Barbra Pillsbury
Barb
Kiedy miała pięć lat, jej rodzice się rozwiedli. Zamieszkała z ojcem, starała się mu za wszelką cenę przypodobać. Robiła co chciał i jak chciał. Zaczęła grać na wiolonczeli. Nienawidziła tego, ale grała, bo tatuś jej kazał. Tatuś, który każdym celem dążył do perfekcji. Bił ją za pobrudzenie się i za to choćby, że swą białą rękawiczką wykrył odrobinkę kurzu. To wyzwoliło w niej chorobliwego pedanta. Gdy (co się w sumie zdarza) otrze się o coś i pozostanie plama panikuje. Boi się. W zasadzie nie ma czego, bo już od dawna nie mieszka z ojcem. Jest dużą dziewczynką ma przecież 28 lat i własne mieszkanie. Chodzi do psychologa i do cukierni. Uczy gry na wiolonczeli i gra w filharmonii. Ma też jeszcze jeden problem. Problem który stworzyli jej inni. Dotyczy on jej tuszy. I ojciec i wydawać by się mogło, że wszyscy naokoło dręczyli ją z tego powodu, ale to przecież jej ciało. Nie mogąc sobie z tym poradzić, zaczyna jeść więcej co za tym idzie i ciałka przybywa więcej.
Jak każdy człowiek, ma pewną tajemnicę i nie wiadomo czy ktoś jeszcze ją pozna...
_____________
Buźka - Tara Lynn
Cytat - George Orwell
[ Witam serdecznie na blogu i zapraszam do wątku z Ryanem, jeśli jest ochota :)]
OdpowiedzUsuńRyan
[Powitać. Zaskoczenie odnośnie tuszy - to coś nowego i miłego. :)]
OdpowiedzUsuńAlex Havok
[O, jestem zaskoczona - pierwszy raz spotykam się na blogu z kobiecą postacią plus size. Ciekawi mnie jedno - skąd taki pomysł?]
OdpowiedzUsuńWendy
[Nie moja wina, że tak się jej ciało prezentuje. Nie wszędzie są ideały. -.-' Co do wątku to rzadko kiedy odmawiam, więc chętnie. Można coś wykombinować przed gabinetem psychologa, bo i Alex czasem odwiedza tego lekarza, w związku z pracą. Hm?]
OdpowiedzUsuńAlex Havok
[ Fabianek pada na kolanka przed piękną Panią wiolonczelistką!]
OdpowiedzUsuń[ Pomysł mi się podoba. Powiedzmy pomagał by przy organizacji koncertu dla dzieciaków ze swojego domu dziecka, bo bardzo z nim związany jest czy coś :) Zaczęłabyś czy ja mam to zrobić?]
OdpowiedzUsuńRyan
[A ja powiem, że Barbie jest urocza z tymi swoimi boczkami i swoim specyficznym charakterkiem (który jakoś przemawia do mnie między wersami). Planujesz może sprawić jej jakiegoś mężczyznę? Bo jeśli tak, to ja chętnie takowego stworzę. Blogom przyda się choć trochę normalności, a co! :)]
OdpowiedzUsuń[Mężczyźni zawsze są potrzebni i się przydadzą jak chcesz to twórz ale prosiłabym jeszcze o kontakt jeżeli planujesz jej jakiegoś mężczyznę stworzyć... Zawsze chciałam swoją postać nazwać Barbra żeby można było na nią mówić Barbie. ]
UsuńBarbra
[Wobec tego zostwiam mój e-mail, odezwij się gdy będziesz miała czas: wszystko.ma.swoje.priorytety@gmail.com]
Usuń[Wiolonczelistka jest, pianista jest, chcę wątku! Dla odmiany z Loranem.]
OdpowiedzUsuń[jaka tam tusza, ona po prostu wygląda zdrowo ;) dobry wieczór.]
OdpowiedzUsuń[Ona jest super!
OdpowiedzUsuńTylko w kilku miejscach w karcie brakuje przecinków.]
Herb Simonsen
[Okey zacznę, tylko wcześniejsze wątki ogarnę. Dziś, albo najpóźniej dostaniesz zaczęcie :)]
OdpowiedzUsuńRyan
[Och, to w takim razie masz moje uznanie za odwagę.
OdpowiedzUsuńWątpię, że coś nam z tego wyjdzie, bo z Wendy to okropne dziewuszysko - ona boi się łysych, rudych i otyłych, więc.. więc niestety nie wróżę tu nic dobrego. Co poradzić? Taki człowiek.]
Wendy
[piękna jest, piękna! też kiedys miałam panienkę + size i tez była piękna :) o ]
OdpowiedzUsuńD. McCol
[Pomysł mam nawet na powiązanie i to takie po zbóju, ale wolę ci je w mailu opisać, więc wygrzebię go z listy autorów i spodziewaj się wiadomości ode mnie :)]
OdpowiedzUsuń~ Loran
[oczywiście, że wątek, masz może jakiś pomysł na niego, albo chociaż na powiązanie?]
OdpowiedzUsuń[Masz ode mnie maila :)]
OdpowiedzUsuń~ Loran
W takich momentach zawsze padał deszcz. Ohydny, londyński, jesienny deszcz spadłby w każdym miejscu na świecie, gdyby najbardziej beznadziejnemu człowiekowi we galaktyce miały właśnie wypaść z ręki papierosy, w locie wysypać się z paczki i wylądować w kałuży.
OdpowiedzUsuńBolało, bolało tak jak jeszcze nikogo nic nigdy nie bolało o czwartej nad ranem, w przemokniętym płaszczu i z duszą wyeksponowaną jak obnażony nerw, po którym ktoś przejeżdżał palcem, a i tak cierpiący już katusze człowiek czekał na ostateczny cios. Na palec, który wciśnięty w ranę wywoła taką eksplozję bólu, że serce nie wytrzyma. Loran dokładnie na to czekał, stojąc przed jednym z londyńskich szpitali i przyglądając się papierosom, które tańczyły w kałuży wraz z wielkimi kroplami deszczu. Miał wrażenie, że za moment właśnie tam wyląduje też jego twarz, ale oczekiwany z utęsknieniem ostateczny prawy sierpowy od rzeczywistości nie nadchodził.
Wciąż trwał w tym niemym zaskoczeniu, wciąż szedł przed siebie, mókł i płakał, kiedy dwie godziny później dalej nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Wszystko wydarzyło się w ciągu kilkuset minut. Normalnie taki czas poświęcał na przećwiczenie materiału na wieczorny koncert, kiedy sekundy wlekły w nieskończoność lub na kolejną niepotrzebną imprezę, podczas której kolejne kwadranse przeciekały przez palce i nagle zaczynało świtać. Czyli choć działo się wiele, tak naprawdę nic się nie zmieniało. Tristan wciąż był gdzieś w domyśle, doskonały plan stania się lepszą wersją siebie funkcjonował, a życie biegło tak, żeby on mógł wyciągnąć z niego jak najwięcej dla siebie. Tego cudowniejszego, doskonalszego siebie, którym nigdy nie miał szansy zostać.
Loran Buskati był idiotą. Był największym kretynem, jaki kiedykolwiek chodził po świecie, jaki kiedykolwiek zagościł na tej pięknej planecie i na nieszczęście nie mógł jej opuścić, zamknięty w dźwiękoszczelnej, kuloodpornej kapsule, z zapasem tlenu potrzebnym do opuszczenia atmosfery ziemskiej. A potem niech zdycha, bo tacy ludzie nie mieli nawet prawa umierać, powinni za to dusić się własną krwią z pękających naczyń i na koniec swojego żywota pokryć równą warstwą wszystkie ściany swojej kosmicznej trumny.
Tristan potraktował go lepiej, niż powinien był to zrobić. Nie wypomniał mu żadnego wyskoku, chociaż kolekcja potencjalnych wyrzutów mogła być naprawdę imponująca. Nie użył żadnego słowa celem jedynie zranienia Lorana na odchodnym, ale pomimo swojego kiepskiego stanu wszystkie dobierał tak, żeby grać jak najbardziej fair. Nie tłumaczył się i nie stawiał w roli ofiary, chociaż miał ku temu powody i użycie ich jako argumentów było całkowicie uzasadnione. Nie obwinił Lorana o nic, bo widział, że on sobie ze swojej winy doskonale zdaje sprawę. Po prostu podjął decyzję ratującą jego własne życie, które zaledwie kilkaset minut wcześniej chciał sobie odebrać. Działał rozsądnie. Słuchał tłumaczeń, słuchał lamentów i szlochów, słuchał obietnic po raz pierwszy całkowicie szczerych, ale mimo wszystko zrobił to, co należało zrobić. A należało uświadomić Loranowi istnienie granic, których przekroczenie skreśla człowieka z życia drugiego. Nawet jeśli ze wszystkiego zdał sobie sprawę już wcześniej, to było zdecydowanie za późno, bo wspomniane granice ignorował przez długie miesiące.
Loran Buskati był teraz sobą. Mały, beznadziejnym, zagubionym sobą, który tęskni za swoją własną fantazją na temat rodzinnego miasta, chociaż tak naprawdę nawet dobrze go nie pamiętał. Sobą, który niewiele potrzebuje do życia, ale wszystkie emocjonalne bebechy ma na wierzchu, więc krzywdę zrobić mu okrutnie łatwo. Sobą, który nie chciał złotych spinek do mankietów i posady gwiazdy wyższych sfer, ale ustawicznie psującego się autobusu do pracy i starego krzesła w pokoju nauczycielskim szkoły muzycznej w Tiranie. Sobą, który kochał Tristana Newmana i nie chciał go ranić, chociaż sam nie do końca radził sobie z tą miłością, ale pragnął to w sobie zmienimć. Sobą, który dostrzegał potrzeby ludzi dookoła i nawet jeśli nie poświęcał im całego swojego życia, to wycinek na miarę swoich możliwości miał zawsze do ich dyspozycji.
UsuńOczywiście, że chciał się zabić. Miał do tego setki powodów, a każdy następny lepszy od poprzedniego, jednak był również tchórzem, który nie potrafił nawet wychylić się przez barierkę na moście. Ba, nie potrafił nawet podejść za blisko, żeby ślepy los nie zadecydował za niego. Włóczył się po mieście do rana i włóczył ze sobą wszystko to, czego do tej pory tak gorliwie się wyrzekał. Swoją wieczną słabość, wszystkie swoje błędy, swoje wspomnienia i swoją obojętność na dziwne spojrzenia, bo zwykle właśnie tak patrzyło się na tych, którzy nie zastanawiali się nad obecnością ludzi dookoła i po prostu dławili się własnymi łzami podczas podróży metrem.
Kupił sobie nową paczkę papierosów i nie obchodziło go, że ławka jego mokra od deszczu, który całą noc przesiąkał przez kolejne warstwy jego ubrania. Nie obchodziło go, że było mu przeraźliwie zimno, a tak silne dreszcze nie wróżyły niczego dobrego. W torbie miał zdjęcie rentgenowskie swojego prawego nadgarstka. Podczas walki z zapalniczką z poturbowanego stawu wyzwolił się impuls bólu, wyhamowany do końca dopiero gdzieś w okolicach kręgosłupa. Prawdopodobnie skończył karierę pianisty w momencie ratowania się podparciem rękami, kiedy biegł po schodach i poślizgnął się na jednym z mokrych stopni. To też nie było ważne, chociaż cholernie bolało i jeszcze bardziej uniemożliwiało skupienie, a założony przez ortopedę z ostrego dyżuru stabilizator krępował naturalne ruchy całej ręki, choć ograniczał tylko jeden staw. Nic nie było ważne, świat i tak już się rozpadł, rozpadł się już dawno, ale Loran dopiero teraz pozwolił sobie to zobaczyć.
Mógł tak dalej łazić w nieskończoność, ale w swoim spacerze bez początku i końca zawędrował w okolice kamienicy, gdzie mieszkała Barb. Była dziewiąta rano. Ona była ostatnią deską ratunku przed zjedzeniem przez własne sumienie. Organ nieużywany wcale nie zanika. Czeka na swój moment i kiedy ów nadejdzie – rozpoczyna kampanię na miarę największych rajdów na wroga w historii ludzkości. Trzęsąc się, bardziej z płaczu niż z zimna, i paląc kolejnego papierosa, zapukał do drzwi.
[Dwóch stron nie ma, jest półtorej :) Ale nie czuj się zobowiązana, żeby pisać równie kolosalną odpowiedź, bo po prostu miałam sporo do opisania, stąd ta przerażająca długość.]
Ryan już od dziecka musiał radzić sobie sam. Nikt mu nigdy nie pomagał i nikt go nigdy nie wspierał. Mężczyzna nauczył się, że tylko ciężką pracą i samozaparciem można coś w życiu osiągnąć. Jego marzeniem było ukończenie studiów, jednak brak funduszy mu na to nie pozwolił. Zamiast więc dalszej nauki wybrał pracę śmieciarza- mało płatną i poniżającą, jednak dającą mu taką pensję, za którą spokojnie mógł żyć. Poza tym Sullivan imał się wielu dodatkowych zajęć, jako że potrafił zrobić wiele rzeczy. W sierocińcu to on właśnie naprawiał zepsute krany, kontakty i sprzęty. Szybko więc zyskał miano „złotej rączki”.
OdpowiedzUsuńW sumie nie narzekał na swoje życie. Był dumny z tego, że był osobą samodzielną, odpowiedzialną i niezależną, jednak czuł się coraz bardziej samotny.
Czasami tylko, kiedy samotność zaczynała mu już naprawdę doskwierać, był na nią zły, że jednak go nie zatrzymała. Może gdyby miał normalną rodzinę zostałby lekarzem, prawnikiem albo jeszcze kimś lepszym. A tak musiał się parać pracą śmieciarza i dorabiać sobie jako złota rączka żeby tylko żyć na jakimś dostatecznym poziomie. Nie żeby na to narzekał. Cieszył się z tego co miał, ponieważ na każdą z tych rzeczy sam ciężko zapracował. Od kiedy w jego życiu pojawiła się Nina miał o wiele prościej. Wydatkami dzielili się na pół, więc Ryan mógł część pensji odkładać na konto bankowe.
Nigdy nie ukrywał tego, że jest biedny. Wiedział też, że z tego właśnie powodu żadna kobieta go nie chciał. Nie miał przecież nic do zaoferowania. Nie miał drogiego samochodu, którym mógłby wozić swoją panią gdzie tylko by zechciała. Nie miał dobrze płatnej pracy, którą jego kobieta mogłaby się chwalić przed koleżankami. Nie miał też na swoim koncie bankowym kwoty kończącej się przynajmniej sześcioma zerami, za którą kupował by swojej kobiecie drogie prezenty.
W oczach zamożnych kobiet był nikim. Zwykłym robakiem, który stoi im na drodze do bogactwa.
Sullivan być może nie miał pieniędzy, samochodu i dobrej pracy. Jednak miał coś lepszego. Miał serce pełne miłości. Był pracowity, odpowiedzialny, niezależny i samodzielny. Potrafił dobrze gotować, a przede wszystkim był dżentelmenem. Jednak z jego obserwacji wynikało, że dzisiejszych kobiet takie rzeczy nie interesowały. Liczyła się tylko kasa, kasa kasa. A Sullivan był dla nich zbyt pospolity i zbyt normalny.
Sierociniec, w którym mężczyzna się wychowywał, był dla niego szczególnym miejscem. Był miejscem, do którego Ryan bardzo często powracał myślami. Był miejscem szczęśliwego dzieciństwa i wdzięczności za to, że Sullivan skończył tam, a nie na przykład, w jakimś koszu na śmieci. Brunet bardzo często odwiedzał swój dawny dom dziecka, by spotkać się z ulubionymi ciociami, które jeszcze tam pracowały, albo pobawić się z dzieciakami.
Nie było więc nic dziwnego w tym, że kiedy dyrektorka sierocińca poprosiła Ryana o pomoc w zorganizowaniu koncertu charytatywnego dla dzieciaków, mężczyzna z miejsca się zgodził. Chciał pomóc tym, którzy kiedyś pomogli jemu.
Dlatego też przez kilka kolejnych dni większość czasu spędzał w sierocińcu sprzątając, przenosząc coś lub ustawiając scenę.
Ryan
[Mam nadzieję, że toto u góry to zjadliwe jest.]
[Cieszę się :)]
OdpowiedzUsuńJ.T.
Ostatnio żyła na wysokich obrotach. Dom i praca, nic innego nie istniało. I choć miała czas na odpoczynek to powrót do pracy i cała energia jaką miała Alex pozostawiała w jednostce. Pożary, wypadki i kilkanaście błahych wyjazdów. Niby nic specjalnego, ale od czasu do czasu potrzebowała wizyty u psychologa. Zwłaszcza, że musiała odreagować w jakiś sposób to wszystko co widziała. Zniszczenia, krew, ciała ludzi.
OdpowiedzUsuńSiedziała na korytarzu czekając na swoją kolej. Nie interesowała się otoczeniem, ale gdy padło pytanie podniosła wzrok na osobę, która je wypowiedziała.
- Tak się składa, że tak. Niestety.
Zamiast tu siedzieć wolałaby sączyć sok jabłkowy w zaciszu przytulnej kawiarni i zagłębiać się w tekst dobrej książki lub rozmowę z kimś znajomym.
Alex H.
[To ja się już oficjalnie przywitam, bo Quinn pojawił się na blogu. Obejrzyj go sobie dokładnie i w razie jakichś zastrzeżeń - pisz ;)]
OdpowiedzUsuńQuinn
[W takim razie proponuję, żeby Quinn zwyczajnie wpadł do Barbry z wizytą. Przyniósłby butelkę wina i siedziałby u niej do późnej nocy. Opcją alternatywną jest to, iż to Barbie mogłaby przyjść do niego i zostałaby u niego na noc (bo oboje by pili, a on nie zgodziłby się na to, żeby wracała taksówką). Później oczywiście wątki będą ambitniejsze, ale póki co dla wyczucia stylu tej drugiej osoby proponuję właśnie taki banał. Co Ty na to?]
OdpowiedzUsuńQuinn
Brunet w zasadzie nie wiedział kiedy Barbra stała się dla niego kimś ważniejszym niż zwykła znajoma, kiedy zaczął się z nią przyjaźnić. Z pewnością wszystko zaczęło się od pamiętnego dnia, w którym to poczekał aż kobieta skończy swoją sesję z psychologiem i zaprosił ją na kawę, ale wtedy przecież nie wiązał z tą relacją żadnych nadziei. Zaczekał na nią, bo wydała mu się miła, ładnie się uśmiechała i generalnie sprawiała wrażenie kogoś sympatycznego. Quinn potrzebował ludzi sympatycznych. Chociaż nie, to złe stwierdzenie. On potrzebował jakichkolwiek ludzi. Przez lata spędzone na misji stracił naprawdę dużą część siebie i teraz stopniowo musiał ją odbudowywać. A że kiedyś był człowiekiem towarzyskim… Powoli wracał do swoich nawyków.
OdpowiedzUsuńW tym wszystkim, podczas porządkowania swojego bałaganu, czyli życia, znalazło się więc miejsce dla uroczej Barbie, która mimo, iż od powszechnie znanej lalki różniła się niemalże w stu procentach, ciekawiła go o wiele bardziej. Poza tym, ona była po prostu rzeczywista, a ich kontakt dobry, może nawet więcej niż dobry. To tłumaczyłoby dlaczego stał pod jej drzwiami z winem, które może i nie pasowało specjalnie do ciasteczek upieczonych przez kobietę, ale zwyczajnie im smakowało – co odkryli już jakiś czas temu na jednym ze spotkań.
- Dobry wieczór pani – przywitał się, uśmiechając się do niej ciepło, jak zawsze gdy ją widział. Musnął lekko jej policzek, bo taki mieli zwyczaj i wszedł do środka, by od razu zdjąć buty.
Quinn
Mężczyzna wiedział co przytrafiło się Barbie, gdy była jeszcze nastolatką, więc nie pospieszał jej w niczym, starał się także na nią nie naciskać, a jeśli już mu się to zdarzało to za każdym razem robił to nieświadomie. Quinn wychodził bowiem z założenia, iż z niczym nie trzeba gonić, że lepiej pozwolić wszystkiemu dojrzewać we własnym tempie. Nie zawsze co prawda wyznawał takie przekonania, jako młodzik (bo teraz bliżej mu było do wieku średniego niż młodzieńczego) zaliczał się do tych, co to są w gorącej wodzie kąpani, wszystko chcą już, zaraz, natychmiast. Wojsko dostarczyło mu jednak tyle adrenaliny i pośpiechu, że z przyjemnością się ociągał, zarówno podczas porannego wstawania jak i relacji damsko-męskich.
OdpowiedzUsuń- Cieszę się – stwierdził prosto, zaś gdy kobieta przyniosła i kieliszki i otwieracz, zaczął majstrować przy korku od butelki. – W sobotę chyba mi się nie uda, cały dzień będę w pracy – dodał po chwili, uśmiechając się do niej przepraszająco. – Wiem jednak, że świetnie sobie poradzisz, zresztą jak zawsze – powiedział jeszcze.
Otworzywszy butelkę, nalał im wina do kieliszków i podał jeden z nich Barbie. Lubił pić z nią alkohol, bo dziewczyna zawsze stawała się po nim nieco bardziej otwarta. Quinn nigdy nie pozwolił oczywiście na to, by ich stan wymknął się spod kontroli, lecz w swoim towarzystwie często byli nieco podpici. Wychodziło im to na dobre, więc w sumie dlaczego mieliby zmieniać nawyki? Każde z nich było już dorosłe, ponadto nikomu nie robili krzywdy.
Quinn
[Czytam kartę wielokrotnie i nie wiem... Adelka jest za mała jeszcze na uczenie się gry na instrumentach, więc to odpada... więc sama nie wiem...]
OdpowiedzUsuńJohny
Słysząc te słowa uśmiechnęła się pod nosem. Nie wyglądała na osobę mającą problem? Jak łatwo pozory mogły zmylić, a może po prostu nie był to problem, a zwykła wizyta pomagająca w funkcjonowaniu.
OdpowiedzUsuń- Pozory mylą, choć kwestie problemu można rozpatrywać na różne sposoby.
Nie planowała zwierzać się i otwierać się bardziej, już na korytarzu. Z resztą czy w czymkolwiek pomogła by jej taka pogawędka. Alex czasem miała problem z otwarciem się przed ludźmi. Wolała w samotności męczyć się ze swoimi "błahostkami", jak nazywała wszelkie problemy.
- Zapewne, nie wątpię w jej talent - odpowiedziała i wyciągnęła dłoń ku kobiecie, w końcu skoro już zaczęły rozmowę wypadałoby przedstawić się. - Jestem Alex.
W końcu zapowiadało się, że spędzą tutaj jeszcze kilka chwil.
Alex H.
[ moja mama jest wiolonczelistką :D Najpiękniejszy instrument świata <3 a czy ani wiolonczelistka ma jakikolwiek pomysł na wątek, który ja chętnie zacznę:D?]
OdpowiedzUsuńMorgan F.
[ niestety moja głowa jest pusta :C]
OdpowiedzUsuń[Dzięki wielkie. Barbie też wydaje się ciekawa. W końcu kobita z prawdziwego zdarzenia, a nie wychudzona panna. Tak, wiem, pewnie słyszysz to już n-ty raz, ale trudno, przetrawisz kolejny. Swoją drogą zastanawiam się czy dwie artystyczne dusze w jednym miejscu to już nie przesyt wrażliwości... jak zaczną gadać o sztuce i muzyce, to już wpadliśmy, bo mam wrażenie, że długo będą ten temat kończyć. W każdym razie, w odniesieniu do wątku: nie mam nic przeciwko temu, by Barbra kupiła od niego obraz. Pieniądze zawsze mu się przydadzą i choć szczęścia nie dają, na pewno są przez niego pożądane.]
OdpowiedzUsuńDEAN
[Jeśli bardzo nie chcesz, mogę zacząć, ale zawsze zbieram się do tego jak szczotka do jeża xD.]
OdpowiedzUsuńDEAN
[Przyznaję się, że próbowałam odpisać nie raz nie dwa, ale po prostu mi to nie idzie. Nie potrafię przyzwyczaić się do Twojego stylu pisania, a i postać Barbie chyba mnie przerosła. Wobec tego muszę poinformować Cię o tym, iż rezygnuję z naszego powiązania i wątku. Przykro mi, ale wolałam napisać Ci to wprost, niż "znikać w blogosferze".
OdpowiedzUsuńPowodzenia w innych wątkach! ;)]
Quinn
[Ja też :) Cudna ta Twoja pani, aż się dziwię, że jej wcześniej nie zauważyłam. Trudno się mówi, ale teraz już wątku nie odpuszczę. Tylko wdzięczna bym była jakbyś zaczęła, bo znając mnie to się początku z mojej strony nie doczekasz niestety.]
OdpowiedzUsuńGabryś Moore
[Kolejna sąsiadka, aż mi się miło zrobiło :) Pomysł jak najbardziej dobry, właściwie każdy jest dobry, jeśli tylko nie muszę zacząć.]
OdpowiedzUsuńGabryś Moore
[ Ależ proszę bardzo, tylko wykorzystam Cię do podrzucenia mi pomysłu :> ]
OdpowiedzUsuńFrederick
Dzień wolny, ta, jasne. Szczególnie dla nauczyciela, który musiał się zmierzyć z toną testów do poprawienia i zastanawiać się, jak można być takim idiotą, żeby podstawowej literatury nie znać?Toż taki Szekspir to przecież klasyka, duma narodowa Anglii, jak można nie wiedzieć nic o Hamlecie? Zbrodnia, powinni takich debili od razu ze szkoły wyrzucać, ot co.
OdpowiedzUsuńGabriel tylko westchnął i przekreślił na czerwono kolejne zdanie, odkładając na chwilę długopis tylko po to, żeby sięgnąć po kolejny już dzisiaj kubek kawy i na chwilę pogrążyć się w cudownym rozmarzeniu, które dopadało go za każdym razem, gdy tylko poczuł cudną woń napoju bogów. Niby powinien wielbić herbatę, w końcu piąta po południu i takie tam, ale to właśnie kawa była jego najlepszą przyjaciółką.
Zamyślił się na tyle, że dopiero po którymś z kolei pukaniu otrząsnął się, odstawił kubek na stertę papierów walającą się po biurku, i jakoś przelawirował przez zawalony salon, żeby po chwili stanąć w drzwiach naprzeciwko nieznajomej kobiety, która z niewyjaśnionych przyczyn trzymała w rękach tacę. Z ciastkami. Czekoladowymi. Uśmiechnął się. Nie pamiętał już kiedy ostatni raz jadł domowe wypieki, ale na pewno miało to miejsce przed śmiercią jego matki, potem już nikt mu nic nie piekł, a on sam miał do tego dwie lewe ręce.
- Witam - powiedział, oderwawszy wreszcie oczy od czekoladowych pyszności i utkwiwszy je w twarzy kobiety.
Gabryś Moore
[Bardzo chciałam, żeby mi pykła współpraca z Loranem, ale niestety, to nie było nam dane, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko cię przeprosić ;)]
OdpowiedzUsuń[Kochana! On to nawet buty czasem nei do pary zakłada XD!]
OdpowiedzUsuń~Ben
[a ja się na ten wątek bardzo chętnie zgodzę xD mam dwa pomysły; Ben, jako częsty gość Filharmonii może być jej osobistym i wiernym fanem, wysyłającym jej bukiety kwiatów po koncercie, albooo! może miec przy nim atak paniki z powodu plamy na sukience i on będzie próbował jakoś ją uspokoić? ;>]
OdpowiedzUsuń~Ben
[mam za soba 10.. xD co prawda nie na wiolonczeli, ale znam kupę wiolonczelistek więc rozumiem co to za ból xd pasuje mi! zacznij proszę <3]
OdpowiedzUsuń~ben
[a dziękuję bardzo ! też mi się podoba XD]
OdpowiedzUsuńpani K.
[Wątek z Francisem?]
OdpowiedzUsuń[Brywieczór c: Kocham już tą postać, bo jest taka realistyczna. Wreszcie kobieta z jakimiś kompleksami.]
OdpowiedzUsuńTeddy.
[Bardzo chętnie. Masz może już jakiś pomysł który chciałabyś zrealizować?]
OdpowiedzUsuńTeddy.
[Pomysłów raczej brak.]
OdpowiedzUsuńSebastian.
[Nie chcę cię dłużej przytrzymywać z wątkiem. Powiem tylko, że chwilowo nie wyrabiam z tymi, które mam, więc odezwę się kiedy zacznę ogarniać cokolwiek... ;P]
OdpowiedzUsuńDEAN
[W sumie, nie lubię wątków bez wcześniejszych relacji, no ale może być, o.]
OdpowiedzUsuńTeddy.
[Nie wiem jak to się stało, że cię pominęłam :<<<!!! PRZEPRASZAM!]
OdpowiedzUsuńUwielbiał filharmonię, mógł spędzać tam długie godziny, rozkoszując się dźwiękami dopływającymi ze sceny. Miał nawet ulubioną wiolonczelistkę, która każdym swoim koncertem upewniała go w przekonaniu, że jest aniołem muzyki, zesłanym na ziemię by uszczęśliwiać ludzi. Benjamin nie opuścił żadnego koncertu Barbry Pillsbury i był niemal pewien, że jedynym momentem w jego życiu kiedy nie przyjdzie na ogłaszany wcześniej koncert, będzie dzień jego śmierci. Miał też to szczęście, że dzięki związkowy z Wilhelmem, mógł bez problemu wkręcać się na wszystkie pokoncertowe poważne spotkania z muzykami, przez co miał okazje kilkakrotnie rozmawiać z jego wiolonczelową idolką. Tym razem było tak samo, zobaczył ją w tłumie i już miał wręczać jej kwiaty, kiedy ktoś wylał na nią jakiś napój, przez co dziewczyna dosłownie wpadła w panikę. Przez chwilę nie wiedział jak zareagować, więc zrobił pierwsze co przyszło mu na myśl, ściągnął swoją marynarkę, zasłonił niewielką mokrą plamę na sukience panny Pillsbury i delikatnie pociągnął ją w stronę drzwi prowadzących, prawdopodobnie, do łazienek.
- No już, nic się takiego nie stało... Troszkę wody, magiczna suszarka, która gdzieś tu powinna być i sukienka będzie jak nowa... To może nieodpowiedni moment, ale te kwiaty, które nieudolnie rzuciłem na podłogę były dla pani. Może nie powinienem tego mówić – zastanowił się chwilę. Nie chciał być odebrany jak ktoś, kto zupełnie nie szanuje natury., Wręcz przeciwnie! Uwielbiał kwiaty, ale okoliczności były dość niesprzyjający, więc wolał rzucić je w kąt, niż dać się do końca rozpłakać instrumentalistce.
Benjamin
[Też mi się spodobało. Jest takie słodkie :) To może jakiś wątek?]
OdpowiedzUsuńSamuel
[ Haha a no był, Murine Town, którego byłem/jestem skromnym założycielem ;) ale to już dwa lata prawie!
OdpowiedzUsuńej, bez przesady, gruba nie jest! Wolę takie, niż szkielety, serio ;) Ale spoko, zaczynam :) ]
Lubił swoją pracę. Zarabiał nienajgorzej, a spędzał czas w fantastyczny sposób. W dodatku bycie trenerem personalnym dawało mu mnóstwo satysfakcji. Nie chodziło mu o to, by odchudzać ludzi, ale o to, by odnaleźli w sobie pasję, zwiększyli pewność siebie i pokochali samych siebie. Brzmi banalnie? Pewnie, że tak. Ale on sam przez to przeszedł i uważał, że ma pełne prawo mówić w ten sposób.
Był już późny wieczór. Na siłowni prawie nikogo nie było. Nic dziwnego, piątkowy wieczór, więc ludzie poszli się bawić. On jednak czekał na ostatniego dzisiaj klienta. Była to jakaś dziewczyna o przesympatycznym głosie. Dzwoniła do niego dziś rano. Chce schudnąć, jak każdy. On jednak był przekonany, że jak wszystkie jego klientki jest przewrażliwiona na swoim punkcie.
Czekał więc na nią spokojnie, przy okazji robiąc na przemian po kilka pompek i brzuszków dla zabicia czasu.
Właśnie przechylił butelkę z wodą, by upić kilka łyków, gdy podeszła do niego jakaś dziewczyna. Mimowolnie zmierzył ją z dołu do góry i uśmiechnął się przyjacielsko. Znał ten typ, trochę zakompleksione, wstydliwe. Pewnie długo dojrzewałą do tej decyzji, ale dalej nie chce pokazać innym ludziom, że ćwiczy. Dziwne to trochę, bo przecież powinna być dumna, że podejmuje jakieś działanie.
OdpowiedzUsuń- Pewnie, że tak. To pani dzisiaj dzwoniła? - bardziej stwierdził, niż zapytał i spojrzał jej w oczy, próbując się przy tym zachowywać dość łagodnie, żeby ją ośmielić.
- Trener, zanim zajmie się ciałem, musi najpierw zbadać psychikę. Musi dowiedzieć się, w czym jest problem i co drugi człowiek chce osiągnąć - powiedział swoją standardową gatkę i uśmiechął się szeroko. - Dzisiaj więc trochę sobie pogadamy, zrobimy krótki test sprawnościowy, a do konkretów przejdziemy później - usiadł na ławce i poklepał miejsce obok siebie, aby zachęcić dziewczynę.
[Mnie pasuje. Tylko pozostaje pytanie, jak wyglądała ich znajomość w szkole? Lubili się, czy nie? Znali się tylko z widzenia, czy jakoś lepiej? Daj znać, jak to widzisz, a ja zacznę ;)]
OdpowiedzUsuńSamuel
Nic dziwnego w tym nie było, przecież Gabriel był tylko biednym pisarzem, który wszystko wydaje na kawę i papierosy, a nawet już zalegał z czynszem za tą imitację mieszkania, chociaż przebywał w stolicy dopiero od połowy sierpnia. A do gotowania się nie pchał, bo o ile potrafił zaparzyć wodę na napój bogów i zrobić jajecznicę, to pieczenie na pewno nie było jego mocną stroną. Nawet nie próbował, tylko zdawał się na łaskę innych.
OdpowiedzUsuńBez słowa zamknął za kobietą drzwi, nie zamierzając nawet narzekać na jej bezpośredniość. Póki przynosiła mu jedzenie była mile widziana, nawet w środku nocy. Chociaż wtedy zapewne zabrałby talerz a ją wywalił, ale cóż. Nie można mieć wszystkiego. Nie zauważył nawet jak rozgląda się po jego kawalerskim gniazdku, które jak dla niego było wystarczająco czyste. Owszem, po podłodze i meblach walały się ubrania (niekoniecznie brudne) jak i stare gazety czy gdzieniegdzie kubki po kawie, ale wiedział na pewno, że nie znajdzie tu ani grama kurzu, bowiem sam dwa czy nawet trzy razy w tygodniu go tępił, biegając po całym domu z miotełką do pajęczym i ścierką. Bo kurz był obrzydliwy.
- Dziękuję - słowo to ledwie przeszło mu przez gardło, bowiem już czuł napływającą do ust ślinkę, którą przełknął gdy tylko podała mu tacę. - Mogę zaproponować ci w zamian kawę? Albo herbatę, chociaż nie jestem do końca pewny czy w ogóle herbatę mam - mruknął, nie czekając dłużej i wkładając sobie jedno ciasteczko w całości do ust.
Uśmiechnął się, przełknął i odstawił tacę, zabierając się za nastawienie wody.
- Gabriel Moore, nauczyciel, już wiem kogo mam obwiniać za rozpraszanie mnie podczas męczenia się nad klasówkami. Ale jak częściej będziesz wpadać z ciastkami to wszystko ci wybaczę.
[Dzień dobry, witam się po urlopie i mam nadzieję, że zostanie mi wybaczona ta zwłoka w odpisywaniu :)]
Gabryś Moore
Oczywistym było dla niego to, że dziewczyna na razie będzie miała do niego dystans. Ale tak samo oczywistym było dla niego to, że już niedługo będzie go traktować tak, jakby znali się od lat. A przynajmniej inni zachowywali się w ten sposób. On raczej nie miał dystansu do ludzi. Był bezpośredni, lubił dotyk drugiego człowieka i cieszył się z obcowania z nim. No chyba, że ktoś traktował go z góry. Takich ludzi omijał jednak szerokim łukiem.
OdpowiedzUsuńSkinął jedynie głową w odpowiedzi na jej pytanie, po czym wsłuchał się w jej słowa.
Gdy skończyła, uśmiechnął się do niej pogodnie i jeszcze raz otaksował ją spojrzeniem.
- Fajnie, że chcesz coś zmienić - powiedział i ściągnął na chwilę brwi. - Ale to się uda wtedy, gdy będziesz to robiła dla samej siebie, a nie dla otoczenia. Bo wiesz, jeśli dobrze jest ci tak, jak jest, to wszystko w porządky. Jeśli twój organizm jest zdrowy, to nie ma potrzeby go katować, jeśli tego nie pragniesz, bo będziesz się tylko męczyć a efekt będzie mizerny. Wiesz, bo naprawdę nie jest tak źle, zdecydowanie gorsze przypadki chodzą po ulicach. Zresztą, jaki facet lubi szkielety - prychnął i roześmiał się głośno.
- To są pedały - machnął ręką i roześmiał się. - Faceci chcą żeby dziewczyna miała biust, tyłek, fajne, umięśnione nogi. Żeby miał za co złapać - roześmiał się. - Możemy zrobić z ciebie drugą Marylin Monroe, ale do stanu kościotrupa cię nie doprowadzę - powiedział kręcąc głową z lekkim obrzydzeniem na wzmiankę o tym ostatnim. Cholera, nie rozumiał współczesnego świata. Dziewczyny zaczynały wyglądać jak faceci, faceci jak dziewczyny. Jakaś kompletna paranoja!
OdpowiedzUsuńKażdy człowiek potrzebuje jednak akceptacji, bliskości, miłości... On sam tych dwóch pierwszych doświadczył, może i ktoś się w nim jeszcze zakochał, ale on sam - nie. Zaczynał się zastanawiać, czy coś jest z nim nie tak, że tego nie czuje, czy że ma jakieś wygórowane wymagania. Tylko prawda była taka, że on wymagań nie miał żadnych. Chciał po prostu poczuć coś więcej, niż tylko chwilowe porządanie.
- Ze mnie też się kiedyś śmiali. Byłem malutki i mówiłem językiem, którego nikt nie rozumiał - mrugnął do niej porozumiewawczo. - Wiem, jak to jest mieć kompleksy, ale wiem też, jak to jest poczuć się cudownie we własnej skórze. I jestem wręcz przekonany, że ty też to poczujesz, o ile mi zaufasz - uśmiechnął się do niej i spojrzał na nią uważnie.
- Uwierz, że dla dorastającego chłopca bycie malutkim jest czymś gorszym, niż grubiutkim - powiedział spokojnie i starł kilka kropel potu ze swojego czoła.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na nią ze zdziwieniem i roześmiał się głośno, jak to miał w zwyczaju.
- Ale jakich słów? - uśmiechnął się głupkowato. Nie miał bladego pojęcia o co może jej chodzić, ale sam fakt, że stwierdziła, że jest artystką, skłaniał go ku tezie, że będą w stanie się dogadać.
- W porządku, jeśli źle się czujesz sama ze sobą, to możemy brać się do roboty już od poniedziałku. Ale uwierz mi też, że nie każdej kobiecie pasuje szczupła sylwetka. A "miękkie sfery" jak ty to nazwałaś, mogą być bardzo apetyczne - znów się zaśmiał. Wiedział, że jako trener nie powinien tak mówić, ale u licha, nie chciałby, żeby jego kobieta była bardziej umięśniona od niego.
- Tony - uścinsnął jej rękę z szerokim uśmiechem. - Zajadę cię - wyszczerzył się jeszcze bardziej i puścił jej oczko.
- Ale niektórym to naprawdę pasuje! - roześmiał się i spojrzał na nią pogodnie. Mogła sobie myśleć, co chciała, ale on miał swoje zdanie, które ciężko mu było zmienić. - Wiesz, ja nie mam żadnych fałdek, a jednak żony, a nawet dziewczyny również brak, więc nie widzę powiązania - mrugnął do niej. Mina mu na chwilę zrzedła, ale już za chwilę się rozchmurzył. On nie był tutaj od prania własnych brudów.
OdpowiedzUsuńMachnął ręką i pokręcił głową.
- Ja w tym kontekście nie miałem na myśli homoseksualistów, tylko hetero gustujących w szkieletach wyglądających jak mali chłopcy, ot co! - powiedział. - Ja jestem bardzo tolerancyjny - stwierdził.
- Wiesz, na razie nie chcę cię zrazić do ciebie - roześmiał się. - Dziewczyny, jak już mówiłem nie mam. A impreza to też dobry trening. Ja tam zawsze szaleję na parkiecie do rana - uśmiechnął się szeroko. Może też powinna tego spróbować?
- Benjamin. - uśmiechnął się, lekko ściskając jej dłoń – Chodzę na pani koncerty, powiedzmy że jestem takim małym fanem, a korzystając z faktu, że bliska mi osoba jest muzykiem, miałem możliwość wejścia na kilka spotkań po koncertach. Rozmawialiśmy jakiś czas temu, po koncercie na którym prezentowała pani Symfonię koncertującą e-moll, Prokofjewa. Swoją drogą, mistrzowską ją pani zagrała... - dodał szybko, starając się jednocześnie zastanowić nad tym, czy i w jaki sposób zetrzeć powstałą plamkę.
OdpowiedzUsuńBenjamin zachowywał się czasem jak nastolatek, szczególnie w obliczu osób które naprawdę cenił. Barbrę zobaczył pierwszy raz kilka lat temu i od tamtej pory był nią niezmiernie oczarowany. Wilhelm śmiał się czasem, że zapewne gdyby miał możliwość spędzenia z nią reszty życia, nie zastanawiałby się ani chwili. Mógł jej słuchać godzinami, ale nie chciał wyjść na jakiegoś szalonego groupie, więc po chwili znalazł czystą białą szmatkę i wręczył ją kobiecie.
- To może ja poczekam na zewnątrz..? - dopiero po chwili dotarło do niego, że stoją na środku damskiej toalety, a jego obecność tam z pewnością zostałaby dość dziwnie odebrana przez chcące poprawić makijaż inne kobiety. Nie chciał wywołać niepotrzebnej paniki, a to właśnie ona zawsze pojawiała się we wszystkich filmach, w których mężczyzna został zauważony w miejscu przeznaczonym jedynie dla pań. - Tak, zdecydowanie poczekam na zewnątrz...
Benjamin.
- Przepraszam bardzo, ja jestem cholernie tolerancyjny, poważnie - uśmiechnął się. - Ale co do gejów, wystarczy, że będą się trzymać zdala od mojego tyłka - roześmiał się. Nie był homofobem, ale kurcze... już raz jeden palant się do niego przystawiał, to mu wystarczyło.
OdpowiedzUsuń- Strach jest dobry - powiedział. - O ile cię nie paraliżuje - uśmiechnął się do niej. - Ja jestem tu po to, żeby ci pomóc w pokonywaniu własnych barier. Jak ma się wsparcie to nie jest to wcale takie trudne - wyszczerzył się.
Gdy mówiła, słuchał jej uważnie. Wolał się nie przyznawać do tego, że z niego z kolei straszny bałaganiarz. Niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć.
- Wiesz, myślę, że na razie i tak będziemy ćwiczyć raczej w parku. Jest całkiem ładna pogoda, i tak na razie popracujemy nad zgubieniem masy, a ćwiczenia cardio najlepiej robić na świeżym powietrzu. Wtedy tak szybko się nie męczysz - stwierdził.
Zmarszczył czoło i spojrzał na nią ze zdziwieniem, gdy usłyszał jej ostatnie słowa.
- Ale dlaczego tak uważasz? - spytał, kompletnie się z nią nie zgadzając.
[ A no faktycznie, coś takiego było! Ale chyba nie trwało długo. ]
[Jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad zachowaniem Samuela w czasach liceum. Wątpię, jednak by dręczył innych. Może on jej czasem pomagał, jednak tak po kryjomu, bo trochę bał się, że przez to oberwie mu się od tych popularnych dzieciaków, co?]
OdpowiedzUsuńSamuel
[A czy to mogłoby być jakieś spotkanie starej klasy, czy raczej przypadkowe wpadnięcie na siebie gdzieś? Daj jeszcze znać, co do tego i zacznę ;)]
OdpowiedzUsuńSamuel
Słuchał jej w skupieniu, jednak jej puenta tak go zaszokowała, że najpierw rozdziawił buzię, nie wiedząc dokładnie co powiedzieć, po czym wybuchnął głośnym śmiechem i dłuższą chwilę zajęło mu uspokojenie się.
OdpowiedzUsuń- Trafne spostrzeżenie - stwierdził, próbując jakoś złapać oddech. - Ale nie zawsze tak działa. Spójrz na mnie, piękny jakiś nie jestem więc i ładnie się nie zestarzeję - wzruszył ramionami. - A z kobietą jest jak z winem, im starsze tym lepsze - uśmiechnął się łobuzersko.
Schylił się do swojej torby w poszukiwaniu kalendarza. Przerzucił kilka kartek, coś pomruczał pod nosem i stuknął palcem w wybraną datę.
- Jak dla mnie może być poniedziałek po południu - powiedział.
[może jakiś romans, coś teges? czy Barbra taka nie jest?]
OdpowiedzUsuńRichard Q.
[W porządku, to ja zaczynam :)]
OdpowiedzUsuńSam środek tygodnia, a Samuel nie miał prawie nic do zrobienia. Był tylko w szkole, poprowadził kilka lekcji, a resztę dnia miał wolne. Rzadko kiedy udawało mu się znaleźć tyle wolnego czasu. Aż sam się dziwił, że wszystkie sprawy ułożyły się w ten sposób.
Postanowił wykorzystać te parę chwil i zabrał syna na spacer. Krążyli po mieście. Byli już w parku, na placu zabaw, a teraz zmierzali w stronę cukierni, ponieważ mały zażyczył sobie ciasta, a Friedrich nie był w stanie mu tego odmówić, szczególnie, że sam miał ochotę na coś słodkiego. W głowie już widział ogromną babeczkę z kolorową posypką na wierzchu.
Kiedy stali na przejściu, uwagę Willa zwróciła jakaś kobieta. Wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, po czym pociągnął ojca za płaszcz i oznajmił poważnym tonem.
- Tatusiu, masz zdjęcie z tą panią - patrzył z uwagą na twarz ojca, by po chwili znów zainteresować się daną osobą.
Faktycznie, Samuel rozpoznał we wskazanej kobiecie Barbrę. Dziewczynę, która była nękana w szkole i której potajemnie pomagał. Uśmiechnął się lekko i podszedł do niej.
- Hej. Dobrze Cię widzieć - powiedział przyjaźnie. - Nie wiem, czy mnie pamiętasz, Samuel Friedrich - oznajmił, patrząc jej w oczy. W tym samym momencie światło zmieniło kolor na zielony, oznajmiając, że mogą przejść. Sam jednak się nie ruszył, czekając na odpowiedź.
Samuel
[Przepraszam, że tak słabo. Później się poprawię :)]
- Benjamin. - uścisnął lekko jej dłoń, z uśmiechem – I ranisz moje serce tym wyznaniem. Obawiam się, że gdyby nie twoja gra, nie zaglądałbym do filharmonii – rozłożył ze śmiechem ręce i zgodnie z jej prośbą, został w łazience, choć trzeba przyznać że czuł delikatny dyskomfort – Mój partner jest muzykiem, więc on najchętniej spędziłby swoje całe życie w filharmonii. Ma tu w końcu dostęp do wszystkich możliwych instrumentów, a Wilhelm jest człowiekiem, który tworzy... Zresztą całkiem przyjemne rzeczy, więc taki dostęp do wszystkiego, jest dla niego wręcz idealny. No niestety, zanim cię usłyszałem, przychodziłem tu raczej za karę niż z przyjemności, więc nie możesz mi tego zrobić i nie możesz zrezygnować z gry – powiedział ze śmiechem, podając jej kolejną czystą ściereczkę. - Nie no, oczywiście to tylko żarty... W zasadzie nie powinno się robić tego czego się nie chce, prawda? Każdy z nas powinien mieć to poczucie swoistej wolności w wyborach dróg życiowych. Ja na przykład nie wyobrażam sobie, że mógłbym zacząć nagle pracować jako agent ubezpieczeniowy, tylko dlatego, że ktoś chce żebym to robił.
OdpowiedzUsuńBenjamin.
[a bardzo chętnie, tylko pomysłu nie mam]
OdpowiedzUsuńVictor
[Ach ta Barbra. :D]
OdpowiedzUsuń[Podziękuje za powitanie ^^ I odpowiem, że jesteśmy chętni na wątek :D W ogóle pomyślałam, że Barbra mogłaby uczyć Marcusa gry, jednak synek jest za mały na wiolonczelę :D Może Ty masz jakiś pomysł ? ^^ ]
OdpowiedzUsuńGerard
[Nie miałam zielonego pojęcia, że w tak młodym wieku można się uczyć gry na wiolonczeli ;) ewentualnie może ją napaść pies :d więc kto zaczyna ?:) ]
OdpowiedzUsuńGerard
[A pewnie, pewnie. Tylko... masz jakiś pomysł?]
OdpowiedzUsuń[o, no to może coś takiego, że oni będą znali się jedynie tak na cześć, no i przypadkowo kiedyś Victor wyleje coś na nią, a ona zacznie panikować?]
OdpowiedzUsuńVictor
[No możesz, możesz :) ]
OdpowiedzUsuńJak na taką porę roku pogoda była dość przyjemna. Słońce świeciło jak mogło, a chmur praktycznie nie było. Gdyby nie ten wiatr. Ale co człowiek może na to poradzić. Trzeba tylko korzystać ze słonecznego dnia! Dlatego właśnie Gerard ubrał syna, założył obroże i kaganiec psu i wyszedł z mieszkania.
Spacerowanie po Central Parku było przyjemnością samą w sobie. Synek biegał po parku i wydzierał się wniebogłosy. Spota spuścił ze smyczy. Choć pies był wielkim bydlęciem i wyglądał groźnie nie było nic bardziej mylnego od tego stwierdzenia. Spot był wielkim puchatym, przyjaznym psem, który uwielbia się bawić.
Właśnie dlatego Gerard nie spodziewał się, że przyjazny i miły Spot pobiegnie w trymiga w stronę kobiety. Kobiety, która w ogóle nie była świadoma, że coś takiego jak Spot biegnie w jej stronę! Mężczyzna ruszył za swym pupilem starając się go zatrzymać.
Gerard
[Chęć jest, z pomysłami gorzej, chyba że polecimy po prostu czymś związanym z filharmonią. Przyjdzie na próbę i będzie stresował innych.]
OdpowiedzUsuń~ Vincent Wolfe
[Mógłbym poprosić o to Ciebie? ; >]
OdpowiedzUsuń~ Vincent Wolfe
[Dzień dobry ;) może jakiś wątek?}
OdpowiedzUsuńMiał dwadzieścia dziewięć lat. To nie było wiele. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, oczywiście — dla osiemdziesięciolatka byłby młokosem, dla jedenastolatka człowiekiem zbliżającym się ku starości — ale względnie obiektywnie rzecz ujmując, to nie było zbyt wiele. Dla muzyka był to wspaniały wiek. Nie żeby późniejsze czy wcześniejsze lata były gorsze, ale... Dwudziestodziewięcioletni sportowiec zbliża się do końca swojej kariery, dwudziestodziewięcioletni naukowiec nie często w tym wieku ma na swoim koncie osiągnięcie godne Nobla. Dwudziestodziewięcioletni muzyk ma mnóstwo lat kariery przed sobą, a to, co zdążył już osiągnąć, może być naprawdę znaczące.
OdpowiedzUsuńVincent Wolfe był dość znaną i szanowaną osobą w środowisku muzycznym. Dążył do perfekcji. Rzecz jasna, jeszcze jej nie osiągnął, ale w tym przypadku słowem kluczowym było jeszcze, przynajmniej w mniemaniu Vincenta. Wolfe nie wygrywał konkursy, jeździł po świecie z koncertami, komponował, zdarzyło mu się też napisać muzykę do filmu. Czasem grywał w filharmonii, ale to nie była jego stała praca.
Niedawno powrócił z powrotem do swojego ojczystego miasta, do Londynu. Zaproszono go na próbę. Sam nie wiedział, dlaczego i po co, bo co on miałby tam robić? Ale uśmiechnął się wtedy kulturalnie i zaproszenie oczywiście przyjął, bo dlaczego by nie? A skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B, więc odpowiedniego dnia o odpowiedniej porze Vincent Wolfe wsiadł w samochód i pojechał do filharmonii.
Wszedł na salę, kiedy muzycy rozsiadali się wygodnie z instrumentami. Przywitał się z dyrygentem i rozejrzał po przestronnej sali, odnajdując wśród ludzi tutaj obecnych znajome twarze. Nieznajome także były.
~ Vincent Wolfe
[A bardzo chętnie :D
OdpowiedzUsuńNo to ja mam taki pomysł, żeby Colin pewnego dnia przez przypadek oblał ją kawą, kiedy wychodził z kawiarni, przy okazji zalewając też swoje testy? Ona zaczęłaby panikować, a on zupełnie nie wiedziałby jak sobie z nią poradzić i czułby się winny, że tak narozrabiał. Co ty na to? Wiem, że pomysł w sumie banalny, ale skoro Barbra tak bardzo boi się plam, to może to całkiem fajnie wyjść :D
Jeśli nie, oczywiście zrozumiem :D No i jeśli masz jeszcze jakiś inny pomysł, to napisz, zdecydujemy co wybrać lub dojdziemy do konsensusu :)]
~ Colin Cole
[ Dzień dobry, witam ]
OdpowiedzUsuńJunhyun
[hej, dziękuję za powitanie i komplement. Mi też się owy pan podoba :) Proponuję wątek, jeśli masz ochotę. Mogli się już spotkać, albo zacząć znajomość od nowa :) Jak wolisz]
OdpowiedzUsuń[podoba mi się pomysł z byłym chłopakiem. Musiałoby to być za czasów licealnych, może nawet krótko przede tym jak Dereck zaczął być ze swoją przyszłą żoną ]
OdpowiedzUsuńCo robi pilot kiedy ma akurat cztery dni przerwy między jednym, a drugim lotem i ma szansę odpoczywać w zaciszu mieszkania, poczytać książki, nadrobić oglądanie wiadomości i sięgnąć po dawno zapomniane gry komputerowe? Wtedy okazuję się oczywiście, że do załatwienia pozostają bardziej przyziemne sprawy niż rozrywki, że należy opłacić rachunki, które już jakiś czas leżą na stosie, posegregować pocztę, odpisać na maile, zamówić sprzątanie z dostawą do domu. W ten weekend miała do niego przybyć Nina. Cieszył się na te wizyty, choć zawsze zwiastowało to jakąś tragedie, kłótnie i wyrzuty, ale musiał to zrozumieć, sam też nie urodził się przecież mając trzydzieści dwa lata i nie mógł uchodzić również za idealnego w relacjach rodzinnych, toteż rozumiał, że czternastoletnia Nina miała do niego o pewne sprawy pretensję. Nie był najlepszym ojcem. Tego dnia oprócz załatwienia wyżej wymienionej listy zajęć czekały go również zakupy. Nie przepadał za wizytami w hipermarkecie, ale były one konieczne, szczególnie, że nie wypada żywić córki samymi daniami z restauracji, albo dopuścić do sytuacji w której nie będzie miała co zjeść na śniadanie. Beth zwracała szczególną uwagę na zdrowe żywienie, a on nie mógł się temu sprzeciwiać. Lawirując między jedną, a drugą półką z produktami użytku dziennego, wrzucając raz po raz bez wielkiego namysłu rzeczy do wózka w pewnej chwili zawiesił wzrok na kobiecie, która właśnie zatrzymała się przy jednym ze stoisk. Chciał powiedzieć, że świat jest mały, zamiast tego uśmiechnął się i popchnął wózek w jej stronę.
- Cześć Barb. Sto lat Cię nie widziałem – powiedział na przywitanie, choć widział ją z profilu był niemal pewien, że to właśnie ona. Poznałby ją wszędzie. Barb, dziewczyna, która złamała mu serce, ale było to tak dawno temu, że z perspektywy czasu nie bolało. Rzuciła go, sam właściwie nie wiedział dlaczego. Po prostu nie i koniec, choć pewnie był jakiś powód, którego nie zdołał z niej wydusić. Wtedy czuł się jak uderzony z pięści w twarz, ale w końcu był w szkole średniej, był niedojrzały, mimo że nieco ponad rok później został już ojcem. Teraz ucieszył się na to spotkanie, jakby przypomniał sobie młodość i ujęło mu kilka lat.
[Dobry wieczór. Śliczna jest i gra na wiolonczeli, więc mogę ją kochać]/Fraser
OdpowiedzUsuńMuzycy w końcu zajęli odpowiednie miejsca, pozycje i tak dalej, instrumenty mieli już prawidłowo przygotowane, a więc każdy — przynajmniej tak się wydawało — był już gotowy do rozpoczęcia próby. Vincent nie potrafił ocenić, czy ogarnęli się prędko, czy też to zajęło im więcej niż powinno, ponieważ nie wiedział, o której dokładnie godzinie próba miała się rozpocząć. Dyrygent jednak nie krzyczał, a był to człowiek — o czym Wolfe doskonale wiedział, bo znał go dobrze — który prędko się irytował i pierwszy był do podnoszenia głosu. Ha!, trafił swój na swego, bo przecież Vincent także nie należał do najspokojniejszych ludzi na świecie.
OdpowiedzUsuńWolfe stanął sobie z boku, kiedy dyrygent zabrał się do pracy, i w milczeniu przysłuchiwał się temu, co muzycy stwarzali. Po chwili jednak bierne patrzenie nieco mu się znudziło, więc zaczął przechadzać się po sali, bacznie przyglądając się orkiestrze. On sam nie cierpiał, kiedy ktoś patrzył mu na ręce, kiedy grał, co nie przeszkadzało mu robić tego, kiedy to inni bawili się z instrumentami.
~ Vincent Wolfe
[Witam, witam. Niespotykana postać, jestem pod wrażeniem pomysłu. Jakieś pomysły na to, jakbyśmy mogły połączyć nasze panienki w wątku? ]
OdpowiedzUsuń[też bardzo mi się podoba :)]
OdpowiedzUsuńDave F.
[ Dobry :) A i owszem, Nocni Łowcy. Lubię bardzo. ]
OdpowiedzUsuńEvan
[ A chadza, chadza. Czasem :D I raczej nie z własnej nieprzymuszonej woli, ale spotkać go tam można. Masz może jakiś pomysł z tym związany?]
OdpowiedzUsuńEvan
[hej ^^]
OdpowiedzUsuńMatthew Ferguson
[A witam !]
OdpowiedzUsuńTomy
[oh well, ja bardzo chętnie :) jakieś pomysły co do wątku lub powiązań? ;)]
OdpowiedzUsuńMatt Ferguson
[ Dobry, dobry! Właśnie zastanawiam się nad wątkiem, ale coś pomysłu nie mam. :< ]
OdpowiedzUsuńNathaniel
[ Coś mi mówi, że z pierwszego pomysłu wyszedłby dobry wątek. :) Oczywiście skoro pomysł twój to zacznę. ;) Tylko jak wrócę z Wigilii, ewentualnie jutro. :* Chyba, że ty chcesz xD ]
OdpowiedzUsuńNathaniel
[ Witam :>]
OdpowiedzUsuńKatya