Lato zawsze kojarzyło mi się z czymś dobrym. Dawało mi odpoczynek od wszystkiego, łącznie z życiem, a właśnie to okazywało się być dla mnie zbawieniem. O tej porze roku nie byłem smutnym dzieciakiem, który stwarzał pozory normalności, ja wtedy byłem naprawdę całkowicie zwyczajnym nastolatkiem, który je lody na ławce w ciepłe dni, rozmawia swobodnie z nieznajomą dziewczyną, która odważyła się zagadać i maluje bez obawy, że na jego prace ktoś zwymiotuje albo coś wyleje.
Nie istniały zmartwienia, chaos w głowie i w domu.
Zdawało mi się wtedy, że zaczynam po bardzo długim czasie oddychać. Jakbym wcześniej się od tego powstrzymywał i pragnąłem zachłysnąć się powietrzem zanim zostanie mi na nowo odebrane.
I wszystkie te pozytywne odczucia przywoływał wyjazd do Polski, który mógłby trwać dzień albo dwa, ale pozwalał nabrać sił, żeby do tego wszystkiego, co udawało mi się na moment zostawić, w końcu wrócić. Nie wyobrażałem sobie nawet, że mógłbym tu zostać, ponieważ zostało mi wpojone, że zawsze, prędzej lub później, trzeba zmierzyć się z tym, od czego się uciekło. Albo to przyjdzie do ciebie, albo ty natrafisz na to. Definitywna ucieczka jest tylko jedna – tak mówiła matka i nie śmiałem się z nią spierać.
Byłem sobą, Kosmą. Tylko to się dla mnie liczyło.
Tegoroczne lato było naprawdę deszczowe, ale pomimo ulew było doskonale, pięknie i idealnie. Siedziałem całymi dniami w małym, motelowym pokoju i wpatrywałem się w widok ulicy za oknem. Widziałem różnych ludzi i ich parasole, niektóre były naprawdę wymyślne i kolorowe, to właśnie one przyciągały moją uwagę, bo te ciemne pomijałem praktycznie mimochodem, żeby śledzić trasę żółtej bądź czerwonej kropki na chodniku.
Siedziałem tak również w tamtej chwili. Padało trzeci dzień z rzędu i nie zapowiadało się na poprawę pogody, ale to nic, bo nawet bezczynne przesiadywanie tutaj mi wystarczyło. Zapragnąłem jednak chociaż wyściubić nos poza obręb budynku. Otworzyłem więc okno i wychyliłem się przez nie. Dach był krótki, więc woda spływała z niego tuż przed moim nosem, a duże krople opadu z zaciętością sekciarza uderzały w moją twarz.
Miałem wtedy wrażenie, że nawet deszcz jest tutaj przyjemniejszy i mógłbym tak spędzić czas do chwili, w której poczułbym się całkowicie oczyszczony. Nie zwróciłem nawet uwagi na skrzypnięcie otwieranych drzwi. Dopiero głos matki zmusił mnie do powrotu do tej przyjemnie sennej rzeczywistości.
- Nie siedź tak! Wypadniesz albo się rozchorujesz – zaczęła mówić matka, jej instynkt chronienia mnie, jako swojego syna, wydawał się budzić, kiedy byliśmy w Polsce. – No, zamykaj już – rozkazała stanowczo.
Posłuchałem się swojej rodzicielki i z żalem zamknąłem okno. Miałem mokrą twarz, ale otarłem ją rękawem koszulki zanim zwróciłem się w stronę swojej matki, która właśnie odłożyła torbę z zakupami na stolik, który stał w pokoju.
- Kupiłam wiśnie – oznajmiła z dumą, po polsku oczywiście. Ten język był dla nas swoistym szyfrem, bo w naszym domu nikt nie porozumiewał się w ten sposób, to pozwalało na dość dużą swobodę. – Trochę za dużo, ale miałam straszną ochotę na coś kwaśnego. Pomożesz mi je zjeść – powiedziała i uśmiechnęła się, a robiła to dość często od czasu, kiedy tutaj przybyliśmy.
Spojrzałem na nią jak na wariatkę. Nie lubiłem wiśni. Były kwaśne i sprawiały, że krzywiłem się w naprawdę różne dziwne sposoby, a ona to doskonale wiedziała. Jednak pomimo tej wiedzy, wyłożyła szeleszczącą torebkę z owocami i chwyciła za talerz, żeby już po chwili zniknąć mi z oczu.
Nie znosiłem tych owoców, a moja matka już po którejś ich garści również zaczęła się krzywić. Jednak zbyt wiele zabawy sprawiało jej przyglądanie się mojemu marszczeniu nosa i ogólnie całej twarzy.
- Byłam na cmentarzu - wypowiedziała, nagle przestając się ze mnie śmiać i wypluwając kolejną pestkę, których pokaźna sterta leżała już na serwetce, na środku stołu.
- Byłaś u Niej? - zapytałem po dłuższej chwili, bo nie od razu wpadłem na to, że poszła akurat na grób mojej zmarłej siostry. Żyła tylko kilka dni i w naszym domu była tematem tabu, ale teraz byliśmy sami. - Chciałbym, żeby żyła, chciałbym mieć starszą siostrę - przyznałem, w duchu jednak bardziej myśląc o tym, że przynajmniej nie muszę już jeść tych paskudnych, kwaśnych owoców, bo matka i tak się już nie uśmiechnie skoro poruszyła ten temat.
- To że umarła... to dobrze. Ma spokój już na wieczność - oznajmiła matka, a później spojrzała mi w oczy. Wyglądała jakby miała się zaraz rozpłakać... - Też ci kiedyś umrę, Kosmyku - wymamrotała i jej słowa, pomimo powagi z jaką je wypowiedziała, przyjąłem jak pieszczotę. Przypomniały mi one bowiem, że umrze nie tylko moja matka, ale również ja i wszyscy inni, ojciec też.
- To normalne - odpowiedziałem spokojnie i wzruszyłem lekko ramionami, ponieważ nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić tego, co mógłbym czuć w wyniku tej straty. Zostałbym w końcu sam... może nie do końca, bo był jeszcze ojciec, ale ta myśl była tylko bardziej dobijająca. - Nie zostawiaj mnie - poprosiłem, bo tylko to byłem w stanie wydusić. Momentalnie poczułem pieczenie oczu, nie miałem zamiaru zacząć płakać, ale miałem na to przemożną ochotę. Hamowałem się tylko po to, aby nie musiano mnie pocieszać.
- Nie zostawię cię, nie martw się o to - uspokoiła mnie, uśmiechnęła się i sięgnęła po kolejną wiśnię, której przyjrzała się, jednak nie skonsumowała. - Chyba mam już dość - wypowiedziała. Później jednak, wbrew swoim własnym słowom i z radością, na którą miło mi było popatrzeć, włożyła sobie czerwoną, błyszczącą kulkę do ust.
- Nigdy ich nie lubiłem - odpowiedziałem, zajmując się kontemplacją twarzy mojej matki. Ta kobieta była dla mnie najpiękniejsza na świecie i nie przeszkadzały mi w twierdzeniu tak nieliczne zmarszczki, które pojawiać się zaczęły na jej szczupłej, pociągłej twarzy. Podobał mi się nawet ten niesforny, lekko poszarzały kosmyk, który wymsknął się z jej kitki.
Kosmyk...
Było tak pięknie, że nijak nie chciałem wracać, ale poczucie obowiązku okazywało się silniejsze. Widać było i po mnie i po matce, że żadne z nas nie ma co liczyć, iż drugie będzie nalegać na pozostanie tu. Nie mógłbym jej prosić o tak wiele, skoro tymi kilkoma dniami poza domem starała się wynagrodzić mi cały rok różnych nieprzyjemności.
- Wiesz co, Kosmyku? - zapytała wieczorem, kiedy pakowaliśmy swoje rzeczy, żeby opuścić to wspaniałe, spokojne miejsce. - Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli uciec. To tchórzostwo, a ja nigdy nie uczyłam cię być tchórzem - zakończyła.
Nie umiałem jej nic na to odpowiedzieć, bo sto razy bardziej wolałbym okazać się wtedy tchórzem, zebrać się w sobie i powiedzieć, że zostajemy. Może właśnie na to czekała. Na powód, który kazałby jej zostać uciekinierem, ale jednocześnie żyć w spokoju.
- Wiesz co, Kosmyku? - zapytała wieczorem, kiedy pakowaliśmy swoje rzeczy, żeby opuścić to wspaniałe, spokojne miejsce. - Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli uciec. To tchórzostwo, a ja nigdy nie uczyłam cię być tchórzem - zakończyła.
Nie umiałem jej nic na to odpowiedzieć, bo sto razy bardziej wolałbym okazać się wtedy tchórzem, zebrać się w sobie i powiedzieć, że zostajemy. Może właśnie na to czekała. Na powód, który kazałby jej zostać uciekinierem, ale jednocześnie żyć w spokoju.
Kiedy następnego dnia wsiadałem do samolotu miałem straszną ochotę na te paskudne wiśnie...
[Nie umiem komentować opowiadań, ostrzegam.
OdpowiedzUsuńPodobało mi się, naprawdę. To jak ujęłaś Polskę, uczucia Kosmy, jego rozmowę z matką. Nie było to kilka suchych opisów, przynajmniej moim zdaniem. Brak kilku przecinków, ale nie razi aż tak.
Tadaa.]
Harper
[ W sumie w oczy nie rzuciły mi się jakoś specjalnie błędy. Ale nigdy nie potrafiłam ich wychwycać. No chyba, że 'nurz' hah. Tak czy inaczej. Podobało mi się. Co prawda było trochę może nie tyle ponure co przygnębiające i melancholijne. Nie wiem czy tak miało być czy ja po prostu mam coś z głową, ale dla mnie było to smutne. Jednak rozumiem, że taki jest zamysł twojej postaci. Nigdy nie potrafiłam prowadzić takich postaci i pisać opowiadań w takim nastroju, dlatego w moim imieniu gratuluję :d ]
OdpowiedzUsuńDylan
[ Muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko komentuję notatki, ponieważ w moim mniemaniu, niewiele z nich zasługuje na komentarz ze względu na słaby styl lub pisanie o przysłowiowej dupie. Przeczytałam od deski do deski. Podziwiam to, że nie bałaś się pisania w pierwszej osobie - nie każdemu wychodzi to dobrze i z doświadczenia wiem, iż większość autorów ucieka od pierwszoosobowej narracji. Osobiście wolę nieco inną formę, ale przyznam szczerze, że masz bardzo "gładki" styl, po rozpoczęciu czytania, doszłam szybciutko do ostatniej kropki. Kolejna pochwała za temat i problem przedstawiony w poście - śmierć osoby, której nie miało się okazji poznać, a która w pewien ważny sposób była częścią życia. Przygnębiające, mimowolnie zmuszające do przemyśleń. No i relacja dziecko - rodzic, duży plus.
OdpowiedzUsuńNiepotrzebnie boisz się krytyki, czy uważasz to, co napisałaś za niezbyt godne do czytania. Dziwię się jedynie, iż tak niewielu przyszło tutaj pod kartę wyrazić swoją opinię. Zaraz wstawiam swoją kartę, więc od razu zapraszam na wąteczek, jeśli jest chęć ;) ]
Vesper Caldwell
[Szczerze mówiąc, nie czytam blogowych opowiadań zbyt często. Zawsze zaczynam, ale nie zawsze kończę, bo - tak jak koleżanka wyżej - nie lubię czytać o niczym. Tutaj skusiłam się, w końcu pierwsza osoba odważyła się coś napisać. Aż chce się wytknąć jakieś błędy... haha :D Taki mało śmieszny żarcik.
OdpowiedzUsuńChociaż melancholia opanowała całość, jest dobrze. Czyta się przyjemnie, nie trzeba zastanawiać się nad nudnymi opisami i zbędnymi dialogami. Wszystko dopasowane do siebie, całość z przyjemnością przeczytałam. Sama nie potrafiłabym tak ując relacji między dzieckiem, a matką. Nie wiem, może nie moje klimaty w pisaniu. Jestem zdecydowanie na tak, chociaż w swoim komentarzu naplątałam tak, że nie jestem pewna czy wszystko jest zrozumiałe. Tak czy siak, czekam na kolejne opowiadania! :)
[Na pewno masz powtórzenie, na pewno brakuje kilku przecinków, ale jestem trochę nieogarnięta o tej porze i nie będę wszystkiego wypisywać. Przylazłam skomentować, bo wielbię notki na grupowcach!
OdpowiedzUsuńTekst ci się trochę zepsuł, nie wszędzie wyjustowany, ale nie drażniło mnie to tak bardzo jak zwykle, bo bardzo mi się podobało. Nie było sucho, nie było lania wody dla objętości, za to nabrałam ochoty na wiśnie i jestem na ciebie teraz zła.
Och, podziwiam cię za to, że piszesz w pierwszej osobie, a nagromadzenie czasowników nie przyprawia o zawrót głowy i nie robi z tego chaotycznej papki. Piszesz całkiem zgrabnie i lekko, przyjemnie się czytało, tekst płynął, nie męczył. Trochę krótko, ale akurat w tym przypadku za długi tekst zaszkodziłby jego jakości.
Och, nabełkotałam, co mi pierwsze do głowy przyszło po lekturze, jak czegoś nie zrozumiałaś, to w skrócie napiszę, że jest melancholijnie, ale dobrze, bardzo dobrze wręcz.
Więcej notek, proooszę. :c]
Marcel
Na wstępie najeżą Ci się szczere gratulację za odwagę i zaskarbienie sobie tytułu: pierwszej odważnej. Po drugie: jeszcze szczersze podziękowania za opublikowanie notki! To napawa nadzieją na świetlaną przyszłość bloga :D
OdpowiedzUsuńCo do samej treści - muszę przyznać, że miałam pewne obawy, bo - tak jak koleżeństwo wyżej - nie zawsze udaje mi się dobrnąć do końca, ale Twój tekst wciągnął mnie już na początku, a potem było tylko lepiej. Melancholia i odrobina ogólnego przygnębienia panuje, ale mimo to - jak najbardziej na plus.
Pisz więcej! :)