Dziś jest ten dzień, kiedy nawet bardzo uparte kobiety zaczynają rozumieć, że taka determinacja godna jest lepszej sprawy. Że czasem można zrobić coś tylko i wyłącznie dla siebie, nawet jeśli zostanie się prawie bez grosza i z całym życiem w dwóch walizkach. Że czasem można przespać się w samochodzie na parkingu pod urzędem stanu cywilnego, żeby rano złożyć tam wniosek o powrót do panieńskiego nazwiska. Że ośmiogodzinny spacer po mieście to nic wielkiego, kiedy sprawa idzie o własne szczęście. Że nie trzeba rozstawać się w pokoju i jeść z byłym mężem kolacji po zapadnięciu wyroku, bo tak właśnie zrobiłaby mądra świeżo upieczona rozwódka. Dziś jest ten dzień, kiedy nawet bardzo uparte kobiety zaczynają rozumieć, że wbrew sobie można działać dzień, tydzień, miesiąc, ale na pewno nie całe życie. Że nie każda zmiana myślenia jest błędem. Że dopasowywanie rzeczywistości do siebie może się udać raz i drugi, ale nie przy każdej okazji. Że zakochać się w swoim pacjencie, rozwieść z mężem podobno doskonałym i stanąć pod drzwiami tego, który jest głównym sprawcą zamieszania to wcale nie taki wielki grzech. Że płakać można przez cały dzień i pół nocy, ale kiedyś trzeba przestać. Że to wszystko nie musi wyglądać tak fatalnie, jak powinno się wydawać spłukanej, chwilowo bezdomnej rozwódce, która z mieszkania byłego męża zabrała połowę swoich rzeczy i kota. Że kot może kogoś w końcu polubi, jeśli jego właścicielka zacznie żyć w zgodzie ze sobą. Że to wbrew pozorom całkiem niezły nowy start. Że pogodzonym z nieuchronnością cellulitu i zmarszczek kobietom szczęście się należy. Że kolekcja starych amerykańskich filmów to najważniejsze, co należało ze sobą zabrać przy wyprowadzce. Dziś jest ten dzień, kiedy nawet najbardziej uparte kobiety zaczynają rozumieć, że to właśnie teraz trwa to jutro, co w nim będzie lepiej.
ALICE MacConnell
Newcastle w Irlandii Północnej | 23 lipca 1979
terapeutka uzależnień z dyplomem psychiatry
Dawno nie było żadnej podmiany.
Liv Tyler. I'm your man.
.jpg)
[Hej. Witam ciepło. Proponuję wątek, z powiązań przychodzi mi do głowy, że mógł chodzić do niej po powrocie z Afganistanu - przymusowo oczywiście. Z drugiej strony jakie to uzależnienie? Żadne, więc pewnie się nie nadaje. Mogli też się spotkać w sądzie, bo oboje są rozwodnikami, albo mieć w tym celu wspólnego adwokata :) Możesz też wymyślić coś innego, albo mnie olać :)]
OdpowiedzUsuńDereck
[Próbuję odżyć mego Hicka i tak sądzę, że wątek z nią byłby całkiem dobry. Co ty na to?]
OdpowiedzUsuńCharles
Czy był niezrównoważony psychicznie? Przymusowe badania psychiatryczne dla pilota, dla człowieka, który spędził kilka lat na wojnie, rozumiałby to, gdyby taki przymus istniał raz na rok albo rzadziej. Będąc w górze był odpowiedzialny za dużą ilość osób, ale wszystko miało swoje granice. Miał dość tego gościa, był natrętny, wiercił mu dziurę w brzuchu i traktował jak idiotę. Jeszcze kilka razy, a rzeczywiście zachoruję psychicznie, ale przez lekarza, a nie przez wojnę, a to nie było ok. Chyba będzie wnioskował o zmianę.
OdpowiedzUsuń- Jest pan nerwowy – zauważył mężczyzna – czy chce pan porozmawiać o tym, co pana tak denerwuje? – Dereck zacisnął szczękę.
- pan mnie denerwuje, pier*olenie od rzeczy przez półgodziny, analiza problemów, które nie istnieją, nadwerężanie mojej kieszeni bez potrzeby – wstał – dziękuje doktorze, może pan wpisać odpowiednie rzeczy w odpowiednią rubrykę, poradzę sobie z tym – wziął kurtę z fotela i pośpiesznie wyszedł. Był strasznie zły, ale nie miał tego jak wyładować. Szedł oglądając swoje buty i kilka kroków i na kogoś wpadł. Telefon rozsypał się na kawałki. Pośpiesznie go pozbierał i nie składając włożył do kiezeni spodni.
- Przepraszam panią bardzo. Jestem niezdarą – uśmiechnął się nieznacznie, chcąc zrobić choć trochę przepraszającą minę. Czy dziś był pechowy dzień? Jeżeli tak czy mogło być coś gorszego niż stratowanie kobiety i licencja pilota pod znakiem zapytania w jeden dzień? Jaki facet mówi, że jest niezdarny? Ostatnia ciota.
- Czy będzie pani tak uprzejma i pójdzie z niezdarą na kawę? Nic innego chyba mi dziś nie pomoże – roześmiał się. Rzeczywiście rzadko pijał kawę, właściwie tylko od święta.
~Dereck
UsuńPrzez ostatnie lata nauczył się nie liczyć na zbyt wiele. Zwykłe przeżycie od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca, wystarczało mu w zupełności. Żadnych nadziei, żadnych planów na nic poza następnym dniem. Jeśli nie ma się w życiu oczekiwań, nie ma też rozczarować, a James wychodził z założenia, że jego życie rozczarowało go wystarczająco bardzo. Wystarczyło do emerytury, a później mógł znów rozczarowywać się na nowo. Kiedy Alice oznajmiła mu, że to już koniec ich wspólnej drogi, poczuł delikatny skurcz gdzieś w okolicach żołądka, a później przytaknął grzecznie i dokończył jedzenie deseru. Informowanie o tego typu sprawach w trakcie wykwintnej kolacji miało swoje plusy. Nie mógł zrobić histerii godnej pięciolatka, bo był dorosłym facetem i społeczeństwo oczekiwało od niego względnej normalności. Nie ważne, że później nie wiedział co ze sobą zrobić, nie ważne że odwiózł ją pod jej mieszkanie i pożegnał się krótkim podziękowaniem za dotychczasową współpracę. Nie ważne, że chciał żeby została. Kilka ostatnich lat nauczyło go, że nie jest ważne to co on chce, że nie można oczekiwać od kogokolwiek że postąpi akurat tak jak tego chcemy. Świat tak nie działa, tak działają jedynie bajki, które wciskają nam babcie przed snem. Ktoś kto nie ma babci, ani rodziców którzy mają czas na czytanie bajek, pewnie ma zdrowsze podejście do kilku istotnych spraw, pewnie nie oczekuje szczęśliwego zakończenia.
OdpowiedzUsuńZdziwił się słysząc pukanie do drzwi. Nie miewał gości, a sąsiadki z naprzeciwka już dawno przestała pukać. Teraz tylko drze się przez korytarz, zupełnie jakby co godzinę chciała sprawdzać czy jeszcze nie strzelił sobie w głowę. Spokojnie, nie strzeli, już z tego wyrósł, już potrafił o wszystkim rozmawiać, już nawet lubił siebie. Jeszcze bardziej zdziwił go widok kota na swoim dywanie. James nie miewał zwierząt bo przy nich, tak samo jak przy ludziach trzeba było wykazywać się swoistą odpowiedzialnością. Nie można było zostawić ich samych sobie, tylko po to żeby zobaczyć czy uda im się przeżyć samemu. To nie wychodziło, to jedynie powodowało, że i zwierzęta i ludzie dziczeli coraz bardziej, a chyba nikt nie chciał tak skończyć. Ostatnie wyznanie Alice spowodowało, że przez krótką chwilę zastanawiał się czy przypadkiem nie śni. Od pamiętnego spotkania w restauracji minęło trochę czasu i już chyba nawet zdążył się ze wszystkim pogodzić. Tylko numeru wciąż nie wyrzucił z komórki, zresztą nie było sensu, i tak znał go na pamięć.
- Tysiąc funtów wystarczy na chińszczyznę na wynos, prawda? Jakieś wino i sok powinienem mieć w szafce. - powiedział całkiem spokojnie, po czym wyciągnął w jej stronę rękę.
- Nie wiedziałem, że można się rozwieść w dwadzieścia minut, ale generalnie w tych sprawach wiem niewiele, więc może w ogóle nie powinienem się odzywać. A twój kot chyba czuje się tu całkiem dobrze, więc o ile w swojej kolekcji filmów nie masz Gwiezdnych Wojen, których wręcz nie znoszę, to chyba się dogadamy. - powiedział, kładąc przy okazji dłonie na jej biodrach. W kwestii kontaktów z kobietami nie był mistrzem. Tuż przed swoim pierwszym wyjazdem na front, zostawił swoją narzeczoną bez żadnego słowa wyjaśnienia. Dopiero po dobrych dwóch tygodniach wysłał jej kartkę z przeprosinami, napisaną na kolanie między jedną wartą a drugą. Dojrzale, nie ma co. I kiedy sądził, ze nigdy więcej się tak nie zachowa, zrobił to samo z drugą dziewczyną, którą podobno traktował bardzo poważnie. Być może miał jakąś wadę fabryczną, która uniemożliwiała mu utrzymywanie poważnych związków. Z kimkolwiek, bo utrzymywanie więzów rodzinnych też nie szło mu najlepiej. Ale z Alice było jakoś inaczej, znała go od najgorszej strony i dzielnie wytrzymywała wszystkie obraźliwe epitety, które kierował w jej stronę gdy próbowała na siłę wyciągnąć go z kolejnego baru. Była zawsze wtedy kiedy jej potrzebował, a nie tylko gdy wybijała godzina ich kolejnego spotkania. O Alice chciał się troszczyć, więc z delikatnym uśmiechem wycierał dłonią kolejne spływające po jej policzkach łzy. Chciał, żeby poczuła się lepiej, więc przytulał ją mocno i szeptał do ucha głupie wierszyki, które dawno temu poprawiały jej humor w zaledwie kilka sekund. A potem całował ją w czubek głowy i obiecywał, że więcej dwudziestominutowych rozwodów nie będzie. Ani pakowania w pośpiechu, zabierania kota i kolekcji filmów. Nie będzie kłótni, sprzeczek, cichych dni i chowanych po szafkach butelek wódki, które zapewne gdzieś się jeszcze uchowały w jamesowym mieszkaniu, chociaż jego właściciel nie mógł sobie przypomnieć gdzie je poupychał. Skleroza nie boli, powoduje tylko zaskoczenie, kiedy zamiast oleju wyciągasz z szafki dwunastoletnią whisky i nie masz zielonego pojęcia co z nią zrobić. I siedzisz na ziemi i patrzysz na etykietę, a potem z odrobiną żalu odkręcasz butelkę i całość wylewasz do zlewu, rozkoszując się zapachem zmarnowanych pieniędzy. James miał nadzieję, że już nigdy żalu nie poczuje.
OdpowiedzUsuń- Mój Boże! Jakie to było słabe! - powiedział z udawaną powagą, chociaż tak naprawdę ten dziecinny wierszyk, całkiem go rozbawił. I rozczulił, a rozczulony były żołnierz ze zwichniętą psychiką, to całkiem ciekawy obrazek. Żeby nie przeszkadzać jej w tym jakże dorosłym wymyślaniu wszelkich rymowanek, złapał ją za rękę i poprowadził do kanapy, na której ją posadził i kazał siedzieć. Pan domu przemówił! Chociaż tak naprawdę, ustawianie jakichkolwiek gości po kątach, zazwyczaj zupełnie mu nie wychodziło. Szczególnie tak ładnych gości, należało dodać. Kiedy Ali produkowała się z kolejnymi poematami godnymi pięciolatki, James zdążył zadzwonić po chińszczyznę, zrobić herbatę, dogadać się z kotem, który najwyraźniej zrozumiał że jego miejsce jest na jednym z trzech foteli. JEDNYM. James nawet wskazał na którym, bo parę dni wcześniej oglądał program edukacyjny, gdzie pouczano właścicieli wszelkich zwierząt domowych, jak z nimi postępować żeby nie weszły na głowę. Heffernan był chyba ostatnią osobą na świecie, która chciałaby żeby cokolwiek lub ktokolwiek wchodził jej na głowę. Kot został przekupiony plasterkiem szynki, chociaż James wcale nie był pewny czy koty jedzą szynkę. W tym momencie niczego nie był pewny.
OdpowiedzUsuńChińszczyzna nie zawiodła, przyjemny pan ledwo po czterdziestce, jak zwykle przybiegł z zamówieniem w ciągu piętnastu minut, zamienił z Jamesem kilka zdań w łamanym angielskim i życzył miłego wieczoru (pożądliwie patrząc się przy tym na kota). Po kilku chwilach, Ali dostała to co lubi i ciasteczko z wróżbą, bo zawsze płakała że nigdy nikt jej nie chce tym częstować. James miał szczerą nadzieję, że wróżba będzie czymś miłym i nie zapowie nadchodzącej katastrofy, bo tych oboje mieli już powyżej uszu.
- Jak masz ochotę na wino do chińszczyzny, to dostałem ostatnio butelkę od sąsiadki z naprzeciwka, której skręcałem szafę. Oczywiście stwierdziła, że fakt że jestem alkoholikiem to tylko próba wykpienia się od drobnego „prezentu”. Chciałem czekoladki, powiedziała że prawdziwi faceci nie jedzą czekoladek. Całe szczęście, że nie wcisnęła mi wódki... Albo oleju silnikowego.
[Dzięki!
OdpowiedzUsuńSzanse szansami, inna sprawa czy uda się je wykorzystać. ;D]
[A dzień dobry, dziękuję za powitanie :)
OdpowiedzUsuńCzytasz w moich myślach - oczywiście, że chcę wątku i nawet wiem, z kim. Alice jest tak podobna do mojej postaci, że po prostu muszą się znać. Skoro ma dyplom psychiatry to może poznały się już na studiach i od tamtego czasu nawzajem siebie wspierają, żeby nie zwariować, lecząc problemy innych ludzi? Obie kociary, odszedł od nich mąż i narzeczony, a jakby Ali nie miała się gdzie zatrzymać to Saskia chętnie ją pod swój dach przygarnie, bo ma aż trzy pokoje, w których cisza boli.
Aha i muszę to napisać, uwielbiam buźkę Liv Tyler, cudowne zdjęcie.]
~ Saskia
[fajna Ci ona]
OdpowiedzUsuńRichard Q.
[ciekawego pomysłu brak o ;<]
OdpowiedzUsuńRichard Q.