUsuń- Co się dzieje, gdzie ty jesteś…?
OdpowiedzUsuńSean obudzony w środku nocy i postawiony przed niestandardową okolicznością życiową nie należał do gejzerów ogarnięcia. Dlatego zanim odwrócił się – tym razem we właściwą stronę – i odnalazł wzrokiem Aidana wciśniętego pomiędzy łóżko, ścianę i szafkę nocną, upłynęła dłuższa chwila. Chwila spożytkowana na przetarcie zaspanych oczu i przyzwyczajenie ich do spoglądania na świat, w którym jedynym źródłem światła były uliczne latarnie w nierównej walce z jasnymi roletami.
- Dlaczego ty nie śpisz…? – zapytał równie nieprzytomnie co chwilę wcześniej. Dopiero zapalenie nocnej lampki przyniosło ze sobą możliwość otworzenia oczu do końca i zrozumienia całej sytuacji.
Aidan zapewne pół nocy błąkał się po domu, bo Sean nie przypominał sobie żadnego delikatnego przebudzenia w ciągu ostatnich kilku godzin, a że nie należał do grona osób, po których mógłby przejechać we śnie czołg i nie zwrócić na siebie najmniejszej uwagi, to przynajmniej kilka razy budziła go delikatna zmiana pozycji albo wykonany przez sen gwałtowny ruch. I zawsze pamiętał, że takie incydenty miały miejsce, bo musiał mieć co w żartach wypominać przy śniadaniu.
- Skarbie… - zaczął wyjątkowo niemrawo, bo o trzeciej nad ranem przeciętny umysł działał z prędkością i zaciętością zacinającej się radzieckiej pozytywki. Wszystkie inne odruchy powracały do życia zdecydowanie szybciej, więc Sean już sekundę później trzymał rękę na karku Aidana, a kciukiem gładził go za uchem, po cichu licząc na to, że po omacku trafił w Uspokajające Miejsce. Bo jego oblubieniec najwyraźniej właśnie uspokojenia potrzebował i choćby bardzo chciał ukrywać wszystkie oznaki paniki, wychodziło mu to średnio, a niemożliwości zaśnięcia, przygryzania dolnej wargi i wszystkich znamion desperacji na raz nie dało się zinterpretować inaczej. – Skarbie, ja rozumiem, że nie chcesz i się boisz i… I nie mówię, że się masz teraz wziąć w garść i zachowywać się jak dorosły człowiek, ale, proszę cię, nie rób sobie krzywdy, okej? Bo jak nie pojedziemy jutro, to nie pojedziemy i pojutrze i za rok, a w pewnym momencie może się zrobić jeszcze bardziej nieciekawie. I nie chcę, żebyś sam tam jechał, pojadę z tobą i wszystko będzie w porządku – zapewniał, wciąż próbując przywołać swój umysł do ordnungu, bo póki co działał bardzo pokracznie.
Sean zdawał sobie sprawę z tego, że Aidan prawdopodobnie nie obawiał się samego spotkania z Wilsonem, ale tego, w jakich okolicznościach miało się odbyć i co mógł na nim usłyszeć. I zapewne domyślał się też, że te wszystkie rewelacje są objawami czegoś, co będzie wymagało przynajmniej kilku kolejnych spotkań z przedstawicielami służby zdrowia. A przecież zawsze wygodniej było nie wiedzieć.
Głupio i nierozważnie. Ale wygodnie.
Krav Maga była o tyle fajnym sportem, że każdy był tutaj mile widziany. Wręcz bardziej pożądane były kobiety, czy dość słabi mężczyźni, ponieważ Tony wiedział, że nie zrobią sobie krzywdy. Oczywiście, większość na jego zajęciach i tak stanowili dobrze zbudowani faceci, stosujący zapewnie niejedną odżywkę. Nie stanowili problemu, dopóki ćwiczyli tak, jak należy, czyli z zachowaniem bezpieczeństwa. Niektórzy jednak potrafili nakręcić się do tego stopnia, że ćwicząc uderzenia z rękawicami, doprowadzali do krwotoków z nosów, lub rozcięć warg, czy tego podobnych sytuacji. On jako trener nie mógł tego tolerować.
OdpowiedzUsuńTony dociągnął do końca sznurówkę, upewniając się, że dobrze zawiązał swój but i podniósł się do pionu, gdy usłyszał, że ktoś wszedł do sali. Uśmiechnął się pogodnie na widok nowej twarzy i uścisnął dłoń w geście powitania.
- A dzień dobry, Tony Apophis - przedstawił się. - Faktycznie, pamiętam pana - powiedział po chwili zastanowienia. Przyjżał się mężyźnie uważnie i zaśmiał się, gdy usłyszał jego kolejne słowa.
- Bez przesady, każdy się nadaje - uśmiechnął się szeroko. - O ile gotowy jest wylać litry potu i nie będzie narzekał na siniaki, bo na początku będzie ich dużo - mruknął do niego porozumiewawczo.
- U mnie jest taka zasada, że nie przyglądamy się ćwiczeniom. Tam jest szatnia - wskazał na drzwi na końcu sali. - Część chłopaków pewnie już jest, możesz się z nimi zapoznać. Ochraniacz i rękawice ci dzisiaj pożyczę - powiedział i zaczął grzebać w torbie, by upewnić się, że wziął dodatkowy komplet. - I od razu mówię, że wszyscy tu jesteśmy na "ty", więc nie masz się czym stresować.
[Podziel się! (posiłkiem, chociaż przed chwilą jadłam; chyba idę po kisiel)]
OdpowiedzUsuńAndrea
[Ja właśnie się ruszam. Po jabłkowy. Mój ulubiony. To będzie nagroda za zejście i wejście po schodach, o! :D
OdpowiedzUsuńLubię ten pomysł. Chcesz zacząć od opadającej Aidanowi szczęki czy ja mam mieć tę przyjemność? xD Tylko wiesz, najpierw idzie w ruch odpis w grupowym, 48 godzin i te sprawy xD]
Andy
Głód i halucynacje z niedożywienia były tymi zjawiskami, z którymi Aileen bardzo nie chciałaby się zapoznawać, a które od pewnego czasu poszukiwały kontaktu z nią w sposób bardzo nachalny. Poważnie. Jakby się na nią uwzięły, mimo że powtarzała im nie raz, że nie ma ochoty ich widzieć, bo woli ciastka albo nawet pizzę z mrożonki. Problem pojawiał się wtedy, kiedy Aileen zapominała o tym, że ludzie – nawet ona – czasem potrzebują wrzucić coś do swojego żołądka, a zapominała stosunkowo często, gdy jej myśli błąkały się po znacznie przyjemnych i mniej związanych z rzeczywistością bezdrożach.
OdpowiedzUsuńKiedy wstała z samego rana rześka jak jutrzenka i gotowa na kolejny dzień podbijania świata i szukania sobie sensownych zajęć, które usprawiedliwiłyby jakoś fakt, że wciąż nie znalazła sobie pracy i tego dnia nie wysłała ani jednego CV, odkryła, że w lodówce jest tylko światło i jeden stary pomidor, który pamiętał chyba jeszcze Abrahama… Czyli poprzedniego lokatora mieszkania, który miał tak właśnie na imię, bo gdyby chodziło o tego biblijnego, zrobiłoby się nieco dziwnie… Taki stan rzeczy mógł oznaczać tylko jedno – najwyższy czas na odwiedziny u kochanego brata!
Na miejsce dotarła szybko. Aidan spał jak skacowany i zmęczony życiem aniołek. Zapewne każda miła i kochana siostra pozwoliłaby mu wciąż błądzić po krainie snów, jednak Aileen miała… cóż, specyficzne pojęcie siostrzanej miłości. Poza tym nie umiała gotować. Niczego. Dlatego potrzebowała sposobu na wyciągnięcie go z łóżka, a co mogło być lepszego od dźwięku organów z rana puszczonych na niemal pełną głośność? Okej, wymyśliłaby parę innych rzeczy, ale nie to jest teraz ważne. Aidan już od dawna dopraszał się o zderzenie z twórczością Bacha, nazywając z uporem jego utwory piosenkami. Bezczelny!
Oparła się plecami o blat i czekała z założonymi na piersi rękoma, które od czasu do czasu rozplątywały się tylko, żeby sięgnąć po pozostawiony akurat obok przez kogoś kubek z sokiem pomarańczowym. Kiedy Aidan pojawił się z niezbyt radosnym nastawieniem do świata i życia (hm, ciekawe czemu), nie mogła się powstrzymać od posłania mu szerokiego i anielskiego uśmiechu mającego wskazywać na to, że jego siostra jest wcieleniem niewinności a nie diabelskim pomiotem, który zamiast dźgania widłami torturuje porządnych ludzi muzyką klasyczną.
- Wyglądasz tragicznie – powiedziała szczerze, jednak wszystko to z troski, po czym wysłuchała pokornie jego tyrady na rozjebaną sokowirówkę, kiwając głową i dopiero kiedy skończył i pocałował ją w policzek na powitanie, postanowiła oznajmić mu powód swojego przybycia. - Kocham cię, brat, zrobisz mi jajecznicę? Albo tosty. Albo naleśniki. Umieram z głodu, dzisiaj przemówił do mnie pomidor z lodówki. Dziękuję, jesteś najlepszy! – zakończyła, zanim nawet zdążył odpowiedzieć. Ewentualnie mogli zamówić sobie jakąś poranną pizzę, bo kto im zabroni? Byli przecież dorośli! Nie była właściwie do końca pewna, czy ją w ogóle słyszał, bo mówiła to do jego pleców, gdy oddalał się akurat, aby ubrać spodnie, ale to nie stanowiło problemu. W razie czego powtórzy jeszcze raz!
Kiedy wrócił, zastał ją siedzącą na blacie i wymachującą beztrosko nogami w powietrzu, od czasu do czasu przypadkiem uderzając stopą w drzwiczki znajdującej się poniżej szafki.
- Gratulacje! – zeskoczyła od razu, słysząc radosną nowinę i uścisnęła go. Po chwili jednak przyszła jej do głowy inna myśl, która sprawiła, że zmarszczyła brwi i popatrzyła na niego niemal karcąco. – A skoro o klinice mowa… Byłeś już u lekarza? – wbiła w niego uważne spojrzenie.
Aileen
Billy był wściekły. Nie tak w perspektywie całego życia, nie ustawicznie lub w regularnych odstępach czasu, nie każdego poranka lub każdego wieczora, ale w tym konkretnym momencie. I przez te wszystkie lata funkcjonowania jako niezdolny do porywów gniewu, odrobinę lekkomyślny i bujający w obłokach artysta zdążył zapomnieć, jakie to potrafiło być dobijające. Zapomniał, jak bardzo można było samego siebie jeszcze ochoczo skopać, kiedy już było się wbitym w beton. Zapomniał też o istnieniu tego miejsca, gdzie kumulowało się napięcie, kiedy negatywne emocje nie mogły odpowiednio szybko znaleźć ujścia. Nie był przyzwyczajony do wyładowywania się na czymkolwiek lub kimkolwiek, bo wszystkie swoje nadmiary energii przerabiał na twórcze działanie, a w tym momencie nie był nawet pewny, czy pamięta jakiekolwiek nuty, nie mówiąc już o możliwości przekucia swojej złości w jakiś wyjątkowo żywiołowy utwór.
OdpowiedzUsuńI to tak naprawdę nie była nawet złość. Ze zwykłym, całkowicie ludzkim i normalnym wkurzeniem poradziłby sobie w miarę szybko, po prostu machając na to ręką. Zwykle nie miał czasu zastanawiać się na tym, czy aby na pewno nie jest wściekły i nie powinien przeżywać z tej okazji niemocy twórczej. Zbyt niewiele rzeczy go obchodziło, żeby coś takiego wchodziło w grę. Tak naprawdę zależało mu na bardzo niewielu sprawach. Kochał muzykę, kochał swoje artystyczne wynurzenia, kochał swoją pracę ze studentami i bardziej niż te trzy rzeczy razem wzięte kochał swoje życie u boku Benjamina. Niczego więcej nie potrzebował do życia, a o konieczności jedzenia i chodzenia spać o w miarę normalnych godzinach (czyli przed świtem) należało mu regularnie przypominać.
Był zawiedziony. Nawet pomimo całego swojego zdecydowanie szerszego niż u normalnych ludzi zakresu tolerancji wszelkich dziwnych zachowań, po prostu był zawiedziony. I to było o to jedno nowe doświadczenie za dużo, żeby mógł nie czuć tych wszystkich podłych emocji, które kłębiły się w nim od kilku godzin. Benjamin rozczarował go tą całą kretyńską akcją, swoimi równie kretyńskimi tekstami i przede wszystkim tym, że zupełnie nie zrozumiał tego, co Wilhelm próbował mu przez dwadzieścia lat powiedzieć. Nie obchodziło go zupełnie, że matka Benjamina była największą jędzą świata, nie obchodziły go te wszystkie przeciwwskazania, o których od lat słuchał i nie obchodziło go nic poza tym, że jakakolwiek matka była dla dorosłego faceta lepsza niż żadna. Pewnie sobie to wszystko wyidealizował i ułożył milion cudownych scenariuszy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. To wszystko było całkiem możliwe i Wilhelm dobrze o tym wiedział, ale pomimo tego nie był się w stanie pozbyć tej powodującej niezwykłe fajerwerki kombinacji zażenowania i żalu.
I tak siedział w sali z Aidanem, na którym przecież naprawdę mu zależało, podobnie jak na tym, żeby mógł się w spokoju wygadać i poradzić z otaczającą rzeczywistością. Siedział i słowa fruwały gdzieś dookoła niego, ale ten nieznany dotąd rodzaj gniewu blokował wszelkie możliwe sygnały.
- Tak, tak, ja słucham – zapewnił, chociaż w ciągu ostatniej godziny nie zarejestrował nawet jednego pełnego zdania. Zawstydził się tym, że tak bardzo skoncentrował się na sobie i na tym, jak cholernie było mu przykro, że nie był nawet w stanie skupić się na słowach Aidana. – Przepraszam… Ja… Ja po prostu nie mogę zrozumieć, że tak bliski ci człowiek może zrobić ci takie świństwo.
[ ależ nic nie stoi na przeszkodzie :) ]
OdpowiedzUsuń[Także mam taką nadzieję.]
OdpowiedzUsuń| Sebastian. |
[ Hej :) Mój kumpel jeździ zieloną corsą Żabcią właśnie i tak mi jakoś do łepetyny ta nazwa wpadła przy pisaniu karty :)]
OdpowiedzUsuńNathaniel
[Oczywiście, że tak. Tym bardziej, że ten samochód jak żaba wygląda :D]
OdpowiedzUsuńNathaniel
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń[Bardzo dziękuję za powitanie :)]
OdpowiedzUsuńAmelia
Nie żeby często bywała u Heffernana, na tyle jednak często, aby zacząć przypuszczać, że jego współlokator wybitnie jej unika. Seana znała już kilka, długich lat, a jednak jak dotąd nie dane było poznać jej, jego życiowego partnera, nad czym strasznie ubolewała za każdym razem, kiedy przekraczała próg mieszkania Irlandczyka. Narzekała, marudziła, a jednak sytuacja nie zmieniała się. Aż zaczęła podejrzewać, że owy Szkot w ogóle nie istnieje!
OdpowiedzUsuń— Tym razem przyszłam bez sło... - niemalże ugryzła się w język, kiedy dotarło do niej, że drzwi otworzył nie Sean, a ktoś kto wydawał się nieco wyższy od niego, zapewne dlatego, że nie był zmuszony witać ja z miejsca siedzącego. Pal licho, że osobą, która ją przywitała, dość niemiło zresztą, była osoba całkowicie sprawna fizycznie, chodziło o to, że ową okazał się być niekompetentnym architektem, z którym miała do czynienia już dwukrotnie. - O to samo mogłabym się zapytać Ciebie. Chyba. - Dodała po chwili, kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, a puzzle zaczęły układać się w jeden obraz. Aidan, czyż nie tak nazywał się partner Seana? I był architektem, to też wiedziała. I Szkotem. Wszystko to pasowało do Aidana Hamiltona, niekompetentnego architekta. Nie skojarzyła faktów od razu, bo jak mogła przypuszczać, że partner jej przyjaciela jest tą sama osobą, z którą przed kilkoma latami miała malutki zatarg na tle zawodowym? Takich Aidanów-architektów pewnie było w samym Londynie kilku, miasto w końcu malutkie nie było, a jednakże w tym momencie świat wydawał jej się taki mały.
Ugh, dlaczego partnerem Irlandczyka musiał być Szkot? Dlaczego partnerem TEGO Irlandczyka musiał być TEN Szkot?
— Wpuścisz mnie? Chyba mamy sobie kilka spraw do wyjaśnienia.
Poprawiła pasek od torby, delikatnie opierając się ramieniem o ścianę, zaraz po prawej stronie drzwi, przyglądając się mężczyźnie z uwagą. Trudno było odczytać z jej twarzy jakiekolwiek emocje — o ile zazwyczaj uśmiechała się jak głupia i wydawało się, że jej szczęka przystosowana jest do wykrzywiania twarzy w dziwnych grymasach, o tyle tym razem trudno było odgadnąć co dziewczyna mogłaby myśleć w obecnej chwili.
Była zaskoczona. To było dobre określenie.
Primrose B.
To nie wina Aileen, że się o niego martwi. Dostała do tego pełne prawo od natury, losu, historii i wszystkich bogów byłych i obecnych świata jako jego młodsza siostra i czasem także mały upierdliwy wrzód na tyłku (chociaż w gruncie rzeczy, czy to nie są przypadkiem w tym wypadku synonimy?). Mieli wspólną część genów i właśnie dzięki temu mogła sobie pozwolić na marudzenie, trucie, wyrywanie go z łóżka bladym świtem o dziewiątej rano, bo była głodna, dzwonienie z płaczem wieczorem, bo zaatakowała ją pralka i przede wszystkim okazywanie mu troski nawet w sposób tak irytujący, jakim było suszenie mu głowy, żeby poszedł w końcu do lekarza. Bo okej, może i miał rację, a to, co mu się działo z plecami, to był jedynie wynik postępującej w zastraszającym tempie starości, jaka go dopadła albo dziwacznych wygibasów, które powinien sobie ze względu na swój starczy wiek odpuścić (Aileen samą siebie uważała już za staruszkę, a co dopiero starszego o ponad dekadę brata), ale w takim wypadku, skoro to nie było nic strasznego, to nie musiał się bać pana, który popatrzy na jego szanowne plecy i ewentualnie porobi im zdjęcia od środka magicznymi urządzeniami. Zwłaszcza że istniała szansa, że to było coś naprawdę wartego medycznej uwagi i wtedy im szybciej zabierze swój tyłek do lekarza, tym lepiej dla niego i jego przyszłego chodzenia po świecie bez lamerskiej laski. Wszystko to zachowała jednak dla siebie po pierwsze dlatego, że pewnie Sean powiedział mu już to samo i to pewnie nie raz, a po drugie dlatego, że wszystkich tych myśli i tak nie potrafiłaby mu wyłożyć w formie logicznie brzmiącej i przekonującej całości i gdyby tylko spróbowała, wyszedłby jej jakiś nieskładny bełkot. Aileen nie była najlepsza, jeśli chodziło o logiczne wyjaśnienia, niestety. Powiedzmy, że miała swoje prywatne zapatrywanie na tak zwaną logikę.
OdpowiedzUsuń- Zobaczysz, jeśli nie pójdziesz do lekarza, pewnego dnia obudzisz się z kręgosłupem zwiniętym w klucz wiolinowy i zrobisz wtedy „ojej, mój kręgosłup jest zwinięty w klucz wiolinowy” i będzie ci przykro i głupio i wiesz co? I wtedy będziesz chciał iść do lekarza, ale lekarz ci powie „no sorry, stary, ale teraz to już sobie możesz co najwyżej stać na pięciolinii, bo nie umiemy nic na to poradzić” – wyrzuciła z siebie niemal na jednym oddechu z miną nadzwyczaj poważną i na zakończenie kiwnęła jeszcze dwa razy głową, żeby nadać dodatkowej mocy wypowiedzianym właśnie słowom, a potem jak gdyby nigdy nic wgryzła się w podane jej jabłko.
Aidan miał swojego bogina w postaci słowa „lekarz”, jednak i w słowniku Aileen było słowo, na którego dźwięk krzywiła się wymownie i mimowolnie wzdrygała. „Praca”. Perspektywa tego, że będzie musiała w końcu znaleźć zatrudnienie w jakimś miejscu była dla niej wyjątkowo odpychająca. Wstawanie codziennie rano i siedzenie przy biurku, wykonując jakieś monotonne zajęcie zdecydowanie nie napawało jej optymizmem, a co innego mogła robić ze swoim wykształceniem? I przede wszystkim ze swoim podejściem. Nie nadawała się do zobowiązań i nie potrafiła podchodzić do takich rzeczy poważnie. Aidan spokojnie mógł rysować w domu, w parku, na kolanie, gdzie i kiedy tylko chciał i to było w porządku, taką pracę mogłaby mieć, ale praca biurowa? Brr, koszmar!
- Już czegoś szukam – bąknęła więc tylko cicho bardziej w kierunku połowy jabłka trzymanego w ręce niż w kierunku brata, a potem odetchnęła głęboko, starając się otrząsnąć ze wszystkich nieprzyjemnych odczuć związanych z tym, że użył tego okropnego słowa na P w jej obecności. – Także nie martw się o mnie, wszystko jest w porządku, ja sobie świetnie daję radę! – dodała już zdecydowanie pogodniej i pewnie. – Serio, serio. Ty się lepiej martw o ten klucz wiolinowy i pięciolinię i w ogóle – rzuciła, na powrót przybierając surowy ton.
Aileen
Tony z doświadczenia wiedział, że odkładanie rzeczy na później nie miało najmniejszego sensu. Domyślał się, że jeśli ten facet tylko by oglądał zajęcia, to przeraziłby się i już więcej nie wrócił. A tak, gdy doświadczy tego na własnej skórze zapewne odkryje w sobie pasję, tak jak wielu jego podopiecznych.
OdpowiedzUsuńSam wiedział doskonale, jak ciężka droga prowadzi do uzyskania dobrej formy. Z niezdarnego chuderlaka doprowadził do stanu faceta, który jest w stanie wykonać o kilkia pompek więcej, niż wynosiła przeciętna. Wiedział, jak to zmienia charakter i wpływa na całe życie. Wpływa pozytywnie. Dlatego chciał tym zarazić jak najwięcej ludzi.
Gdy chłopaki się przebrali, odczytał listę obecności, po czym przeszedł do półgodzinnej rozgrzewki. Około 15 minut truchtu z ćwiczeniami typu wymachy rąk, i tym podobne. Następnie przeszedł do katorżniczej serii pompek i brzuszków, a to był dopiero początek.
[kurcze chciałabym wątek, ale męsko-męskie zawsze kiepskie mi wychodzą ; /]
OdpowiedzUsuńRichard Q.
[A dziękuję, dziękuję i.. Jej, ale on fajny jest. Aż się chce spytać czy jest ochota (albo raczej czas) na wątek z Tess?]
OdpowiedzUsuńTess
[Dla chcącego nic trudnego taa... To i może pomysł się znajdzie. Jeśli coś głębszego to: niby była młoda, uczyła się w szkole, ale może mimo wszystko dwa lata temu pracowała u niego w firmie (co by sobie dorobić trochę) jako taka pomoc: a to coś skserować, a to po kawę pójść, a to coś gdzieś zanieść. No i później oczywiście się pod ziemię zapadła, żadnego wypowiedzenia, nic. A teraz przyjdzie, bo na rachunku bankowym odkryje, że kasę stąd miała przysyłaną i będzie chciała wiedzieć czemu, to się Aidan trochę zdziwi dlaczego pyta czemu płacili jej za pracę xD Tak, taka sierota z niej po prostu co to nawet tego nie wie. Alboo.. Pracując tam, może nawet Aidan zrobił za dobrego wujka i pomógł jej w jakimś zadaniu. Dajmy na to, że musiała jakiś projekt astronomiczny zrobić, żeby w ogóle móc zdawać na te studia astronomiczne, to jej pomógł to wymyślić, narysować, żeby to ręce i nogi w konstrukcji miało, a teraz ona przyjdzie i nawet nie będzie pamiętać, że na astronomię chciała.
OdpowiedzUsuńA jeśli nic głębokiego to: mogą być zamieszki w Londynie jakieś, ona się trochę.. wystraszy, bo nie dość, że spała dwa lata, nie pamięta swojego życia, to jeszcze rzucają tu jakimiś kamieniami w siebie i butelkami. Działoby się to przed firmą Aidana, więc mógłby się zabawić w brutalnego rycerza i siłą ją zaciągnąć do budynku, żeby nic jej się nie stało, bo by nie rozumiała słownie i nie chciała iść z nim (znikąd się taki pojawił i jeszcze na nią krzyczy, że ma nie stać jak słup i iść do budynku) . Ewentualnie mogłaby być burza ogromna, prąd by wysiadł, a oni w windzie by utknęli w.. w centrum handlowym? W szpitalu? W jakimś biurze? Mniejsza, utknęliby, a ona się trochę zamkniętych przestrzeni boi, tak trochę, za długo spała, woli być "na wolności". No i by sobie pogadali, może by mu tam ostatecznie usnęła z tych wszystkich emocji i wgl.
Aha, teraz powiedz czy mam dalej myśleć, czy już wybierzesz coś z tego? :D]
Tess
Andrea była z tych ludzi, dla których czaty i fora internetowe były idealnym rozwiązaniem. Niby poznawała ludzi, ale jednocześnie cały czas wszyscy pozostawali dla siebie obcy i cokolwiek byś nie powiedział nikt nie rozpoznałby cię na ulicy (chyba że dokładnie opisałeś swój wygląd, co naprowadziłby na trop). W głowie układało się ocenę twojej osoby, ale wystarczyło nowe konto i nick, a już nikt na wstępie nie mówił "o, to ta". Kiedy kogoś poznajesz na ulicy, w sklepie czy kawiarni, kojarzy twoją twarz z konkretnymi odczuciami i nie możesz nic z tym zrobić. Nie możesz odciąć sobie głowy i przykleić do szyi inną. Jesteś konkretną osobą, z krwi i kości, nie kolejnym anonimowym człowiekiem z sieci. Andy dawało to poczucie bezpieczeństwa. Nie musiała od razu stawać twarzą w twarz z obcym, mogła najpierw go poznać i sprawdzić, czy za kogo ją uzna bez pokazywania, którym z przechodniów jesteś. Dopiero kiedy zaczynała być przekonana, że znajomy nie oceni jej negatywnie, mogła próbować realnego spotkania. Nie, żeby traktowała ludzi z sieci za swoich powierników, o nie. Nie miała tyle zaufania, aby ryzykować, że ktoś oprócz niej będzie świadomy jej problemów z samą sobą. Od tego miała kartki papieru, które zdawały się doskonale realizować w tej roli. Mówiła o bzdetach, o których i tak nikt inny się nie dowiadywał, bo rzadko kiedy z kimś się spotykała. Wolała spędzić czas przed laptopem.
OdpowiedzUsuńKiedy poznała Aidana, traktowała go jak każdego innego. Bez nadmiernego zaufania, nawet jeśli część ludzi anonimowość wykorzystywała do opisywania każdego, najdrobniejszego szczególiku z życia, bo uznawali, że i tak nikt przecież ich nie pozna i mogą to z siebie wyrzucić. W sieci Andrea czuła się bezpieczniej i pewniej, ale nie aż tak. Spotkanie potraktowała jako jedno ze swoich wyjść, kiedy na siłę próbowała udawać, że wcale nie chowa się w mieszkaniu. Potraktowała to jak szansę na normalny wieczór (i jednocześnie spławienie rodziców, którzy po raz kolejny próbowali odwiedzić ją w Londynie).
Przyszła chwilę wcześniej, bo wiedziała, że im dłużej siedzi w domu, tym trudniej później będzie z niego wyjść. Że spanikuje, napisze przeprosiny i nie przyjdzie, nawet jeśli mężczyzna nie był tak całkiem dla niej obcy. Chodziło o sam fakt, że to pierwsze spotkanie i nie wiedziała, kogo na miejscu zobaczy. Jej organizm zaczął zaczynać się bronić przed nieznanym i zbyt dobrze go znała, aby mu na to pozwolić.
Słysząc swoje imię podnionsła się z zajmowanego stołka i powoli podeszła do pytającego o nią człowieka.
— Ja pana przechwycę — rzuciła nieśmiało do barmana, kiedy chcąc nie chcąc podsłuchała, że to o nią pyta mężczyzna. — Andrea Woodley, w skrócie Andy — przedstawiła się, a na jej twarzy wykwitł lekki uśmiech, kiedy to w oczach, w które patrzyła, zobaczyła zaskoczenie. No tak, nie każdy musiał domyślić się, że jest dziewczyną. W sumie nigdy tego jasno nie napisała, więc nie ma się co dziwić. Zresztą kumple już dawno przyzwyczaili ją do "męskiego" rozwinięcia skrótu jej imienia i nawet sama zaczynała się nieraz śmiać, że w zasadzie lepszy z niej Andrzej niż Andrea. Nie nadawała się na dziewczynę. Nie robiła żadnej z rzeczy, które mogłyby się kojarzyć z jej płcią. Na zakupy chodziła rzadko, sukienki ubierała od święta, o gronie przyjaciółeczek mogła pomarzyć, plotkarska natura jakoś jej nie dotknęła, moda to było dla niej abstrakcyjne pojęcie, a w sprawie makijażu to jak udało się zrobić kreskę na oczach to w lustrze odbijało się też jej niedowierzanie.
Andrea
Sean miał wszystkie właściwe powody, żeby udzielić Aidanowi półsennej reprymendy, a później podsumować ją zgrabnym sam jesteś sobie winien. Jasne, że mógł to zrobić. Ba, zrobiłby, gdyby chodziło o jakiegoś przypadkowego znajomego, który się napatoczył i zaczął wylewać swoje żale na bolący kręgosłup, szpitalne lęki i problemy ze świadomością własnej głupoty. Nie był w końcu wyrozumiałym człowiekiem i bardzo często a nie mówił. Taka to już przypadłość tych, co wszystko wiedzą najlepiej. Tym razem chodziło jednak o coś zupełnie innego. Sean nie wierzył w możliwość równego traktowania wszystkich otaczających jednostkę ludzi, więc absolutnie nie miał do siebie pretensji o to, że traktował Aidana pobłażliwie i bez większych oporów był w stanie darować mu należący się opieprz. To na pewno nie poprawiłoby jego aktualnego stanu (tj. emocjonalność na poziomie butelki keczupu rozplaśniętej na podłodze) i nie byłoby w stanie zaradzić jego kręgosłupowym dolegliwościom. Nawet satysfakcji by nie przyniosło, więc nie istniała żadna przesłanka, żeby potraktować Aidana zwykłym Seanowym wsparciem w stylu stań przy kamieniu i oczekuj oznak współczucia.
OdpowiedzUsuńPoza tym – a raczej przede wszystkim – Heffernan rozumiał tę subtelną jak buldożer różnicę pomiędzy kimś, kto zawraca ci dupę swoimi problemami pierwszego świata, a kimś, kto z dowolnego powodu cierpi i liczy na twoje wsparcie, ty zaś kochasz go ponad wszystko. To, wbrew pozorom i zasadom poprawności społeczno-politycznej, nie było to samo. Dla Seana ta kwieciście opisywana i przerabiana przez poetów w każdą stronę miłość sprowadzała się właśnie do takich rzeczy. Na przykład do tego, że można było dać sobie spokój z racjonalistycznym ględzeniem o samemu byciu sobie winnym i zastąpić je zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze. Albo do tego, że konferencja może ewentualnie poczekać – bo niczym autobus: będzie następna - jeśli zdarzy się tak, że Aidan będzie musiał zostać kilka dni w szpitalu, a jasnym było to, że zostawiać go samego tam nie należało. Biadolenie o uczuciowych uniesieniach i innych bzdurach w przypadku Seana Heffernana sprawdzało się gorzej niż socjalistyczna gospodarka. Rozumiał za to ideę bycia. Nie tylko, kiedy na gwałt tego potrzeba, ale codziennie – czasem za bardzo, czasem po trochu, ale jednak bycia.
Zmusił Aidana, żeby znów podniósł głowę i zamiast na poduszce, oparł czoło na jego ramieniu. Efektem tego ich twarze znalazły się na tyle blisko siebie, żeby Sean mógł pocałować go w skroń. Coś mu się kojarzyło, że to kolejny magiczny gest o właściwościach uspokajających.
- Kochanie, nikt, a już na pewno nie Wilson, nie będzie cię trzymał w szpitalu bez potrzeby. Ale jeśli okaże się, że będziesz musiał jednak zostać na parę dni, to cię tam przecież nie zostawię i nie wrócę dopiero, jak dostaniesz wypis. Słowo harcerza. Damy radę, zawsze dajemy, nie?
Woody Wilson był postacią cokolwiek nieogarniętą, ale na pewno legendarną. Sean po dziś dzień nie mógł się nadziwić, jakim cudem człowiek wyglądający jak stary kowboj i potrzebujący trzech asystentek, żeby w ogóle zrozumieć otaczający go świat, był w stanie zrobić zawrotną medyczną karierę i dotrzeć na szczyt listy londyńskich kręgosłupowych geniuszów. W końcu zapominał o umówionych wizytach, podczas obchodów tracił poczucie czasu i ucinał sobie godzinne pogawędki z pacjentami i mówił aż nadto prosto z mostu, a to nie były przymioty lekarza doskonałego. Ba, należało je raczej przypisać tym, którzy na studiach medycznych znaleźli się przypadkiem, jeszcze większym przypadkiem zdołali je skończyć i otrzymać licencję na prowadzenie praktyki, co już na pewno nie powinno było się zdarzyć. Dobrze, że się jednak zdarzyło, bo teraz Sean nie musiał się martwić o Aidana. Znaczy – oczywiście, że musiał i zaczął ten obowiązek spełniać już bladym świtem. Nie musiał się za to martwić o to, że Aidan trafi w ręce jakiegoś niewykształconego idioty, który zrobi mu jeszcze większą krzywdę, niż on sam sobie zrobił odwlekaniem zajęcia się swoim zdrowiem.
OdpowiedzUsuń- Ach, właśnie, zapomniałem o najważniejszym. – Wilson pojawił się z powrotem w gabinecie dwie sekundy po tym, jak z niego wyszedł. Podniósł z biurka zdjęcia z rezonansu magnetycznego, który Aidan robił kilka godzin wcześniej. – Patrzcie, chłopcy moi. – Podstawił im przed twarze rzeczone zdjęcia i przejechał palcem po jednym z niższych rzędów dwubarwnych obrazków. – Mówiąc bardzo po ludzku, to krążek międzykręgowy, a więc sławetny dysk, prawie że blokujący kanał kręgowy. To musimy jak najszybciej naprawić, ale ja wszystko jeszcze będę tłumaczył dokładnie później, a tymczasem pozałatwiajcie te sprawy i widzimy się o piątej na oddziale – zakończył, nie pozwalając ani jednemu ani drugiemu zainteresowanemu dojść do słowa. Na do widzenia poklepał Aidana po ramieniu, sądząc zapewne, że był to wyraz przekazania wszelkiego możliwego wsparcia. – Nie bać się.
- Ale… - zaczął Sean. W porę przypomniał sobie jednak, że zakończona rozmowa był zakończona. Definitywnie. I to nie on miał prawo decydowania, kiedy to nastąpi. Wilson bywał naprawdę bardzo ciężki do współpracy, ale jego magiczne ręce chirurga były warte pokonania wszelkich niedogodności.
- Ale wytłumaczę wszystko później. Cześć!
I tak zostali, z konsternacją jeszcze większą niż ta, która nastąpiła chwilę wcześniej. Sean po kilku sekundach ciszy odzyskał jednak umiejętność racjonalnego (lub chociaż jakiegokolwiek) myślenia. A skoro mógł użyć mózgu, to mógł i dojść do jasnego wniosku, że nie należało teraz wczytywać się w listę spraw do załatwienia, bo Aidanowi należała się godzina bez panicznego latania w kółko za papierkami, formularzami i osobami odpowiedzialnymi za ich wkładanie do odpowiednich szuflad. Należało mu się chociaż kilka chwil spokoju na poukładanie myśl i przyjęcie do wiadomości faktu, że to, co wczoraj było jedynie odległym przypuszczeniem, dzisiaj stało się ciałem. I że nie było co z tym dyskutować.
- McDonalda nigdzie w okolicy nie ma, ale jest Starbucks i twoje ulubione ciasto – stwierdził tonem, który nie pasował do okoliczności tak bardzo jak nie pasowała do nich chęć zjedzenia niestrawnej kanapki z fast-foodu. Adekwatnie czy nie, Sean zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz zarządzi rzucenie się w wir papierków, Aidan odmówi współpracy po trzech kwadransach. – To chodźmy i na to ciasto – dodał, łapiąc swoją Mniejszą Połówkę za rękę. Opanowanie sztuki wędrówek za rękę było jednym z ich większych związkowych sukcesów. Tak.
[Tutaj zaproponować, tutaj wymyślić, teraz zacząć.. No wiesz co? xD]
OdpowiedzUsuńOdkąd tylko wybudziła się ze śpiączki walczyła z jednym, cholernie uciążliwym oraz irytującym problemem: ze swoją pamięcią. Wszystko inne właściwie było uporządkowane, bo cały jej stan fizyczny lekarze oznaczali jako "w normie". To, co miała złamane zdążyło się dawno zagoić podczas dwuletniej śpiączki, a to co pojawiło się po jej wybudzeniu wyleczyli zanim wypuścili ją na dobre ze szpitala i zostawili samą sobie. Nie byli w końcu opieką społeczną, a ona nie należała do osób niepełnoletnich którymi trzeba było zająć się w pierwszej kolejności i pomóc im w przystosowaniu się do starego-nowego życia. W momencie w którym przypomniała sobie swoje nazwisko mogli już potrącić koszty jej leczenia z kasy chorych i wysłać ją do domu. Jak zwykle najlepiej sprawdzała się w tej sytuacji zasada "radź sobie sam", ale w chwili, gdy nie pamiętało się nawet adresu swojego mieszkania było o to dość.. Ciężko. Mimo to cieszyła się, że wyszła już z tego sterylnie czystego budynkui że będzie do niego wracać co najwyżej raz w tygodniu na wizytę do psychologa. To jeszcze mogła znieść, ale leżenia po dwóch latach w szpitalnym łóżku już nie. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal nie pamiętała poprzedniego życia, a to było uciążliwe.
Przypominanie sobie skrawków swojego życia można było spokojnie porównać do walenia głową w gruby mur, który nawet po tygodniu nie ustąpi tak sam z siebie. Ona męczyła się z nim już miesiąc i właściwie ciągle była na przegranej pozycji. Nie pamiętała żadnych istotnych informacji oprócz tego skąd pochodzi albo że jej rodzice nie żyją odkąd była mała dziewczynką. O tym jednak, że przed wypadkiem zmarła jej babcia dowiedziała się dopiero jak zadzwoniła do Danii, drugi raz tak naprawdę przeżywała żałobę, ale co miała innego zrobić? Czuła się jakby ktoś wykroił jej w tym szpitalu połowę mózgu i zatrzymał sobie w jakiejś szkatułce w mieszkaniu, a jej kazał męczyć się z porządkowaniem kiedyś normalnego życia.
Pierwszą ważniejszą rzeczą jaką sobie przypomniała była informacja w jakim banku ma konto, a gdy tam poszła i z pomocą Josha (oraz zaświadczeniem lekarskim) wyjaśniła swoją sytuację, to w końcu dostała się do swojego rachunku, który trochę rzeczy wyjaśniał, ale jednocześnie też tworzył masę nowych pytań. Pytań, które pozostawały bez wyjaśnienia, chyba że odnajdzie ludzi, którzy będą w stanie wyjaśnić jej co się dzieje, a raczej co działo się dwa lata temu. A pierwszą osobą którą musiała znaleźć był Aidan Hamilton. Z jej rachunku wychodziło, że co miesiąc wysyłał określoną sumę pieniędzy na jej konto, ale powód dlaczego to robił był po prostu nieznany. W opisie nie było żadnych informacji, po prostu ta sama suma była na jej koncie zawsze w ten sam dzień w miesiącu, a to właściwie oznaczało jedno: ta osoba musiała ją znać. Bez znajomości raczej nie wysyłałby jej takiej kwoty, a skoro ją znał to pewnie.. Pewnie będzie miał jakieś pojęcie o jej życiu. Dlatego znalazła informacje o nim, odszukała adres jego firmy i całkowicie nieświadoma tego, że właściwie kiedyś zostawiła tego człowieka na lodzie, kompletnie bez wyjaśnienia zniknęła z pracy, poszła tam któregoś (oczywiście) deszczowego popołudnia.
- Dzień dobry, nazywam się Tess Novins i.. Chciałabym widzieć się z Aidanem Hamiltonem. To dość ważna sprawa - powiedziała do sekretarki, siląc się na spokój, bo oczywiście nie przywykła do tego typu sytuacji. Chodzenie i pytanie dlaczego dostawało się od kogoś pieniądze to pewnie nie był najlepszy pomysł, ale musiała sprawdzać każdą poszlakę, która prowadziła do odkrycia prawdy o tym kim była i co robiła oprócz tego, że pewnie uczyła się w którejś szkole. Skoro już udało jej się coś odkryć, to musiała tu przyjść i nerwowo przestępować z nogi na nogę w swoich przemoczonych trampkach.
Tess Novins
Prokrastynacja! Co jak co, ale Aileen doskonale wiedziała, ile radości i poczucia swobody może dawać odkładanie nieprzyjemnych konieczności na później, a później jeszcze na później i jeszcze dalej w przyszłość aż w końcu zupełnie się rozmyją i nikt nie będzie o nich pamiętał, a to mityczne jutro, które w ramach tego przekładania stało się ostatecznym terminem, nie nastąpiło nigdy, bo przecież każde jutro prędzej czy później zamienia się w dzisiaj, a dzisiaj to wyjątkowo koszmarny termin, żeby zaczynać jakiekolwiek poważne sprawy. Tak, znała to bardzo dobrze. W końcu sama robiła wszystko na ostatnią chwilę, zawsze po drodze wynajdując sobie tysiące wymówek i miliardy lepszych zajęć. Tylko że w tym wypadku Aidan nie powinien konieczności zobaczenia lekarza odkładać na jakikolwiek odległy termin. To nie był jakiś głupi esej czy praca do napisania, przez której brak oddania w terminie nie zawali się cały świat i przede wszystkim nie nastąpią żadne zdrowotne powikłania. Kto wie, co mu tam rosło w plecach i czy w przeciągu tego tygodnia nie zechce wyleźć na świat jak jakiś Ósmy Pasażer AidaNostromo! Jakkolwiek mało chwytliwie brzmi ta nazwa…
OdpowiedzUsuńNiestety, Aileen również nie była najlepsza w posyłaniu komukolwiek karcących spojrzeń, chociaż zapewne właśnie takie powinien od niej otrzymać starszy brat. Kto by pomyślał, że to ona w końcu będzie się poczuwać do jakiejkolwiek odpowiedzialności? Mimo wszystko, mimo całego jego luźnego podejścia do świata, to jednak częściej on ogarniał ją i jej nieogar niż ona jego. Aileen nie nadawała się do rozwiązywania poważnych kwestii. A przynajmniej właśnie tak z uporem twierdziła do czasu, kiedy w grę nie wchodziły plecy własnego brata. Z racji jego braku przejęcia, musiała przejmować się ona. Na tyle, na ile było ją stać, oczywiście.
Zerknęła na niego znad jajecznicy i taksowała uważnym spojrzeniem, powoli kierując widelec do ust, jakby liczyła na to, że przejrzy na wylot jego myśli.
- Ale nie bujasz mnie? – zapytała w końcu, stale z tym samym wyrazem pełnej powagi. – Bo jeśli mnie bujasz, to będę tupać i krzyczeć i zrobię takie zamieszanie, że Armageddon to przy tym święto wiosny – ostrzegła go lojalnie i mógł być pewien, że tej obietnicy dotrzyma. Wprawdzie zazwyczaj mówiła coś, a potem zupełnie zapominała o tym, że to mówiła, ale w tym wypadku postanowiła zrobić wyjątek i dołożyć wszelkich starań, żeby zrealizować swoje zapewnienia, jeśli on nie wywiąże się ze swoich.
- Do tego czasu możesz pracować – dodała jeszcze wspaniałomyślnie. Słowo „praca” jakoś znacznie łatwiej przechodziło jej przez gardło, kiedy dotyczyło kogoś innego. – Ja nie wiem, ja się do tego nie nadaję, przecież ja bym zapomniała po pięciu minutach, co mam zrobić, a poza tym wysiedzenie na tyłku w jednym miejscu to jest jakaś porażka i dlaczego nie może być tak, że pączki rosną na drzewach i nie trzeba na nie zarabiać, robiąc totalnie nudne rzeczy? – Westchnęła głośno i wymownie i spojrzała z żalem na jajecznicę, jakby to wszystko to była tylko i wyłącznie jej wina oraz kur, które złożyły znajdujące się w niej jajka.
Gdyby się posprzeczali, Wilhelmowi zapomnienie o tej sprawie zajęłoby kwadrans. Od razu znalazłoby się coś, czym należało się zająć, a że podzielność uwagi miał na poziomie świnki morskiej, to zaraz byłoby po sprawie. Później po prostu przeszedłby nad drobną sprzeczką do porządku dziennego, bo jemu z założenia nie chciało się tracić czasu, zdrowia, nerwów i energii na obrażanie się, złoszczenie i strzelanie fochów. Tym razem było jednak inaczej, a Billy czułby się zdecydowanie lepiej, gdyby mógł się spokojnie obrazić, nie odzywać przez tydzień i ostentacyjnie zlewać wszystko, co na tym świecie związane z Benjaminem. To by go nie bolało, bo przecież byłby wściekły, a więc teoretycznie nastawiony na celebrację samego faktu. Brak wielkich emocji i teatr w czystej postaci. Takie wydarzenia nie miały co prawda nigdy miejsca, ale można sobie było całą scenę i okoliczności przyrody bez większych problemów wyobrazić, zwłaszcza po dwudziestu latach praktyki we wzajemnym poznawaniu swoich zwyczajów.
OdpowiedzUsuńWzmianka o deserku zdecydowanie zdołała rozładować część napięcia, które miało ochotę roznieść Billy’ego od środka i wykleić nim ściany szpitalnej sali. To było zbyt Aidanowe (a nawet było zbyt Aidanem), żeby nie doprowadzić Wilhelma Holberga do absolutnej kapitulacji pod wszelkimi możliwymi względami. Pokręcił głową i na chwilę ukrył twarz w dłoniach, parskając szczerym i tylko odrobinę nerwowym śmiechem.
Sam nie bardzo rozumiał układy ze swoim londyńskim synkiem i nie miał pojęcia, jakim sposobem od wzmianki Hamiltona Seniora, żeby tam pilnował Aidana, bo on sobie kiedyś jakąś krzywdę zrobi przeszli do przyjaźni na bardzo dziwnych zasadach, ale sam fakt wyjątkowo go cieszył. Wilhelm rozwiązywał Aidanowe problemy pierwszego świata, a Aidan nie nudził się podczas Wilhelmowych opowieści dziwnej treści, co w połączeniu stanowiło doskonałą podstawę dla naprawdę dobrych stosunków. Próby jasnego określenia ich relacji mogłyby się stać materiałem na doktorat dla jakiegoś wyjątkowo osobliwego pasjonata psychologii, który byłby gotów na utratę zmysłów podczas procesu twórczego. Taki się jeszcze na świecie nie pojawił. I może to lepiej, bo w końcu nie na nadawaniu adekwatnych, wieloczłonowych nazw przyjaźń polegała.
Kiedy Wilhelm przestał się śmiać, wróciła do niego świadomość tego, w jak wielkiej emocjonalnej dupie aktualnie się znajdował. I przestało mu być do śmiechu.
- Tak… Można tak powiedzieć. Dzisiaj rano z niespodziewaną wizytą wpadła do nas, wyobraź sobie, matka Bena. I po dwudziestu latach razem zostałem przedstawiony jako jego kumpel, któremu spłonęło mieszkanie. Nie żartuję i nie przesłyszałeś się. Dokładnie tak powiedział. Aż dziwne, że nazwiska mi nie zmienił, bo to już byłby, kurwa, szczyt. Nie, przepraszam, to i tak był jebany szczyt szczytów. I za chwilę mnie cholera weźmie, bo coś czuję, że pełna świadomość tego, co się wydarzyło, dopiero nadchodzi, a póki co mam jakiś mglisty obraz najnowszej historii naszego wspaniałego związku. Kurwa – podsumował.
Wilhelm Holberg używał nieobyczajnych słów pierwszy raz od czterdziestu czterech lat.
Skrybo! Zapisz to.
[ Ale ten Aidan ci fajnie wyszedł! :D Już go lubię.
OdpowiedzUsuńOkej to mam taki pomysł z kilkoma wyjściami. Firma Aidana zwerbowała Flower do współpracy nad jednym z projektów no bo wiesz, sąsiedzi, znajomości i te sprawy. W ostateczności wychodzi na to, że dwie osoby wystarczą, więc z robotą zostaje F. i A. Nacharowali się przy tym szalenie, ale w końcu skończyli, oboje zadowoleni z efektów. Generalnie podstawy projektu są na komputerze, ale te wszystkie kosztorysy, jakieś dodatkowe obliczenia, notatki, materiały i wszystkie inne mniej istotne, a jednak wciąż istotne rzeczy nadal są na kartkach. I teraz tak:
- Flo bierze gotowy projekt do siebie i nieumyślnie niszczy/zalewa/gubi wszystko co na kartkach i watek zaczynamy od momentu, kiedy idzie przyznać się sąsiadowi.
- Na odwrót: to Aidan niszczy/zalewa/gubi projekt.
- Świętują ukończenie projektu i razem przypadkowo kasują cały plik z komputera, albo niszczą w jakiś sposób resztę duperel.
Przepraszam, na nic więcej mnie nie stać :(( ]
Flower Lannington.
[Witam się również i dziękuję :)
OdpowiedzUsuńMoże masz jakiś pomysł na okoliczności spotkania i czy już się znają?]
Ava
[ Haha okej, nie ma sprawy :D ]
OdpowiedzUsuńFlower
[a bardzo dziękuję za przywitanie :D]
OdpowiedzUsuńVictor.
[A szczerze powiem, że nie mam pojęcia :D Możliwe jest to, że spotkałyśmy się na innym blogu :) ]
OdpowiedzUsuńGerard
[W takim razie ja też zasięgnęłam po informację :D I czyżbym miała do czynienia z Mark'iem Mitchell'em ? :> ]
OdpowiedzUsuńGerard
[Bardzo mały :D Ale się cieszem *.* ]
OdpowiedzUsuńGerard
[No oczywiście :D Masz jakiś pomysł? W ogóle zauważyłam, że masz jakiś sentyment do architektów :D ]
OdpowiedzUsuńGerard
[Ooo może zrobię klona Fran :D piwko może być, potem jakieś zawiązanie akcji, a skąd się znają? :D ]
OdpowiedzUsuńGerard
[Okej, okej to znajo się przez znajomych, kto zaczyna? ^^ ]
OdpowiedzUsuńGerard
[Dobrze zacznę :D ]
OdpowiedzUsuńDzień całkowicie wolny zdarzał mu się bardzo rzadko, zwłaszcza z niańką dla Marcusa. Gerard na tyle ufał kobiecie, że zostawiał ich całkiem samych bez jakichkolwiek konsekwencji. Dziś, to jest w piątkowy wieczór kobita przyszła o wyznaczonej porze, mężczyzna pożegnał się z synkiem i z czystym sumieniem wyszedł z domu.
Miał się dziś spotkać ze starymi znajomymi, jak co drugi tydzień. Takie męskie spotkania, rozmowy o sportach, polityce i kobietach. Jego syn w przyszłości również będzie chodził na takie spotkania. Gerard po jakimś czasie znalazł się przed pubem czekając na resztę znajomych i przyjaciół. Mieli jeszcze kilka minut do przyjścia, więc on oparł się o ścianę pubu i schował dłonie do kieszeni. Pogoda nie sprzyjała takim schadzkom a jednak nie mógł im odmówić. Teraz musiał tylko poczekać, aż przyjdą. A będą za kilka minut... No miał nadzieję, że będą.
Gerard
[Słabo.. ale jest :D ]
[ Skoro tak, to musimy wymyślić coś razem! ;D ]
OdpowiedzUsuńTak to jest, jak głupi ludzie głupio myślą swoje, zamiast posłuchać mądrzejszych. Ile razy różni ludzie tłumaczyli Matteo: nie dawaj samochodu Jacky, ona nie umie jeździć, nie ma wyczucia, jest po prostu niedelikatna. Ale nie... bo przecież King to taka z twarzy delikatna i niewinna kobieta, którą tylko by tulić i kwiatki dawać. A jak tu najlepiej takiej kobiecie zaimponować, jak nie tym, że się jej ufa i rzuca się jej kluczyki mówiąc: "przestawisz mi samochód? Ledwo się trzymam na nogach. Tylko o parę metrów, żeby ten za mną mógł wyjechać i przestał w końcu trąbić, bo mi już w uszach trąbi." Przynajmniej sobie wmawiała, że takie pobudki nim kierowały, bo równie dobrze mogło to też być "jestem pijany i mam wszystko w dupie" - tyle tylko, że to stwierdzenie nie dodawałoby jej pewności siebie, przy wsiadaniu za kółkiem. Odetchnęła parokrotnie, po czym położyła ręce na kierownicy. Jest dobrze. Sięgnęła po pas i zapięła się, po czym znów ułożyła rękę na kierownicy a drugą na dźwigni zmiany biegu. Ściągnęła brwi... i co teraz... Myśl detektywie!
OdpowiedzUsuńUderzyła się lekko dłonią w głowę i wyciągnęła z kieszeni kluczyki, po czym włożyła je do stacyjki. Bez komentarza... Wszystko będzie dobrze.
Zaczęła pod nosem cicho śpiewać piosenkę - był to utwór którego nauczył ją instruktor jazdy, kiedy po każdej możliwej próbie, nadal zawalała egzamin praktyczny. Oczywiście za pomocą tej piosenki też go nie zdała, ale przynajmniej poprawnie odpaliła samochód i ruszyła z miejsca.
I może nawet by odjechała, gdyby nie fakt, że razem z zapalonym samochodem włączyło się radio i dało się usłyszeć inny utwór. Momentalnie zgubiła się w śpiewanej piosence. Najpierw spanikowała, ale zaraz się uspokoiła, bo lubiła tę piosenkę z radia. Spokojnie... po prostu płyń, wszystko się uda... I bum! Rąbnęła w samochód za sobą.
Wysiadła z auta i otworzyła szeroko oczy.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam. - mamrotała z szeroko otwartymi oczami.
Jacky King
[ Kumple od piwa?! ;D ]
OdpowiedzUsuńSean już miał z subtelnością buldożera zauważyć, że ja-Aidan i wrodzony pracoholizm w jednym zdaniu to tak jakby powiedzieć, że na stypie wszyscy świetnie się bawili, ale w porę uznał, że to nie był najlepszy moment na przypominanie swojej mniejszej połówce o jej wrodzonym lenistwie. W końcu Aidan był w tym momencie uprzywilejowany, więc tak jak straży pożarnej należał się przejazd środkiem autostrady pod prąd, do tego w największym kociokwiku i szczycie komunikacyjnym, tak jemu należało się prawo do wygłaszania twierdzeń, które obok prawdy nawet nie leżały.
OdpowiedzUsuń- Wiem, zdążył mnie już nawet obrazić, kiedy opowiadał o swoim dramacie związanym z przygotowaniami do roli – odparł z uśmiechem, sięgając za siebie po plastikową łyżeczkę. Stężenie Irlandczyka w Irlandczyku ulegało u Seana bardzo wielu zmianom, podobnie jak poczucie dumy narodowej przypominało raczej sinusoidę niż wykres funkcji stałej, ale Benjamin zdecydowanie przesadził, kiedy dwadzieścia lat jego życia nazwał głupkowatymi pląsami.
Sean odkrywał pewne elementy prawdy objawionej na temat ich związku w bardzo dziwnych momentach, kiedy inni ludzie z zasady byliby bardziej zajęci przebiegiem aktualnych wydarzeń niż dopisywaniem bzdurnej filozofii do relatywnie niewiele znaczących gestów. Tym razem dowiedział się na przykład, że Aidan wiedział, jaką jego gorsza połówka zamawia kawę, kiedy Starbucks ogłasza rozpoczęcie sezonu jesienno-zimowego i co roku wprowadza to obłędnie słodkie dyniowe obrzydlistwo, które Sean Heffernan mógłby pić prosto z cysterny. A w tym konkretnym momencie – kiedy Aidan zapytał, co chce zamówić – Sean nie mógłby odpowiedzieć inaczej niż cokolwiek, bo pomimo chwilowego rozluźnienia, dumanie nad rodzajem kawy jakoś nie chciało przejść mu przez głowę, a co dopiero przez gardło. Ale Hamilton i tak wiedział, że to akurat ten ulepek, a Heffernanowi zrobiło się z tego powodu bardzo miło. I to zupełnie inaczej miło niż w momencie, kiedy jakiś wyjątkowo irytujący student z własnej nieprzymuszonej woli oblewa kolokwium.
I teraz kombinował. Kombinował, jakby tu zgarnąć ze stolika te papiery, które Wilson wręczył Aidanowi i zapoznać się z ich treścią, ale również jak całe przedsięwzięcie przeprowadzić tak, żeby wyglądało bardziej jak czytanie popołudniówki niż to, co w istocie chciał zrobić. One sobie tam w najlepsze leżały i zawierały multum istotnych informacji, ale ściągały na siebie nie tylko wzrok Seana, bo i Aidan mimowolnie zerkał w ich kierunku, chociaż wcześniej wcisnął je Heffernanowi w ręce i zdawał się nie interesować ich losem. W końcu pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy, wciąż grzebiąc niemrawo łyżeczką w muffinie, obrócił papiery w swoją stronę i zaczął je spokojnie przeglądać.
Mistrz kurtuazji w akcji.
[odpiszę dzisiaj albo jutro, przepraszam za zwłokę, naprawdę. :c]
OdpowiedzUsuńTess
[dobra, poślizg był, ale odpis jest, przynajmniej wyrobiłam się w weekend, tak jak sobie obiecałam]
OdpowiedzUsuńDobrze trafiłaś, to była pierwsza myśl jaka przeszła przez jej głowę, gdy mężczyzna bez problemu odezwał się do niej po imieniu, chociaż nikt wcześniej tego imienia nawet nie napomknął. Oznaczało to jedno: znał ją. Jakieś puzzle tej układanki nazywanej potocznie jej życiem (tylko potocznie, bo przecież w praktyce równie dobrze mogłaby próbować uzyskać informacje o życiu każdej innej osoby, byłoby to dla niej tak samo obce i dziwne) zaczynały układać się, jedne informacje pasowały do tych drugich i na szczęście dla niej nie została z miejsca opieprzona za jakieś swoje zachowanie, którego nawet nie pamiętała. Właściwie nawet gdyby teraz na środku korytarza ten cały Hamilton zaczął się na nią wydzierać i zrównałby ją z błotem, to nie umiałaby zareagować. Oczywiście była trochę nadwrażliwa odkąd się wybudziła, na pewno przejęłaby się tym i zabolałoby ją takie traktowanie, ale nie mogłaby go nawet o to obwiniać. Nie miała przecież pewności czy nie zrobiła czegoś, co pozwoliłoby mu na takie potraktowanie jej. Życie bez pamięci nie było ani trochę łatwe. Ci, którzy uważali, że woleliby stracić pamięć byli głupcami. Nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, z jak wieloma trudnościami to się wiąże.
Na przykład trzeba sprowadzić na ziemię ludzi, którzy w miły, ale jednak niekomfortowy sposób traktują ją. Właściciel firmy do którego przyszła ze swoimi pytaniami albo był bardzo przyjaznym facetem, albo po prostu mieli kiedyś dobre kontakty skoro tak bezproblemowo podszedł i pocałował ją w policzek.
- Odejście.. - powtórzyła za nim cicho, całkowicie nieświadomie, bo starała się przeanalizować jego słowa, wyciągnąć z nich jak najwięcej informacji o swoim starym życiu. Josh właściwie zaczynał się już irytować, że tak usilnie próbuje poznać prawdę o tym kim była, ale dla niej było to całkiem naturalne. Nie mogła bazować tylko na tym, co ma teraz, bo miała na koncie już dwadzieścia lat życia. W tym czasie mogło wydarzyć się wiele rzeczy, a on.. On poznał ją, gdy była w śpiączce. Nie mógł udzielić jej żadnych potrzebnych dla spokojnego snu informacji. Wiedział tylko to, co sama mogła wyczytać ze swojej karty. Potrzebni byli jej inni ludzie i jeden taki człowiek stał właśnie przed nią, czekając na jakąś reakcję. Coś lepszego niż tylko stanie jak słup w miejscu i gapienie się na niego. Ostatecznie westchnęła cicho zanim w ogóle zaczęła mówić. Starała się przy tym nie przerywać kontaktu wzrokowego, bo zależało jej, żeby uwierzył.
- Zabrzmi to na pewno dziwnie, bo zakładam, że się znamy, ale cóż... Nie pamiętam tego. Dotarłam tu tylko dzięki wyciągom z konta bankowego, na które miałam przelewane pieniądze i chciałam spytać czy możemy porozmawiać. A właściwie czy mogę dostać informacje czemu miałam przelewane te pieniądze. - Udało jej się, powiedziała to bez jąkania się, co już samo w sobie było ogromnym sukcesem. Fakt jednak, że jej informacje spowodowały szok na twarzy niejakiej Lily to była już inna sprawa. Pewnie gdyby nie zapisała sobie o co prosił ją szef, to pewnie teraz nie umiałaby sobie tego przypomnieć. Chyba Novins musiała przywyknąć, że u każdego jej informacje będą powodować takie reakcje.
Ciężko było nie wiedzieć.
Tess
[rzec by można... ładne zdjęcie Dean'a ;)) ]
OdpowiedzUsuń[łał... 10 lat różnicy między postaciami.. co do wątku - oczywiście, bardzo chętnie. może połączy ich jakaś sprawa biznesowa? może wspólni znajomi? something else?]
OdpowiedzUsuń[mi jak najbardziej pasuje ;) zaczynasz czy ja mam to zrobić?]
OdpowiedzUsuńRozpoznała go od razu, gdy tylko stanął w drzwiach hotelowej restauracji. Wstrzymała oddech. Nie zmienił się. Wyglądał czarująco. Jak kiedyś. Jess miała na sobie elegancką szafirową sukienkę, czyżby tę samą, pomyślała, co wtedy, gdy ostatnim razem się widzieli? Nie, raczej to mało prawdopodobne.
OdpowiedzUsuńZauważyła, że jego pojawienie się od razu przyciągnęło pełne uznania spojrzenia kilku siedzących w lokalu osób. I znów, jak kiedyś, poczuła lekkie ukłucie zazdrości towarzyszące jednakże wyraźnemu uczuciu dumy, że jest tu dziś z jej powodu. Znała Aidana już stosunkowo długo, choć wcale nie tak dobrze, jednak jej napięty ostatnimi czasy grafik nie pozwalał na towarzyskie wypady, które nie znajdowały uzasadnienia w sprawach biznesowych. To właśnie dlatego na spotkanie "po latach" (choć minęły może tylko trzy kwartały roku) cieszyło ją jeszcze bardziej.
W chwili, gdy stanęła przed nim, poczuł delikatne muśnięcie zapachu jej perfum. Dotknęła ustami jego policzka - Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że mój dzisiejszy wieczór skończy się jak każdy inny. Kieliszek wina, potem krótka agonia świadomości, poprzedzona gonitwą po kanałach kablówki. Setka idiotycznych propozycji, podobnych do siebie jak krople gęstego oleju. Te telewizyjne wieczory to rozłożona na raty apoptoza neuronów; powolna, zabójczo skuteczna, postępująca martwica mózgu. - wygłaszając monolog, uniosła brwi i uśmiechnęła się wesoło. Zawsze była wyjątkowo rozgadaną osobą, co wiele razy nie pozwalało jej rozmówcom dojść do słowa.
[rany, rany, chyba nie mam dzisiaj wyjątkowej weny twórczej, wybacz..]
- Wiem to wszystko, ale usłyszane zawsze brzmi jakoś bardziej przekonująco niż pomyślane, bo jak tylko sobie pomyślę, że przecież kwasy neutralizuje się rozmową, to od razu sam sobie podpowiadam, że jestem starym sentymentalistą przyzwyczajonym do takiego stanu rzeczy, którego nie chce mi się zmieniać, więc zniosę wszystko. A przecież ta zniewaga może krwi nie wymaga, ale na pewno spakowania walizki i wyjazdu na wieczny urlop w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie będę na oboju przygrywał szejkowi, zasypiał ze smakiem najdroższego szampana w ustach i budził się w łóżku z własnym haremem pięknych żon. I pewnie gdybym potrafił się obrazić raz na zawsze i udawać przez następne dwadzieścia lat, że nigdy się nie znaliśmy, to może bez szejka i haremu jako sytuacji docelowej, ale już bym czekał na samolot, potem wynajął sobie ładne mieszkanie w plajtującym na potęgę Lipsku, sprawdzał, co się zmieniło od lat dziewięćdziesiątych i grał sobie tam dokładnie tak samo, jak gram tu. I byłbym szczęśliwym człowiekiem, wszystko pięknie. Jest tylko jedno małe ale. Moje szczęście jest tam, gdzie ten gnom, bo wszystkim innym potrafię się cieszyć tylko dlatego, że wiem, jaki uśmiech losu trafił mi się dawno temu, że tak naprawdę nie muszę już chodzić, szukać i tęsknić za niewiadomo czym, bo już znalazłem i teraz pozostaje mi tylko żyć, po prostu żyć, dużo dawać i brać tylko tę odrobinę, na którą zasługuję. I w tej całej całkiem udanej życiowej filozofii głupiego optymizmu, który przynosił mi zawsze więcej radości niż przygnębienia, bo niewielu było takich, którzy chcieli na tym tylko skorzystać, w moim dziwnym, chaotycznym świecie zasłużyłem na to spotkanie. I Benjamin dobrze o tym wiedział, bo przez dwadzieścia lat mieliśmy sporo czasu, żeby sto razy na trzeźwo i sto razy po pijaku przegadać to, jaka jest jego matka i dlaczego mnie to mimo wszystko nie zniechęca – wyrzucił z siebie w końcu, bynajmniej nie na jednym wydechu i bynajmniej nie budując atmosfery, która wskazywałaby na nadchodzące zalanie trzech poniższych pięter własnymi łzami. Powiedział to tak, jakby czekało gdzieś w zakamarkach od lat i w tym idealnie odpowiednim momencie słowa przestały nagle współpracować i trzeba je było wydobywać z pamięci w parach lub trójkach. I właśnie przez to napadło go to głupie wrażenie, że scenariusz tego dnia powstał już dawno temu, że wcale nie był zaskoczony, a to rozczarowanie zostało zaplanowane wiele lat wstecz. Że w głębi duszy nawet zdążył się już pogodzić z utratą szansy na normalną rodzinę i matkę, która nawet jeśli nie będzie spełnieniem marzeń, ba, nawet jeśli nie będzie choćby próbowała go lubić, to mimo wszystko będzie. Choćby w domyśle i ze świadomością, że to tylko taki fotomontaż emocjonalny i jego własna projekcja. Ta myśl była niedorzeczna, ale nie chciała dać mu spokoju.
OdpowiedzUsuń- Ty też próbujesz mnie obrazić? W jakich rajstopach? Jeśli znajdziesz chociaż jedno zdjęcie albo nagranie, albo świadka, który widział mnie tańczącego w rajstopach, to będę twoim niewolnikiem przez tydzień. Będziemy udawać, że generalnie nim nie jestem, mój drogi panie Podaj Mi Sweterek, i przez tydzień spełnię każe twoje życzenie – odparł wyjątkowo wojowniczym tonem. Co jak co, ale opinie, że spędził dwadzieścia lat wymachując nad głową nogami odzianymi w rajstopy, wyzwalały w Seanie krzepkiego irlandzkiego wojownika o sprawiedliwość i prawdę. Zdarzało mu się co prawda tańczyć w podkolanówkach i czymś, co przypominało krojem spódniczkę od szkolnego mundurka, ale to było dawno i na krajowych zawodach dla tancerzy do lat dziewiętnastu, więc się nie liczy. Podwójnie.
OdpowiedzUsuńZaczynając ten temat, zrobił też coś dobrego dla świata, bo kiedy mogli się pospierać o rajstopy i pląsy, szpitalna wizja odchodziła gdzieś na drugi plan, a że Aidana znał całkiem nieźle, to mógł stwierdzić, że ta radosna przepychanka nie skończy się nagle wybuchem histerii pośrodku kawiarni. Zdążył już oczywiście ogarnąć wszystko, co Wilson zaordynował i zapisał swoim pismem ledwo co piśmiennego kowboja na kartce znajdującej się z samego przodu pliku dokumentów, więc miał też pewność, że nie czeka ich wielki rajd za papierami, ale zdążą przez te kilka godzin wszystko załatwić i w zapasie zostanie akurat tyle czasu, żeby żadne załamanie nerwowe na pewno się nie zdążyło odbyć. Zdążył się już przestać bać wielkich emocji, zwłaszcza tych w pełni uzasadnionych, ale mimo wszystko sprawy szły gładko, kiedy miały odpowiedni poślizg i nic nie stawało im na drodze. A stara zasada mówiła bardzo wyraźnie, że panika była jedną z tych przeszkód, których ominięcie wymagało najbardziej wyrafinowanych manewrów. A oni siedzieli w tym pojeździe po raz pierwszy i ledwo co zdążyli ogarnąć, gdzie tu są pedały... ekhm, jak tu się zmienia biegi, więc o mistrzostwie w prowadzeniu nie ma co nawet wspominać. Bo istotnie nie musieli się wcześniej mierzyć z tym, że nagle ktoś lądował w szpitalu i tak naprawdę, to Wilson jeden wiedział, co będzie się działo przez najbliższe dni.
I Sean już czuł, że jak się zacznie w końcu poważnie martwić – czyli kiedy wyłączy mu się tryb człowieka skupionego na realizacji określonego planu działania, a to nastąpi w najbliższej dłuższej wolnej chwili – to dowie się, co to gniew Boży.
- Żadnych rajstop. To są spodnie. Normalne, czarne spodnie, nawet nie hipsterskie rurki, żebyś miał się czego czepiać, więc twój argument jest inwalidą. Twój i Benjamina też. Ja jestem obrażony, a kawa obrzydliwie słodka i najlepsza na świecie jak zawsze. No – podsumował, gniewnie wkładając łyżeczkę do kubka, żeby wyłowić z niego smutne resztki bitej śmietany i zjeść je z całym ceremoniałem.
Łaknęła tak naprawdę każdych informacji. Nie skupiała się jedynie na słowach, byłoby to zresztą głupotą, gdyby tak od razu uwierzyła obcym ludziom we wszystko co jej wmawiają tylko dlatego, że kiedyś ją znali. Oprócz przekazywanych treści musiała mieć też jakieś dowody, więc gdy zauważyła zdjęcia odruchowo się zatrzymała. Co prawda nie zmieniła się praktycznie wcale, ale te fotografie były praktycznie pierwszą oznaką tego, że kiedyś naprawdę dobrze się czuła w tym budynku i że znała to miejsce, nie była przypadkowym gościem, nie dostawała pieniędzy za nic, a ten mężczyzna siedzący obok, Aidan Hamilton, był nikim innym jak jej szefem. Nieświadomie oczywiście przysporzyła mu trochę problemów, ale wypadku z takim skutkiem oczywiście nie mogła przewidzieć. Podobnie jak on nie domyślał się pewnie, że kiedyś spotkają się w takich okolicznościach. Zdążyła już zauważyć jak trudno jest poznawać ludzi od nowa, bo oni pamiętali ich poprzednią relację, a dla niej było to budowanie wszystkiego od podstaw. Nawet jeśli go nienawidziła kiedyś, to teraz nie miała o tym pojęcia i mogła się z nim bez problemu zaprzyjaźnić. Tu tkwił problem w szukaniu osób, które mogły ją znać: Tess nigdy nie była w stanie przewidzieć ich relacji ani więzi jakie ich łączyły. Trochę błądziła jak ta ślepa osoba po nowym, nieznanym miejscu, ale nic nie mogła tak naprawdę na to poradzić. Albo odkryje prawdę o sobie, albo będzie dalej żyć w nieświadomości - wybór był raczej prosty.
OdpowiedzUsuń- Wezmę je. Może znajdę w nim coś, co pomoże mi dotrzeć innych osób, które będzie wiedzieć więcej o mnie - powiedziała w miarę spokojnie, bo histeryzować z powodu braku pamięci już nie zamierzała. Minął jej ten etap. Teraz chciała tylko poznać prawdę, a tej i tak oczywiście nie było. - Chyba byłoby głupotą gdybym przepraszała, że miałam wypadek, ale na pewno nie zostawiłabym tak firmy bez słowa gdybym była przytomna. - Przerwała na chwilę, zastanawiając się czy skoro mieli tylko relacje szef-pracownica powinna powiedzieć mu szczegóły wszystkiego, ale ostatecznie przecież po to tutaj przyszła, żeby wyjaśniać. Nie miało sensu zatajanie niczego. - W skrócie chyba najprościej będzie powiedzieć, że mam amnezję po wypadku, który był ponad dwa lata temu i przez te dwa lata byłam w śpiączce, więc nawet gdybym pamiętała to, co się działo przed śpiączką, to pewnie na niewiele by się to zdało. I tak nie wiedziałabym, że zostawiłam wszystkich bez słowa. Przykro mi, bo pewnie przysporzyło to trochę problemów, ale przynajmniej teraz już coś wiem. - Posłała mu trochę przepraszający uśmiech, bo prawdę mówiąc było jej głupio, że odeszła bez słowa jakby naprawdę olała całą firmę i ludzi pracujących w niej. Wiedziała, że nie miała na to wpływu, ale mimo wszystko... Po tym jak mężczyzna zachowywał się względem swojej sekretarki widać było, że panowała tu przyjazna atmosfera i takie znikanie z dnia na dzień nie było czymś normalnym. Pewnie nie odczuli aż tak bardzo jej zniknięcia, bo sam jej były szef przyznał, że nie zajmowała się niczym ważnym (w końcu miała wtedy 18 lat, trudno żeby powierzano jej istotne zadania), ale mimo wszystko nie było to w porządku względem ich wszystkich.
Tess
[chyba czuję się bezczelnie olana...]
OdpowiedzUsuń- Dziękuję pięknie – z uśmiechem przyjęła komplement. - Od razu przybrała jednak obronny ton. Wzruszyła ramionami. - Jestem zadowolona. Bywam szczęśliwa – spojrzała mu twardo w oczy. – Radzę sobie. - Za oknami widać było światła Londynu, rozmazane nieco w obfitym listopadowym deszczu spływającym cienkimi strumykami po szybie. Jessie odwróciła się w jego stronę. Ale jej życie było gdzie indziej. - Jak widzę, ciebie też czas potraktował łaskawie… noo, może nie do końca – lekko dotknęła kilku siwych włosów na jego skroni i natychmiast cofnęła dłoń. Poczuła przeskakującą iskrę elektryczną - Au… – zaśmiała się cicho. – Czyżby jednak między nami iskrzyło? Żartuję oczywiście, nie rób takiej miny, opowiadaj lepiej, co u ciebie. Ile to lat? - uniosła wesoło brwi, patrząc na niego z rozbawieniem.
OdpowiedzUsuń— Nie sądziłam, że facet Seana będzie przystojny... Aż tak przystojny — poprawiła się po chwili szybko, zdając sobie sprawę, że musiało to dziwnie zabrzmieć. Bo nie chodziło o to, że jedyne czego mogła spodziewać się po swoim przyjacielu, to niezbyt urodziwy partner, nie posiadający żadnych ambicji zawodowych, zalegający na kanapie z puszką piwa. Domyślała się, że Sean mierzy wysoko, powinien mierzyć, bo był wspaniałym mężczyzną, a jednak z tej dwójki, to właśnie niekompetentny architekt był tym przystojniejszym. Co, oczywiście, nie umniejszało urodzie Heffernana, jego muskulaturze i orlemu nosowi. — I będzie to osoba, z która miałam do czynienia, a która raczej niezbyt miło wryła się w pamięci — dodała już niemalże szeptem, pod nosem, wypowiadając swoje myśli na głos i nadając im tym samym autentyczności. Po chwili zaczęła żałować, że nie ugryzła się w porę język i miała cichą nadzieję, że słowa nie dotarły do mężczyzny, kiedy mijała go i zmierzała w dobrze znaną sobie stronę, w stronę kuchni.
OdpowiedzUsuńZnała na pamięć rozkład mieszkania i rozmieszczenie kuchni. Wiedziała, gdzie stoją kubki, gdzie jest kawa i herbata, a gdzie może odnaleźć cukiernicę i ewentualnie cukier, jeżeli zabraknie go w naczyniu. Tym razem jednak zrezygnowała z samougaszczania i przycupnęła na brzegu krzesła, wracając spojrzeniem do swojego towarzysza.
— To będzie miła odmiana, kiedy to nie ja będę zmuszała zaparzać sobie kawę w tym mieszkaniu — oświadczyła z nutką ociągania, zerkając kątem oka na czajnik, nie będąc pewna czy uda jej się przezwyciężyć nawyk. O mały włos, nie zerwałaby się z miejsca i nie zajęła przyrządzaniem gorących napoi dla nich, byle tylko na chwilę zająć czymś ręce i nie musieć zastanawiać się nad tym, co powinna powiedzieć, a czego nie. Nadzwyczaj trudno było jej utrzymać język za zębami, na czym niejednokrotnie się łapała. Niczym szesnastoletnia dziewczyna, która szybciej mówi niż myśli i przez długi czas nie zdaje sobie sprawy z tego, że mogła powiedzieć coś nieodpowiedniego. Zwłaszcza w tym momencie, kiedy targały nią skrajne uczucia, z jednej strony bowiem zawsze chciała poznać faceta przyjaciela, żartowała nawet, że ten wyczuwa moment, kiedy dziewczyna ma przyjść w odwiedziny, i czym prędzej znika z mieszkania. Z drugiej zaś strony, to był Aidan. Ten Aidan, który chyba miał uraz. Bo jej przeszło, nakrzyczała trochę, wyzwała go od osób, które powinny zmienić swoją profesję, bo do aktualnej wcale się nie nadają, ale w gruncie rzeczy, po tylu miesiącach, zdenerwowanie przeszło jej zupełnie. Zwłaszcza, że nie poniosła wielkich kosztów finansowych, związanych z ich konfliktem.
[Mam obsesję na punkcie Gemmy, tak tak.
OdpowiedzUsuńBardzo mi miło, serdeczne zaproszenie do kogoś takiego, szczyt marzeń.
Powiedz tylko, że masz pomysł na wątek. (:]
Winona
[Hm, ona raczej maluje, wątpię, by sprawdziła się przy projektowaniu czegokolwiek, a cóż dopiero domów, ale... Kto wie, może zostać przyparta do muru, potrzebować pieniędzy, czy cokolwiek. :D]
OdpowiedzUsuńWinona
[Nie jem cukierków. :D
OdpowiedzUsuńPewnie mogę zacząć, ale pewnie nie dziś, nawet nie wiem, czy jutro, bo w czwartek koło, więc jutro będę miała wysokie ciśnienie. :D]
Winona
[Jeżeli karmienie i kocyk jest w pakiecie, to w porządku :D ]
OdpowiedzUsuńRaven
Aidanowi należało być wdzięcznym za to, że potrafił doskonale dopasować idealny moment do wygłaszania swoich mądrych opinii i opiniotwórczych mądrości. Sean zaś czynił w tym temacie wszelkie honory, korzystając jednocześnie z okazji, żeby niczym piętnastolatek pociągnąć przez słomkę potężny łyk kawy, oczywiście patrząc przez cały czas głęboko w Aidanowe oczy. Tydzień treningu w plecy, ale co tam. Był przecież w tym momencie zestresowanym narzeczonym i chociaż jeszcze do niego wszystkie związane ze zdenerwowaniem fajerwerki nie dotarły, to był więcej niż pewien, że są już w drodze i kiedy przybędą, będzie mu głupio. I przykro. I smutno. I popadnie w paranoję, którą telefonicznie będzie musiał dusić w zarodku Woody Wilson.
OdpowiedzUsuń- Dobra, zostawiając moją nadchodzącą cukrzycę i próchnicę… Sprawa wygląda tak. Możemy ogarnąć wszystko na trzy sposoby. Albo pojedziemy do domu po rzeczy, a potem będziemy na wariackich papierach załatwiać wszystkie badania, dokumenty i całą resztę, albo odstawię cię z listą rzeczy do zrobienia do szpitala, a sam pojadę do domu po twoje rzeczy, albo teraz załatwimy sprawy w szpitalu, a potem przywiozę ci torbę i zostanę z tobą do wieczora. Znaczy… W każdej opcji zostanę z tobą do wieczora – poprawił się, prezentując najbardziej przepraszający uśmiech, na jaki było go stać. Osiągi może nie były powalające, ale Aidan zdążył się już do tego, na szczęście, przyzwyczaić. – Chyba że będziesz bardzo protestował – dodał, po cichu licząc na to, że żadnych protestów nie będzie.
Sean nie miał większych problemów z rozumieniem swoich emocji i przewidywaniem swoich zachowań, a to nie tylko eliminowało go z grona potencjalnych socjopatów, ale również stosunkowo ułatwiało życie w stresujących sytuacjach. Bo wiedział, że jeśli nie zamelinuje się w sali, którą zajmował będzie Aidan, to skończy chodząc w domu po suficie. Na rzęsach. Natomiast im dłużej będzie przeciągał siedzenie w szpitalu, tym dłużej będzie musiał trzymać nerwy – choć poskręcane w postronki – na wodzy, bo zapewne już wtedy wszystkie informacje przepłyną tam, gdzie być powinny, a Sean Heffernan poczuje zew tej rzeczywistości, w której w tym oto momencie się znaleźli.
I nie mieli innego wyjścia jak tylko przyjąć to do wiadomości i nie dać się zwariować. Gdyby chodziło o niego, Sean pewnie byłby teraz całkowicie zrelaksowanym pacjentem, który macha ręką i nawet nie musi się przekonywać do tego, że szczerze wierzy w oddanie sprawie i umiejętności personelu. Ale chodziło o Aidana, więc nawet cięższe przeziębienie (czyli takie, którego nie dało się wyleczyć w ciągu jednej nocy naturalnymi sposobami znanymi z gawędzeń babuni) było w stanie pana Heffernana zestresować i pokazać mu, co to gniew boży. A że stresował się rzadko, to podłość doznań rosła wprost proporcjonalnie do czasu ich odczuwania.
[Brzmi dobrze, lecimy się pakować... chociaż i tak nie ma czego xD ]
OdpowiedzUsuńRaven
[Ej, to ja tu umieram. Od wtorku mam próbne matury, nie zdaję z podstawowej matematyki, a mam pisać w maju rozszerzoną, plus wszyscy mi powtarzają Nie martw się, na studiach będzie gorzej! I aż chce mi się zostać takim włóczęgą jak Raven. Więc jak zaczynać to jutro ;>
OdpowiedzUsuńAnyway, jak to się stało, że ona nagle wylądowała m w mieszkaniu? xD ]
~Raven
[Mam nadzieję, że wybacza. Bura już na samym początku niekoniecznie jest wskazana :D
OdpowiedzUsuńCóż, może nie osiem razy, ale pewnie trochę jest. Nie uwzględniłam tego w karcie, ale dość wysoka ta dziewoja, na jej nieszczęście. Jak tu wyjść gdzieś z facetem, jak prawie każdy jest od niej niższy xD
Oczywiście jestem chętna na wątek. Mimowolnie się na niego skazałeś, skoro do mnie napisałeś ;) Jakieś pomysły czy sama mam kombinować?
I dziękuję za komplement odnośnie zdjęcia. Również je uwielbiam :D]
[Olivia podwójnie nienawidzi szpilek. Nie tylko są kobiece i niewygodne, ale również sprawiają, że jest jeszcze wyższa, co wkurza ją niemiłosiernie :D
OdpowiedzUsuńZ siatkówką nie ma problemu, ale jak planujesz grać jeden na jeden? xD To będzie całkiem abstrakcyjne, ale można się powygłupiać.
I skoro mają razem grać, to wypadałoby, aby się już znali. Mogą się przez przypadek spotkać gdzieś w okolicach boiska i twój rzuci jej żartobliwe wyzwanie, że ją dzisiaj pokona. A cóż... Olivia raczej skłonna do uciekania nie jest :D Tylko trzeba byłoby wymyślić lekki zarys, skąd się znają. Nie musi być to nawet jakaś wielka znajomość. Widzieli się gdzieś kilka razy, chwilę pogadali. Mogli na jakiejś domówce siedzieć koło siebie i tak się poznali. I znają się w sumie tylko z widzenia. Co o tym sądzisz?]
[Mi odpowiada. Z pewnością jakoś to pociągniemy. Ogólnie planowałam od razu zacząć, ale w głowie pojawił mi się drobny problem... Skoro czas bloga pokrywa się z naszym rzeczywistym, to za oknem Olivia i Aidan mają mróz i śnieg. Może lepiej, aby Olivia po prostu załatwiła im jakąś salkę do gry. No chyba, że mają marznąć na dworze. To swój urok również ma. Zdecyduj, a zaraz zacznę :]
OdpowiedzUsuń[Miałam wrażenie, że do Ciebie pisałam, a tutaj nie ma komentarza. oO
OdpowiedzUsuńI wątek musi być. Obowiązkowo! Pomysły? :D]
Erin
[W porządku. Skoro wszystko ustalone, to zaczynam. Z góry proszę o wyrozumiałość, ponieważ to mój pierwszy komentarz na blogu od... Jakiegoś czasu :D]
OdpowiedzUsuńGdyby ktoś spytał Olivię, dlaczego zgodziła się na mecz siatkówki z nieznajomym mężczyzną, to z pewnością nie wiedziałaby, jak powinna na to odpowiedzieć. To był impuls. Kiedy Aidan do niej zadzwonił i z marszu zaproponował koleżeńską rywalizację, Olivia nawet przez sekundę nie pomyślała o tym, aby mu odmówić. A przecież było całkiem sporo powodów, dzięki którym powinna się zawahań przed podjęciem konkretnej decyzji. Przede wszystkim Aidan był dla niej kompletnie obcym człowiekiem. Spotkała go raz! Dodatkowo na jakiejś głupiej domówce, z której z pewnością ulotniłaby się znacznie wcześniej, gdyby nie to, że chłopak okazał się bardzo dobrym kompanem do rozmowy. Tak, to prawda. Rozmawiało im się świetnie, jednak nie zmienia to faktu, że Olivia poznała zaledwie jego imię oraz opinię na temat różnych głupot, które akurat przyszły im do głowy w tamtym momencie. Później faktycznie Aidan zachował się tak, jak przystało na faceta, i nawet odprowadził ją pod same drzwi jej domu. Tak, to zdecydowanie mu się chwaliło. Pewnie właśnie dlatego Olivia podała mu swój numer telefonu, mimo że zazwyczaj tego nie robiła. Nawet jeśli było to nieco dziwne, to naprawdę nie lubiła się aż tak spoufalać z osobami, które dopiero co poznała.
Było całkiem sporo powodów, dla których Olivia powinna odmówić. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby umówiła się z Aidanem na jakimś bardziej neutralnym gruncie. Środek dnia, kawiarenka, mnóstwo ludzi dookoła. W taki sposób zazwyczaj ludzie się poznawali. Niekoniecznie późno wieczorem w małej salce treningowej sam na sam z kimś, kogo się kompletnie nie znała. Można było uznać, że Olivia jest nieodpowiedzialna i nie bierze pod uwagę tego, że Aidan może okazać się skończonym draniem, który tylko czyha na to, aby ją wykorzystać lub zabić. Abstrakcyjne... Ale możliwe.
Może Olivia była troszkę zbyt naiwna, jednak nie postrzegała mężczyzn w ten sposób. Odkąd tylko sięgała pamięcią, to właśnie faceci zawsze byli dla niej największym wsparciem. Ojciec, brat, a potem przyjaciele... Pewnie czułaby się znacznie bardziej zdenerwowana, gdyby umówiła się z jakąś dziewczyną, ponieważ z nimi zawsze miała problem, aby się dogadać. Już kiedyś stwierdziła, że jeśli naprawdę istnieje ten pan na górze, w co osobiście wątpiła, to musiał popełnić błąd przy wybieraniu jej płci. W opinii Olivia, zdecydowanie lepiej czułaby się w ciele mężczyzny.
Nie było sensu, aby dalej zastanawiać się nad tym, czy Olivia podjęła dobrą, czy złą decyzję. Zgodziła się na spotkanie i wcale nie zamierzała się z niego wycofać.
Na zarezerwowanej sali pojawiła się znacznie wcześniej niż Aiden, aby spokojnie przebrać się w strój sportowy, a następnie rozpocząć rozgrzewkę. Ostatnią rzeczą, na jakąś mogła sobie pozwolić, była kontuzja podczas przyjacielskiego sparingu.
[Prawie cały komentarz to takie gdybania Olivii, ale całkiem adekwatne do sytuacji. Ja tam bym się nie umówiła z nieznajomym facetem sam na sam późnym wieczorem. Oczywiście Olivia nie ma pojęcia, że Aidan jest homoseksualistą.
Mam nadzieję, że może być ;]
[Gdyby gryźli to jeszcze pół biedy, gorzej jak nie gryzą. Tak już na serio to jedynym heteroseksualnym facetem z jakim mam styczność na co dzień jest mój ojciec. Otaczają mnie homoseksualiści zewsząd i tak bardzo mi z tym dobrze. A Aidan jest przecudowny. Jeżeli chcesz wątku to bardzo miło. Jeżeli byłby jakiś pomysł to w ogóle magia.]/Fraser
OdpowiedzUsuń[To mi tak bardzo pasuje, że nawet zacznę (choć pewnie i tak bym musiała, ale niech będzie, że to wolontariat). Syn jest gejem, więc w ogóle mogą wprawiać Frasera w zakłopotanie rozmowami o męskich penisach. Albo chociaż próbować, bo się może okazać, że Fraser na ten temat będzie miał najwięcej do powiedzenia. Jeszcze nie wiem kogo ja stworzyłam. Ogarnę się i zabiorę za ten początek, bo to chyba zdrowsze rozwiązanie.]/Fraser
OdpowiedzUsuńNie ma pojęcia, skąd w jego mieszkaniu wzięło się to PlayStation. Pewien jest, że nigdy go nie kupił, a Roger wypiera się jakoby je komuś ukradł. Ot, po prostu leży w salonie i czeka, żeby podłączyć je do telewizora. Tego jednak nie ma i ma nie być jeszcze przez długi czas, bo Fraser nie może przeżyć tego pudła pełnego bzdur najróżniejszej treści. Akceptuje kreskówki i wiadomości, ale obie te rzeczy oglądać może na ekranie laptopa, więc nie ubolewa zupełnie nad brakiem jakieś pięćdziesięciocalówki. Tyle, że od czasu do czasu mają ochotę użyć rzeczonej konsoli i wtedy pojawia się problem wagi państwowej, bo przecież nie będą grali przy komputerze, toż to obciach. Decydują się więc na pożyczenie telewizora od sąsiada przynajmniej raz w tygodniu, a że ten nie robi z niego większego pożytku, dostają na to pozwolenie. Ba!, udało im się nawet usłyszeć, że on chętnie im go odsprzeda, ale gdzie tam, to oznaczałoby, że muszą przyjąć pudło pod swój dach na stałe, a do takiego poziomu zniżyć by się nie mogli. Nie, Jonesowie mają żelazną zasadę, by trzymać się z dala od tego cholerstwa. Chyba, że w grę wchodzi PlayStation – wtedy spokojnie można zasiąść z dżojstikami i zrobić z ciała na ekranie miazgę.
OdpowiedzUsuńTego wieczora również pożyczają telewizor od sąsiada. Wprawa w podłączaniu kabelków sprawia, że po niecałych dwóch minutach gotowi są do gry. Annie została odprowadzona do koleżanki z przedszkola (okazuje się, że pierwsze nocowania odbywają się właśnie w takim wieku, co dla ojca wydaje się niesamowitą głupotą – jak jednak odmówić, skoro ma przed sobą wizję kilkugodzinnej zabawy ?), więc całe mieszkanie mają dla siebie. Żeby z całego zajścia zrobić coś większego, zaprasza Aidana, bo przecież dżojstiki są trzy, a ich tylko dwóch, więc źle byłoby nie wykorzystać potencjału kryjącego się w architekcie. Każe mu kupić po piwie, a najlepiej kilku, a sam przegląda gry, które również biorą się niewiadomo skąd, na pewno nie ze sklepu, bo żadna nie jest opatrzona firmowym logo.
Zanim Aidan się pojawia, zdąża dwukrotnie wygrać z Rogerem w wyścigach samochodowych i jest z siebie cholernie dumny, bo do tej pory chłopak łoił mu skórę za każdym razem (co za wstyd). Szczyci się wygraną, zapisując swoje imię w tabeli rekordów i obiecuje sobie, że długo nie da mu tego zapomnieć. Syn wydaje się być rozbawiony, ale Fraser doskonale zdaje sobie sprawę, że zbyt nie lubi przegrywać, by nie zazdrości mu tego drobnego zwycięstwa. Mierzwi mu włosy, a następnie brnie ku drzwiom, bo słyszy pukanie. Otwiera je na oścież i skinieniem głowy każe mężczyźnie wejść do środka.
- Wygrałem w Need for Speed, jestem mistrzem – rzuca na wstępie, bo to przecież powód do dumy i Aidan również powinien być zamieszany w wielką radość spowodowaną wygraną. Infantylne zachowanie wydaje się być w tym momencie nadzwyczaj wskazane. Pozwala Fraserowi rozluźnić się i poczuć jakby nie miał na barkach rodziny i pracy. Jest prawie wolny, prawie pełen sił i prawie znów młody. W tej chwili to wszystko, czego potrzebuje.
[Gdybym była Jezusem, pozwoliłabym się ukrzyżować za ten początek. Następnym razem zabroń mi odpisywać od takiej godzinie, bo plotę o telewizorach i sama nie wiem czym jeszcze. Tak ważna okazała się kwestia tego skąd go mają, że pogubiłam się w synonimach słowa telewizor. Przykro mi bardzo.]/Fraser
Zmarszczyła lekko czoło, gdy wspomniał o operacji. Wolała jednak nie drążyć tematu, nie wypytywać o szczegóły. Wychodziła z założenia, że jeśli ktoś ma ochotę o czymś opowiadać, prędzej czy później po prostu sam z siebie rozpocznie temat. Bez zbędnej potrzeby wyciągania informacji na siłę. - W takim razie nasze poczucie czasu trochę się mija. - roześmiała się, dopijając do końca swoją whisky. - U mnie tyle się działo, że czuję się, jak gdyby minęło kilka ładnych lat. - Zamówiła ponownie trunek i z uniesionymi brwiami popatrzyła na Aidana wyczekująco.
OdpowiedzUsuń[No to idę. ;D
OdpowiedzUsuńTeż mi się podoba ta fotografia (inaczej chyba bym jej nie wybrała), ma wspaniałe kolory.]
- Oooch… - skomentował Sean i w tym samym momencie zaczął żałować, że nie bardzo miał o co się nonszalancko oprzeć, żeby z odpowiedniej pozycji i perspektywy móc podziwiać osiągnięcia Aidana w kwestii rozumienia i ogarniania świata.
OdpowiedzUsuńTo nie tak, że nie podejrzewał go o możliwości w tym temacie i był przekonany, że jeśli jego oblubieniec nie zostanie przeprowadzony przez wszystko za rączkę, to świat się skończy, a Aidan popadnie w czarną rozpacz gdzieś w połowie drugiego podejścia do załatwienia pierwszej sprawy z dwudziestu milionów. Wbrew pozorom był w stanie skojarzyć fakt prowadzenia własnej firmy (nawet jeśli on sam byłby na tej płaszczyźnie trochę bardziej drobiazgowy niż leniwy Szkot) z życiowymi umiejętnościami pozwalającymi na ogarnięcie niezbyt przecież skomplikowanego systemu działania służby zdrowia. A przynajmniej Seanowi wydawał się ów nieskomplikowany, ale to na pewno nie dlatego, że był takim udanym obywatelem, tylko dzięki faktowi konieczności ogarnięcia jedynie drobnego wycinka struktur istniejących. Nie podejrzewał też, że Aidan po dziesięciu minutach wstępnej obserwacji i kolejnych dziesięciu spędzonych na czytaniu względnie klarownych i skróconych do cudownie niezbędnego minimum informacji wywieszonych na odpowiednio opisanych tablicach, nie będzie w stanie odnaleźć się w szpitalnych procedurach. I nie uważał Hamiltona za dziecko we mgle łamane na debila, co pasowało jako argument w kolejnej bezsensownej kłótni (żeby było zabawniej – pasowało obu stronom), ale jednocześnie nadawało się tylko tam i nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. Po prostu chciał być gdzieś tam blisko i pod ręką; nie wiedział nawet, czy przypadkiem również nie dla własnego komfortu psychicznego. Bo zawsze to lepiej latać po szpitalu jak kot z pęcherzem i próbować nadążyć za wczorajszym dniem, niż mieć zdecydowanie zbyt dużo wolnego czasu na myślenie i zwolnienie blokady maszyny stworzonej do produkowania stresu. No, i przecież Sean Heffernan był stworzony do tego, żeby wszystko mieć pod kontrolą, zwłaszcza jeśli przypadkiem na powodzeniu określonych działań mu szczególnie zależało.
Chciał dodać jeszcze jedno oooch, bo nic mądrzejszego jak na złość nie chciało przyjść mu do głowy, ale to już nie dałoby się podciągnąć pod pełne podziwu zdziwienie.
- I nie licz, mój drogi, na to, że będę wokół ciebie skakać, zwłaszcza na jednej nodze, bo o ile mógłbym spokojnie poruszyć niebo i ziemię, żeby w pięć minut załatwić dla ciebie coś, co zwykle załatwia się przez dwa tygodnie, to tylko w kwestii cudów biurokracji moja jurysdykcja działa. Cuda medycyny dopiero ćwiczę – dodał, próbując skierować swój tok myślenia jak najdalej od wyrażania opinii, która brzmiałaby mniej więcej: noooo, weeeeeź, pozwól mi iść z tobą i wciągnąć się w załatwianie miliona papierków, bo ja oszaleję, jak chociaż na pół godziny stracę cię z oczu! Przecież dorośli i zdecydowanie zbyt mocno zdystansowani do wszystkiego Irlandczycy nie miewali takich myśli.
A Sean nie dość, że miał myśli, to jeszcze miał chęci przepuszczenia tych myśli przez swój aparat mowy, najlepiej w dramatycznym tonie i przy akompaniamencie odpowiednio sugestywnych gestów. Bo mógł szczerze wierzyć we wszystkie faktyczne i hipotetyczne umiejętności Wilsona, w pozycję tego konkretnego szpitala na szczycie listy szpitali, do których, kiedy akurat trzeba, chce się trafić i w możliwości współczesnej medycyny, która nie miała już wiele wspólnego z zakładami rzeźniczymi. I wierzył, oczywiście, tak samo mocno jak wcześniej, ale wcześniej nie chodziło o Pączka, więc nie miał powodów do szpitalnych stresów. A teraz oddawał sobie pełne prawo do przejęcia się. I zachowania tego dla siebie, bo nawet jeśli Aidan odstawiał tu teraz teatr, to kwestionowanie jego podejścia i sprzedawanie własnego byłoby największym idiotyzmem, jaki tylko dało się zrobić. I Sean o tym wiedział, więc nie miał zamiaru protestować.
[Wybacz za opóźnienie, ale w końcu udało mi się zebrać :D]
OdpowiedzUsuńJeśli Aidan liczył, że Olivia z dobroci serca pozwoli mu wygrać, to zdecydowanie był w ogromnym błędzie. Po pierwsze Walsh miała w głębokim poważaniu takie sprawy jak męska duma czy stracony honor, a po drugie raczej nie była specjalnie skłonna do tego, aby umyślnie pogorszyć swoje umiejętności w dyscyplinie, z którą akurat bardzo dobrze sobie radziła. Zresztą... Co to byłoby za zwycięstwo? Gdyby Olivia była na miejscu Aidana, to porządnie skopałaby dupę osobie, która próbowałaby pozwolić jej wygrać. To dopiero byłoby urażenie dumy... Niby Olivia miała w nosie męską dumę, jednak jakoś ze swoją bardzo się liczyła. Hipokryzja? Może odrobinkę.
- Starość nie radość, co? - rzuciła z rozbawieniem, obdarowując chłopaka promiennym uśmiechem. Wcześnie mogła mieć lekkie obawy przez spotkaniem z nieznajomym, starszym facetem, jednak teraz jej wątpliwości kompletnie zniknęły. Olivia musiała przyznać, że czuje się naprawdę dobrze w towarzystwie Aidana. Był zabawny, błyskotliwy i mogła z nimi porozmawiać o takich rzeczach, które osoby w jej wieku by po prostu nie zrozumiały. I przede wszystkim miał dystans do samego siebie, a tego brakowało jej znajomy. Aidan potrafił śmiać się z samego siebie, a według Olivii była to bardzo ważna cecha. Może nawet umiejętność. Sama Walsh chyba nie miała aż takiego dystansu do swojej osoby.
- Naprawdę mam się nie śmiać? No może chociaż odrobinę? Dostanę pozwolenia? No proooszę... - rzuciła z łobuzerskim uśmiechem na twarzy, wyraźnie lekko sobie kpiąc z Aidana. Odczekała chwilę, lustrując chłopaka rozbawionym spojrzeniem, a dopiero potem kontynuowała. - A tak na poważnie, to wcale nie przeceniaj moich zdolności. Jasne, gram w kadrze, ale siatkówka to sport grupowy. Tak naprawdę moje umiejętności nie znaczą nic, jeśli nie mam wokół siebie osób, które są w stanie im sprostać. A grając jeden na jednego, jest to raczej niemożliwe.
Olivia odłożyła piłkę na ziemię i ponownie związała włosy w kitkę, próbując uniemożliwić wysunięcie się pojedynczych kosmyków. Może jakaś postronna osoba uznałaby, że jest to "urocze", jednak ostatnią rzeczą, o jakiej Olivia myślała podczas meczu, było to, aby dobrze wyglądała. Przede wszystkim chodziło o to, aby było jej wygodnie. Ubrania nie mogły utrudniać ruchów, a włosy zasłaniać widoku.
Olivia poprawiła jeszcze tylko plastry, którymi obwiązała ponad połowę palców u rąk, a następnie ponownie zwróciła się do Aidana.
- Zaczniemy jak się rozgrzejesz, ja już w sumie jestem gotowa. Chociaż nadal nie wiem, kto wymyślił siatkówkę jeden na jednego. Ty? - rzuciła nieco zaczepnie. - Rozumiem, że jedna osoba serwuje, druga odbiera nad swoją głowę, wyskakuje i ścina... Pierwsza osoba odbiera i tak w kółko? - Uniosła brwi do góry z lekkim rozbawieniem. - Nie sądziłam, że siatkówka może być monotonna, ale jak widać jest to możliwe - dodała, wzruszając bezradnie ramionami. - Jeszcze możemy zmienić zdanie i pograć na przykład w... Ping ponga? Wtedy z pewnością wygrasz - stwierdziła szczerze, uśmiechając się szeroko.
- No… Tak. – Postanowił zachować konwencję używania tego tak szalenie konkretnego sformułowania, że to wyrażać mogło dokładnie wszystkie emocje, jeśli zostało wypowiedziane odpowiednim tonem. Nie miał wcale zamiaru tak po prostu, w dwóch słowach, zgodzić się na wszystko co powiedział Aidan, bo całą wypowiedź miała być trochę bardziej obszerna, ale po pierwszej jej części Sean miał wrażenie, że za moment wyskoczy ze skóry, a druga dodała się sama, żeby to no nie zawisło w powietrzu na wieki wieków.
OdpowiedzUsuńRodzina Heffernanów nie była środowiskiem sprzyjającym do ukształtowania osobowości, której główną osią byłoby przeżywanie wszystkiego jak mrówka okres. Większość spraw traktowało się jako niewarte zbytniego przeżywania, a te, z którymi nie dało się nic zrobić, podsumowywano standardową maksymą, że niezbadane są wyroki boskie. Dlatego Seanowi generalnie nie zdarzało się doświadczać wielkich porywów emocji, które rzucałyby nim po ścianach (albo raczej po podłodze, biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności przyrody), więc kiedy ów akurat go dopadł, nie bardzo wiedział, co ma z tym zrobić, żeby nie popłynąć na samym środku kawiarni. Bo właśnie popłynąć miał ochotę, nie bardzo przy okazji wiedząc, dlaczego tak naprawdę nagle poczuł nie tylko sam fakt, że do oczu napływają mu łzy, ale i że on sam bardzo, bardzo, bardzo chce się teraz spektakularnie rozpłakać.
- Chryste Panie, co się dzieje, do diabła…? – zapytał sam siebie, zamykając przy okazji w jednym zdaniu dwie przeciwstawne biblijne figury. Dziarsko zamachał sobie rękami przed twarzą i zebrał wszystkie posiadane siły, żeby wciągnąć łzy z powrotem do środka i nie wyczynić sceny publicznie. Zwłaszcza takiej bez większego powodu, bo o ile miał prawo się zestresować zaistniałą sytuacją, a świadomość sytuacji miała prawo spaść mu nagle na głowę, to dorośli, myślący i odpowiedzialni mężczyźni – a za takiego się uważał – nie przeżywali załamań nerwowych, które zaczynały się gwałtownie i rozgrywały w miejscach publicznych.
Poprawka – dobrze wiedział, o co mu chodziło, ale nie miał za to pojęcia, dlaczego aż tak zareagował na drobiazg, który mógłby się pojawić w każdym momencie i zapewne wywołałby jedynie delikatny uśmiech i poprawę humoru na najbliższe dwa dni. To całkiem miłe, kiedy wiesz, że twój facet zna cię aż tak dobrze.
- Chcę cię odprowadzić na oddział i chcę obrócić do domu na tyle szybko, na ile pozwolą mi korki, żeby potem siedzieć z tobą do późnego wieczora, przespać się w domu i wrócić rano, ze śniadaniem w torbie i kawą w kubku termicznym, bo dopóki nie zobaczę na własne oczy, że wszystko w porządku, to zamiast robić życie, będę siedział i się zastanawiał. I przywiozę sobie laptopa, żeby dalej jak zwykle udawać, że próbuję domknąć rozdział, a tak naprawdę, to będę się głównie martwił. I nie przestanę się martwić, dopóki nie wrócimy do domu z zapewnieniem Wilsona, że już mogę przestać. I to wcale nie dlatego będę się martwić, że nie wierzę w czyjekolwiek umiejętności, mam gotowych tysiąc katastroficznych scenariuszy i jak tylko znajdę wolną chwilę, to będę siać defetyzm. Po prostu… Kiedy przez pół życia nie zależy ci na niczym oprócz samego siebie, własnej kariery i własnej przyjemności, to znalezienie takiego knypka jak ty oznacza, że zaczynasz pewne rzeczy rozumieć. I nie wchodząc w szczegóły, to… Nie przejmuj się mną, zaraz mi przejdzie – zapewnił, oparł ręce na stole i drugiego napadu odwadniania już nie powstrzymał. – Heffernan, na miłość boską, co jest z tobą dzisiaj nie tak? – Zapytał retorycznie, odchylając głowę do tyłu i wierzchem dłoni zatykając sobie usta, jakby to właśnie ta sekwencja ruchów miała pomagać na nagłe przypływy emocji. – W każdym razie… Masz mój miecz. I nawet jak będziesz miał dosyć mojego siedzenia i umilania ci czasu, to ja i tak będę siedział i umilał ci czas. Najwyżej się mnie czymś zakryje i będę po cichu udawał, że piszę doktorat – dodał, a uśmiech pojawił się sam z siebie. I całe szczęście, bo przecież jeszcze chwila i Sean wyszedłby z siebie. I uciekł w popłochu. – Zbierzmy się stąd, bo wieś robię straszną.
Czekolada nie stanowi problemu, dopóki ląduje na koszuli Aidana, a nie sukienkach Annie, które to on potem musi prać. Cała reszta, włącznie z piwem i PlayStation stanowią miłą rozrywkę, pozwalającą oderwać się od smutnego świata, na który łatwiej patrzeć z dżojstikiem w dłoni. Ten, dając możliwość skupienia się na rozszczepianiu na części pierwsze ciał zombie, działa jak dobre leki przeciwbólowe.
OdpowiedzUsuń- Pompony brzmią kusząco, dawno Cię z nimi nie widziałem – rzuca luźno. Wizja Aidana w takim wydaniu jest równie kusząca, co pokonanie go w grze. Wchodzi w głąb mieszkania, kładzie zgrzewki piwa na stole i wciska mężczyźnie w dłoń trzeci kontroler. W tym samym czasie Roger podśmiewa się z własnego ojca, kręcąc z niedowierzaniem głową. W takich momentach naprawdę trudno mu zdecydować, który z nich jest większym dzieckiem. Nie narzeka jednak, nie zamieniłby przecież Frasera na nikogo innego.
- Nie odbierajmy mu przyjemności, niech przez chwilę wierzy, że jest najlepszy – odpowiada mężczyźnie, wyraźnie rozbawiony. – Zaraz i tak polegnie.
Oczywiście, że rodzice powinni dawać wygrywać swoim dzieciom, ale kiedy te wygrywają za każdym razem, zdolne są do okazania odrobiny współczucia i wsparcia podłamującego się ego swoich staruszków. W tym wypadku, Roger okazuje się idealnym synem. Żadnemu z nich nie przeszkadza obecna sytuacja, wręcz przeciwnie, od czasu do czasu takie zagranie jest zwyczajnie miłą odmianą.
- Zróbcie miejsce dla mistrza. Mam zamiar dzisiaj zgarnąć wszystkie możliwe trofea – mówi, unosząc w górę podbródek, wkładając w to tyle teatralności, ile tylko potrafi. Długo nie wytrzymuje, bo na jego usta wkrada się wesoły uśmiech, którego nie sposób powstrzymać. Rzadko kiedy tak szczerze odczuwa radość, więc kiedy ta przychodzi, a on jest w stanie zapomnieć o wszystkich strasznych rzeczach, które się zdarzyły, korzysta z tego do granic możliwości. – Przegrany płaci za pizzę – dodaje, dochodząc do wniosku, że jeśli dobra passa go nie opuści, uniknie nawet tego.
/Fraser
Sean miewał czasem ochotę, żeby tak po prostu zamaszyście usiąść, równie zamaszyście ukryć twarz w dłoniach i zwątpić w świat, który dział się dookoła i do zwątpienia nakłaniał. Skoro jednak już siedział, to nie mógł dokonać całej procedury, a zdecydowanie się tylko na punkt drugi i trzeci wykluczało możliwość uzyskania odpowiedniej mocy przekazu. W dodatku, wyglądałby raczej jakby chciał przekroczyć żółtą linię w metrze, a nie wyrazić swoją pełną ogólnego zażenowania dezaprobatę dla świata. Zdecydowanie zbyt łatwo się irytował i tworzył zdecydowanie zbyt dużo scenariuszy przebiegu wydarzeń pod siebie, ale przynajmniej potrafił dobrze ukrywać oba te zjawiska. Właśnie dlatego nie przypomniał Aidanowi, że przed chwilą ustalili coś innego i jeszcze sekundę temu właśnie ta wersja obowiązywała, co przy okazji w pełni uzasadniało dokonaną przez niego konfiskatę teczki. I nie zwrócił uwagi na to, że nieinformowanie rodziny jest największym kretyństwem, na jakie tylko Aidan mógł się zdecydować, ale był przecież dużym chłopcem i miał prawo robić dokładnie takie głupoty, na jakie miał ochotę. I zapewne tłumaczyć je tym, że nie chce nikogo denerwować. Sean pewnie zrobiłby dokładnie tak samo i trwał w swoim postanowieniu aż do momentu, kiedy naprawdę musiałby kogoś z rodziny o zaistniałej sytuacji poinformować (tj. dla przykładu akurat umierałby). Uświadomił to sobie odpowiednio szybko, żeby nie zorganizować Aidanowi pogawędki o tym, że to kiepski pomysł i zapewne wyjdzie z niego jakiś kwas, który rozniesie się po całej północnej półkuli, w dodatku z prędkością światła.
OdpowiedzUsuń- Dobrze, zrobisz, jak będziesz chciał, ja się nie wtrącam – odparł swoim standardowym tonem, który pojawiał się zawsze, kiedy jednocześnie obiecywał się nie wtrącać i przy pomocy odpowiedniej modulacji głosu wciskał swoje zdanie zdecydowanie zbyt ordynarnie. I istniała spora szansa, że Aidan w ogóle na to nie zareaguje, bo Sean zdążył go do tego przyzwyczaić, miał przecież swoje zdanie na każdy temat. Ale on przecież nic nie mówił. Nigdy. – To w takim razie, zapraszam pana, do boju – machnął ręką w kierunku, który odpowiadał przebiegowi prowadzącej do szpitala ulicy – a ja jadę do domu i widzimy się jakoś przed piątą na miejscu.
Przed piątą czyli za niemal sześć godzin. Czyli bardzo długo, jak na możliwości zestresowanego Seana, który nie mógł teraz nagle zmusić całego świata - z Pączkiem na czele - żeby dostosowali się do jego potrzeb i może się nim zajęli. Do domu dojedzie w czterdzieści minut, bo o tej godzinie korki były w drugą stronę, powrót zajmie mu godzinę, wszystko ogarnie w dwa kwadranse, jeśli nie będzie się specjalnie spieszył. Czyli do zagospodarowania zostaną przynajmniej trzy godziny, z którymi będzie zmuszony coś zrobić i w tym czasie nie pogryźć ściany. A, nie wiedzieć czemu, robienie wioski pośrodku Starbucksa jakoś nie pomogło zniwelować zdenerwowania. Z tego wynikało, że Sean Heffernan najwyraźniej nie był kobietą.
[Hej, hej! Ja niestety nie wiem co to za panienka, ale w gifie się zakochałam <3]
OdpowiedzUsuńCynthia.
[a chcieć to zawsze można dużo! aż dziwne, że mi żąden pomysł nie wpadł do głowy, bo taka zwykła znajomość to troszkę nudna jest.. jakiś dramat zróbmy!]
OdpowiedzUsuńCynthia
[Pana architekta wita studentka architektury! O!]
OdpowiedzUsuńMerida
[Wolałabym pomysł z uczelnią na wstępie :3 ]
OdpowiedzUsuńMerida