Nic się nie zmieniło.

Ciało jest bolesne,
jeść musi i oddychać powietrzem i spać,
ma cienką skórę, a tuż pod nią krew,
ma spory zasób zębów i paznokci,
kości jego łamliwe, stawy rozciągliwe.
W torturach jest to wszystko brane pod uwagę.

Marcus KOSMA Grant
28 lat

Popełnia siedem samobójstw w ciągu tygodnia, a dokonuje ich każdego wieczora we własnej głowie. Dzięki temu zabiegowi rano jest w stanie wmówić sobie, że zaczyna od nowa. Przestrzega ustalonych przez siebie samego zasad i limitów. Płynnie posługuje się językiem angielskim, polskim i francuskim, aczkolwiek ogólnie mówi dość mało. Skończył studia, uciekł z domu, pracuje to tu, to tam, sprzedaje swoje rysunki i na razie na większość rzeczy mu wystarcza. Chciałby pozbyć się wspomnień, ale te są zbyt nachalne. Nie zastanawia się nad kolejnym dniem, stara się ograniczać przepływ myśli do minimum - działania mechaniczne to przecież niesamowita wygoda. Usiłuje ogarnąć swoje życie, naprawdę, ale jest to wysiłek przewyższający możliwości jego skromnej osoby, więc żyje w nadziei, że coś się ruszy. Tymczasem jednak trwa w zawieszeniu, w którym na szczęście nie jest w stanie bardziej się zniszczyć. Unika przypadkowego dotyku, szczególnie ze strony mężczyzn. Albo coś ze sobą zrobi, albo umrze definitywnie, co jest prawie niemożliwe, bo szanuje życie, jakkolwiek gówniane by nie było. On tak naprawdę nie chce się zabić, ale nie pozwala się również ratować. Trudno zdobyć jego zaufanie i potrzeba czasu, żeby się przemógł do większego zbliżenia. Do chwili, aż ma gdzie spać, na czym rysować i za co zrobić kolejny kubek kawy jest dobrze, a przynajmniej tak twierdzi. Uważa również, iż w końcu wszystko się ułoży. Siedzi w nim optymizm, o który nikt by go nawet nie posądził, bo to nie jest aż taki zły chłopak. 

NOTES
RELATIONSHIPS


___________________
KP I
Mam pana do oddania.

50 komentarzy:

  1. [Będę na to uważać. Klawisze mi często wysiadają (klawiatura już jest trochę maltretowana, to tak z góry ostrzegam, jakby się pojawiły połączone wyrazy), a połączeń po znakach interpunkcyjnych przeglądarka nie podkreśla.]

    Marzenia jednak się spełniają.
    Emithiel, siedząc na ziemi w mieszkaniu Marcusa, kolejny raz przymknął oczy z uśmiechem.
    Jego wiersze pojawią się w tomiku zbierającym utwory różnych początkujących artystów. Haczyk był jeden - mają pojawić się ilustracje. "Chcemy stworzyć coś nowego, pokazać, jak łączą się dwa nurty sztuki!" Na szczęście Kosma zaoferował swą pomoc w tym względzie - ba, pomysł bardzo przypadł mu do gustu. Właśnie dlatego teraz siedzieli, w nocy, otoczeni kartkami z rękopisami. Musieli wybrać pięć, i zdecydować jakie rysunki będą odpowiednie.
    - Nie wierzę w to - wyrwało mu się po raz kolejny. - To jest szansa, może zostanę zauważony, może... dobra, chyba powinienem już przestać o tym gadać.

    OdpowiedzUsuń
  2. - Ja tak tylko uzewnętrzniałem swoje myśli. I można powiedzieć, że to było też do Ciebie. Pomijając, poza tym, skoro dalej ze mną trzymasz, chyba nie jest jeszcze tak źle?
    Z wdzięcznością przyjął kubek, podmuchał, i wypił mały łyk zbawiennego, gorącego napoju. Niby kawa nigdy nie działała na nim zbyt długo, ale grunt, że działała w ogóle. Szczególnie w chwili, w której musiał się wysilić i jeszcze przez trochę pomyśleć, a jego umysł dawał wyraźne, protestujące ku temu sygnały.
    - Niee wieem, mózg mi wysiada, zarządzam chwilę przerwy, w której kofeina może zacznie działać. W zasadzie, ile już tu siedzimy, czy tam która jest godzina, bo czuję się jakby była trzecia w nocy?
    Zacisnął palce przy wewnętrznych kącikach oczu, starając się zatrzymać opadanie powiek. W przeciwieństwie do większości ludzi, nie lubił zarywać nocy i źle się czuł po przesypianiu tylko trzech, czterech godzin. Sześć było dla niego jakimś minimum, przy założeniu, że na następny dzień musi normalnie pracować, pisać i... myśleć.

    ~Emithiel Elliot

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzi go w pełnej krasie, zupełnie zapominając, że jest dorosłym mężczyzną. W tym momencie jest dzieckiem, zupełnie zagubionym. Sam nie wie, co potęguje ten efekt – sposób w jaki Kosma się do niego zwraca czy może świadomość, co jest sednem problemu jak i wizyty. Jedno jest przecież pewne: zawinił ojciec, ścierwo, które Harvey najchętniej wybiłby jakimś średniowiecznym narzędziem tortur. Marzy mu się chociaż tajemne lekarstwo, które ukoiłoby smutki przyjaciela, bo w tej chwili ta przyjaźń wydaje mu się bardziej namacalna niż wcześniej. Przygarnąłby go do siebie, objął ramionami i zgniótł w zarodku tę budującą się rozpacz, gdyby nie fakt, że sam przy tym by się spłoszył, a przy okazji pozostaje duża szansa, że i sam Kosma wcale nie poczułby się lepiej. Zamyka za nim drzwi, a potem skina w stronę salonu, na razie nie mogąc wpaść na nic, co brzmiałoby ludzko, a nie jak tekst wyjęty z brazylijskiej telenoweli. Ma być mu przyjacielem, tyle wryło mu się w głowę, tyle musi z siebie dać.
    Ginie na kilka sekund za kuchennym aneksem, by z lodówki wyjąć dwa piwa. Co jak co, ale niewielka ilość napoi alkoholowych w takich wypadkach może im tylko pomóc. Podaje mu butelkę, a drugą otwiera swoją zapalniczką. Ta pozostaje w jego dłoni, bo chwilę później używa jej by odpalić papierosa, a następie oba przedmioty położyć na stole, w razie gdyby i Kosma czuł nikotynową potrzebę.
    - Co odwalił tej gnój? – pyta, nawet nie siląc się na opanowanie złości. Ojciec mężczyzny nie zasługuje na szacunek i Harvey go nim nie obdarzy. W sytuacji, gdzieś ktoś niewinny cierpi z powodu posiadania w rodzinie ścierwa, należy się już tylko lincz. To okrutne, w jakiś sposób może i nadzwyczaj przybliża Bergerona postawą do tego faceta, którego teraz oplułby jadem, ale on przecież nie zasługuje na nic więcej.
    /Harvey

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jakiś sposób na zmuszenie go zawsze się znajdzie.]

    Często normalność innych ludzi na tym świecie mnie przygnębiała. Patrząc na to, jakie ich życia były wesołe i szczęśliwe w ich prostocie, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że byłem jedynie pomyłką. Jeśli wszyscy dookoła byli tacy sami, a tylko ja inny, to we mnie musiał tkwić problem. Inni prowadzili normalny tryb życia; nie ważne, że przetrwanie w tym świecie czasami mogło wydawać im się trudne – i tak zawsze wychodzili z tego bagna, do którego czasami zdarzało im się wdepnąć. A ja po prostu spadałem na dół przepaści, z każdym dniem głębiej. Ich egzystencje nie były wyjątkowe czy ekscytujące, ale przynajmniej byli szczęśliwi. Często nawet nie zdawali sobie z tego sprawę, ale naprawdę byli; ja, człowiek na samym dnie nieszczęścia, mogłem to dostrzec w ich oczach. Inni mieli dobry kontakt z rodziną; oczywiście, każdy czasami się z kimś kłócił, często coś nie wychodziło, ale oni przynajmniej tą rodzinę mieli. Byłem sierotą, porażką, a normalność ludzi dookoła mnie przypominała mi o tym codziennie.
    Właśnie to było dowodem na to, że nie potrzebowałem już nikogo, kto by mnie skrzywdził, ani powracających wspomnień, żeby znaleźć sobie pretekst na kolejne użycie żyletki. Mogłem wręcz powiedzieć że używanie jej w ostatnich dniach stało się częstsze, niż w przeszłości. Nacięć nie przybywało już z każdym dniem, tylko z każdą godziną; a do tego doprowadziła mnie po prostu normalność innych ludzi. Nigdy nie miałem nikogo przy sobie, kto mógłby to wszystko zauważyć; nikt kto by mi wyrwał metalową przyjaciółkę z dłoni i wyrzucił ją przez okno, udowadniając mi jedynie swoją obecnością że może byłem kogoś wart na tym świecie. Do dnia w którym mój młodszy brat magiczne pojawił się w moim życiu. Bez żadnych wyjaśnień; po prostu pojawił się i od razu opieprzył za to, co sobie robiłem. Do tej pory nikt nie zrozumiał, że tego naprawdę chciałem. Chciałem być skarcony za to wszystko, chciałem być uświadomiony że komuś na mnie zależało. I wreszcie ktoś to zrobił. Jednak to był tylko brat, a dla mnie to nie znaczyło wiele.
    Dzień po wieczorze spędzonym na patrzenie na jego łzy, zdecydowałem się zrobić to, co mi powiedział łamiącym się głosem. Już parę osób wcześniej chciało przekonać mnie do psychologa – rodzice, kiedy jeszcze coś dla nich znaczyłem; parę nauczycieli w szkole – jednak nigdy im się to nie udało. W sumie nie wiedziałem co dokładnie mnie do tego zachęciło; na pewno nie jego słowa, które do mnie wcale nie przemówiły. Mogłem słuchać ile tylko chciałby o tym, że byłem dla niego ważny i że nie mogłem ze sobą skończyć, bo on by tego nie przeżył, jednak dopóki słowa nie zmieniłyby się w czyny, naprawdę nic nie potrafiłoby zmienić mojej pozycji w stosunku do siebie samego. Więc może to ta świadomość, że nawet codzienność wywoływała u mnie nienawiść do siebie.
    Tego dnia czułem się niesamowicie słaby. Bardziej, niż zwykle. Ta nagła zmiana w moim otoczeniu nieco mnie zdekoncentrowała, a byłem przyzwyczajony do tego że od paru lat codzienność mojego życia nie zmieniała swojej melancholijnej barwy. Może właśnie dlatego że czułem jak całe moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa, jak idiota wszedłem do windy zamiast korzystać ze schodów. Ale przecież gabinet psychologa był na dość wysokim piętrze budynku, a już wolałem starać się przetrwać te trzy minuty w windzie, niż dziesięć na ciasnej klatce schodowej, kiedy dodatkowo cały świat dookoła mnie wirował i jakby jeszcze ciaśniej zamykał się dookoła mnie.

    | Sebastian. |

    OdpowiedzUsuń
  5. Z każdą upływającą sekundą czułem się gorzej; i to nie dlatego że znajdowałem się w ciasnym pomieszczeniu, dodatkowo z inną osobą, która też zabierała skrawek przestrzeni, której tak cholernie potrzebowałem. Na parę chwil klaustrofobia zeszła na drugi plan, robiąc miejsce w moim umyśle dla huśtawki humorów i niekontrolowanym ataku agresji do samego siebie. Co ja sobie kuźwa wyobrażałem? Co miałem zamiar zrobić? Poszedłbym do nieznajomego gościa któremu płacono za moje problemy, i co dalej? Miałbym się tak po prostu wygadać? Myślałem że to by cokolwiek ułatwiło? Byłem taki naiwny. Taki głupi. Dokładnie tak, jak ludzie dookoła mnie powtarzali to przez całe życie. Nie byłem nikogo wart, a tamten mężczyzna wysłuchałby mnie tylko dlatego, że mu za to płacili. Dałby mi parę wskazówek, których i tak bym się nie trzymał, bo zaraz po powrocie do domu sięgnąłbym po metalową przyjaciółkę i zacząłbym obijać własne pięści o ścianę, i które i tak nigdy by nic nie dały. Dla mnie nie było ratunku. Nie było wyjścia. Byłem człowiekiem bez nadziei, a to definitywnie skreślało mnie z listy tych, którzy mogliby być wybawieni; zresztą, ja i tak na to nie zasługiwałem. Co takiego zrobiłem w życiu, aby mnie teraz ktoś ratował? Byłem śmieciem, i śmieciem miałem pozostać; zasługiwałem jedynie na to, aby zgnić samotnie gdzieś w kącie, niby przed oczami wszystkich, a tak naprawdę dla wszystkich niewidzialny.
    Mój własny umysł doprowadzał mnie do szału. Dokładnie zakrywając nadgarstki i ramiona długimi rękawami granatowego sweterka, dyskretnie wbijałem sobie paznokcie w skórę poprzez jego materiał, nie wiedząc co robić i czując, jak ściany powoli zamykały się dookoła mnie.
    Nie chcę do psychologa, nie chcę!
    Jak na zawołanie, winds gwałtownie się zatrzymała; w pierwszej chwili poczułem ulgę, jednak dopiero sekundę później zrozumiałem co to tak naprawdę oznaczało. Rozgladnąłem się dookoła, a wszystkie światła zgasły tylko po to, aby chwilę później zaświeciły się te awaryjne, czerwone, które tylko powiększały mój niepokój. Czułem jak moje serce gwałtownie zaczęło szybciej bić, a niemal podskoczyło mi w piersi gdy usłyszałem nieznajomy głos. Spojrzałem na mężczyznę, jednak tak naprawdę nie obserwując go, bo mój umysł był zajęty czymś innym; jakbym dopiero teraz zauważył jego obecność.
    - Tak... - odparłem w pierwszym momencie, zdezorientowany. Z każdą sekundą moje paznokcie wbijały się głębiej w moje własne ciało, a ja chciałem uspokoić się bólem; zwykle to działało.
    - To znaczy, nie - poprawiłem się nagle, energicznie poruszając głową. Powoli traciłem panowanie nad sobą i po prostu miałem nadzieję, że nie doszłoby do najogorzego; jednak gdzieś w środku wiedziałem, że tego nie dało się uniknąć.

    | Sebastian. |

    OdpowiedzUsuń
  6. - Dzięki - z westchnieniem pokręcił głową, udając wyjątkowo teatralnie zasmuconego tą "obelgą". Upił kolejny orzeźwiający łyk. Chwała panu. - Ale skoro jest przed pierwszą, to jeszcze nie koniec świata, myślałem, że jest dużo później.
    Drugi raz przetarł kąciki oczu i ziewnął. Kofeino, działaj!
    - Też jakoś tego nie widzę, a jutro... znaczy dzisiaj, ale później, okaże się, że wszystko poukładaliśmy i pozapisywaliśmy źle, i ogarniemy to w pięć minut, bo trzeba. Jak zawsze - wzruszył ramionami i lekko ziewnął. - A teraz wybacz, pozwolę sobie się trochę spedalić spinką do włosów w kropki, bo mi Maria wszystkie trzy jakie miałem podmieniła na swoje.
    Wyjął z kieszeni ów wspomniany przedmiot, i podpiął grzywkę. Woah, jednak nadal coś widzi! To nie napad zaćmienia oczu, a włosy!
    Z racji nagłego daru niebios w postaci normalnego wzroku, spojrzał na odkryte tatuaże towarzysza. Z racji kiepskiego światła nie widział ich dokładnie, a i tak nigdy wcześniej się im nie przyglądał, ale nawet teraz widział, że są świetne. Sam nie chciałby ich mieć - celował raczej w piercing, do snake-bitesów zbierał się już dłuższy czas - ale dostrzegał ich piękno.
    Kolejny łyk kawy. To jest to.

    ~Emithiel Elliot

    OdpowiedzUsuń
  7. - Słucham, Panie Męski Mężczyzno, mów mi pan więcej! - on już się nie powstrzymywał od wystawienia języka, co jednak wyszło mu tylko połowicznie, bo ledwo powstrzymywał się od śmiechu. Nagle naszedł go napad optymizmu i dobrego humoru, jak to często bywa o dziwnych porach. Mimo tego, że czasem ludzie dziwnie reagują na fazę śmiechu bez kompletnie żadnego powodu, było to całkiem miłe i rozluźniające uczucie.
    - Z resztą, o tej godzinie już mi wszystko jedno, wolę być uroczym pedałem, niż nic nie widzieć - potrząsnął głową na boki. Tym samym jego włosy, czyli aktualnie główna atrakcja wieczoru, zaczęły sterczeć na wszystkie strony świata.
    Zrobił klasycznego facepalma, finalnie zaprzestając kolejnych prób ogarnięcia swojego wyglądu, i sięgnął po kubek.
    Przez chwilę zastanawiał się, czy nie przesunąć się obok Kosmy, bo zapewne jest wygodniej opierać się o kanapę, niż o powietrze, ale zmienił zdanie. Żeby zamaskować nagły, dziwny ruch, zdecydował się na położenie plackiem na podłodze. To też jakieś wyjście.

    ~Emithiel Elliot

    OdpowiedzUsuń
  8. Każdy miał takie rzeczy i sekrety, których nigdy najchętniej nikomu by nie wyjawiał; ja miałem ich sporo, jednak Los najwidoczniej lubił bawić się moim żywotem i wpychać mnie w sytuacje, w których najmroczniejsze części mojej duszy wypływały na zewnątrz. Bo sekretem normalnej osoby mogło być to, o kim myślała przed snem, z kim marzyła spędzić całe swoje życie; ja natomiast ukrywałem samego siebie, moje naturalne zachowanie, te wszystkie problemy i odmienności które czyniły mnie sobą. Pewnie w oczach Boga - jeśli w ogóle istniał, w co szczerze wątpiłem - to wszystko było dla mnie darem, bo przecież byłem wyjątkowy; ale ja wolałem być nudnym, szarym człowiekiem, z nudnym, szarym życiem, jednak być szczęśliwy w swojej prostocie i braku zmian oraz zmartwień. Przecież nie prosiłem o to wszystko, nie prosiłem o bycie wyjątkowym; tak naprawdę nawet nie pchałem się sam na ten świat, nie chciałem żyć i na życie nie zasługiwałem.
    Starałem się uspokoić swój oddech, aby przynamniej udawaćże wszystko było w porządku; zwykle aktorstwo wychodziło mi idealnie, jednak nigdy w atakach paniki. Wtedy moja prawdziwa osobowość wypływała na zewnątrz razem z tym strachem, niekontrolowanym i bezpodstawnym strachem który kierował całym moim życiem. Podniosłem wzrok na mojego nowego rozmówcę podczas gdy oddychanie z każdą sekundą stawało się cięższe i trudniejsze; za każdym razem wdychałem nie tylko tlen, ale także truciznę która prędzej czy później rozprowadziłaby się po całym moim organizmie, jednak nie mogłem zaprzestać w tej czynności. I tak umarłbym, prędzej czy później.
    Nie mógłbym zrozumieć, dlaczego mężczyzna się mi przedstawił, jednak aktualnie mój umysł był zajęty nieco innymi, ważniejszymi sprawami. Nie pomyślałem więc nawet nad tym, że mu odpowiadałem.
    - Sebastian - wydukałem wreszcie, niepewnie na niego spoglądając z mojej przestraszonej pozycji. Jego następne słowa, które padły, nie miały dla moich uszu żadnego znaczenia, bo ściany windy zaczęły się ruszać. Powoli przesuwały się w stronę środka pomieszczenia, niezauważalnie, a to było w tym wszystkim najgorsze. Czułem, jak za chwilę miałyby zamknąć swoje ramiona dookoła mnie, objąć moje ciało, a ja nie byłem gotowy. Bałem się dotyku; bałem się że nie wystarczyłoby miejsca na moje uczucia, na moje emocje, że musiałbym je odrzucić gdzieś na bok i o nich na zawsze zapomnieć. Wysoki dźwięk rozległ się w moich uszach, wypełnił moją czaszkę po brzegi i wymazał z niej jakąkolwiek myśl; straciłem rozum, nie byłem zdolny do myślenia i teraz nic nie odróżniało mnie od zwierząt. Automatycznie zakryłem uszy dłońmi i zacisnąłem oczy, zwieszając głowę, chociaż dźwięk pochodził ze środka, był wymysłem mojej własnej psychiki, którą niszczył. Moje ciało straciło na chwilę panowanie i odchyliło się do tyłu, jednak od razu wróciłem na poprzednią pozycję gdy tylko poczułem zimną ścianę przy moich plecach, z każdą sekundą zbliżającą się coraz bardziej do mnie. Podłogi pod moimi stopami ubywało, a ja już niekontrolowanie dyszałem; musiałem wyjść, jeśli chciałem przeżyć. A może tu był pies zakopany? Może wcale nie chciałem przeżyć? Moje serce waliło jak szalone, podczas gdy uświadomiłem sobie że dłonie przy uszach na nic się nie sprawdzały; teraz zaciskałem je z desperacji w pięści, wbijając sobie ponownie, jednak bardziej boleśnie, paznokcie w skórę.

    | Sebastian. |

    OdpowiedzUsuń
  9. [Okk~! Możesz mnie upominać, łajać, sugerować, wszystko, jednak dopiero się wyrabiam, i się to przyda.]

    - Wybacz... mnie tak tylko dobry humor naszedł. To ta kawa, przyznaj się, czegoś mi do niej dosypałeś.
    Przymknął oczy, czekając aż adrenalina, czy też inny hormon odpowiadający za chwilową nadpobudliwość, opadnie. To było całkiem dobre uczucie, chociażby na chwilę się odprężyć. Mięśnie się rozluźniały, wręcz dziękując za odpoczynek.
    - Wiesz... to jest niesamowite - zaczął, dalej leżąc z opuszczonymi powiekami. - Moment, w którym nareszcie zdajesz sobie sprawę, że tak, to prawda, Twoje marzenie zaczyna się spełniać, ktoś Cię docenił, to w końcu Ty, a nie inni, masz szansę na... szczęście - westchnął, uśmiechając się. - Tym razem prawdopodobnie nie będziesz się smucił, że komuś znowu się udało, a Ty dalej tkwisz w dołku. Czujesz, że możesz osiągnąć wszystko. Niesamowite - powtórzył.
    Głęboko oddychał, czując że to co sam przed chwilą powiedział, powoli dociera do jego mózgu. Dopiero po wypowiedzeniu tych słów na głos, zaczęło mu się to układać w głowie. Jakby cały czas wiedział, ale nie był w stanie tego zaakceptować, zrozumieć, wyciągnąć na powierzchnię. Przez całe życie narzekał na niepowodzenie, miał tyle słabszych chwil, aż w końcu udało się! Problemów wciąż niby nie brakowało, ale wszystko zaczęło iść ku lepszej drodze. Drobne, prywatne, nic nieznaczące dla ogółu sukcesy mają jednak wielką wagę.

    ~Emithiel Elliot

    OdpowiedzUsuń
  10. [Jest w porządku. Dziękuję za zaczęcie :)]

    Szczęście omijało ostatnio Samuela szerokim łukiem. Mężczyzna nie wierzył w przesądy, jednak gdy tym razem przeszedł pod drabiną, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Zastanawiał się nawet nad tym, czy nie powinien poważniej traktować tych wszystkich zabobonów, które do tej pory wydawały mu się głupotą. No, ale żeby wszystko działo się przez kilka złączonych ze sobą desek? To chyba jakaś kpina!
    Wszystko zaczęło się właśnie od tej nieszczęsnej drabiny. Najpierw spadła mu puszka z farbą, która obryzgała wszelkie przedmioty znajdujące się w jej zasięgu, między innymi Samuela, jego syna oraz ciemny, kręcony fotel, który wyglądał teraz jak krowa, ze względu na białe plamy. Następnie do domu Friedrich'ów postanowił zawitać listonosz, który zgubił gdzieś paczkę. Teraz Theodor musiał czekać dodatkowe dwa tygodnie aż na poczcie znajdą przesyłkę. Wydawałoby się, że to koniec nieszczęść, bo ile może znieść zwykły człowiek? Niestety, nie tym razem! Kolejnym jakże "uroczym" akcentem dnia okazało się spalenie obiadu. Oczywiście od razu przybiegła do nich sąsiadka i zaczęła narzekać na okropny smród. Nawiasem mówiąc - jakże on nienawidził tej baby. Na dopełnienie wszystkiego, w końcu musi być ta wisienka na torcie, Samuel wylądował na komisariacie. Całe szczęście, że nie w roli przestępcy tylko świadka, jeszcze tego by brakowało!
    Siedział na niewygodnym krzesełku, wyłamując swoje palce. Zastanawiał się, jakim cudem wyjście do sklepu po płatki dla syna, skończyło się w tym miejscu. No tak, jakiś pijany kierowca wjechał w grupę małolatów, wracających z imprezy. Samuel szczerze mówiąc nie za wiele widział, jednak policja uznała, że się nada.
    Kiedy jego towarzysz, westchnął po raz kolejny i przeklął, Sam spojrzał na niego.
    - Chyba najlepsze podsumowanie całej sytuacji - obsunął się w krześle ze zrezygnowaniem. Musiał poprosić matkę o zajęcie się synem, bo przecież mały nie mógł zostać na tak długo w mieszkaniu bez niczyjej opieki. - Szlag mnie już trafia, jednak nie mogę nic zrobić, bo jeszcze mnie postanowią wrzucić za kratki - przewrócił oczami. - I gdzie ta ekipa od przesłuchań? Mieli zająć się nami w ciągu pięciu minut, a minęła już cała godzina - włączył mu się tryb narzekania, ale cóż poradzić? Krzesła niewygodne, nuda, a na dodatek tykający zegar irytował go bardziej niż cokolwiek innego. - Tak poza tym, jestem Samuel - wyciągnął rękę w stronę towarzysza w tych mękach. Może chociaż sobie porozmawiają, tak dla zabicia czasu.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  11. Poczułem siłę która napierała na moje ciało - nie była wielka, jednak wystarczyła aby zmusić mnie do zbliżenia się z podłogą. W pierwszych momentach to mnie przeraziło – przecież podłoga także z każdą sekundą zbliżała się do mnie, nie mogłem, nie chciałem jeszcze bardziej zmniejszyć dystans między nami – jednak gdy tylko poczułem dłonie nowo poznanego mężczyzny na swoich, tak jakby wszystko powoli chciało się uspokoić.
    Zmusił mnie do tego, abym na niego patrzył, i tak też zrobiłem; nie czułem chłodu jego dłoni, bo moje i tak były wiecznie lodowate, jednak odczuwałem ten lekki nacisk które wywierały na moich zaciśniętych pięściach, które powoli nieco się otwierały a ja czułem, jak skóra chciała wrócić do swojej poprzedniej formy po tym, jak wbiłem w nią własne paznokcie. Moje szaro-błękitne oczy najchętniej spoglądałyby raz po raz w każdą stronę, powiększając moją panikę i moje poczucie zamknięcia, jednak teraz zostały złapane przez ciemny kolor tęczówek Kosmy, który nie chciał ich uwolnić. I może dobrze. Zdecydowanie lepiej się czułem, kiedy miałem jakiś stały punkt w który się wpatrywać, podczas gdy starałem się trzymać pod kontrolą swój oddech oraz bicie serca; nie wiedziałem co to było, lecz gdy ten obcy mężczyzna był przy mnie, ściany nagle się zatrzymywały. Jakby to on był ucieleśnieniem jakieś nadnaturalnej siły, która mogła rządzić nad dosłownie wszystkim.
    Najgorsze w tym było to, że sam nie wiedziałem czego chciałem. Z jednej strony, mój sens samodestrukcji wręcz pchał mnie do takich miejsc i przyjmował z otwartymi ramionami ataki paniki; z drugiej, szczątki zdrowego rozsądku które mi pozostały wiedziały, że to przecież do niczego by nie doprowadziło. Niestety, możliwości śmierci w takiej sytuacji były nikłe; no chyba że zacząłbym się drzeć jak opętany a mój towarzysz w nieszczęściu straciłby w końcu cierpliwość i postarałby się coś ze mną zrobić.
    Zapragnąłem zniknąć. Będąc zmuszonym do patrzenia w te tęczówki, wiedziałem że nieznajomy tym samym patrzył prosto w zwierciadła mojej duszy; właśnie nieświadomie odkrywałem wszystkie swoje tajemnice przed nieznajomym. Zapragnąłem aby mnie tam nie było. Aby mnie w ogóle nie było. Abym zniknął z powierzchni Ziemi i tym samym zrobił przysługę całej ludzkości.
    Jestem na krawędzi świata – dokąd to prowadzi? Czy zniknę? Powinienem zanurkować, odpłynąć czy po prostu zniknąć? Twoje oczy mnie pochłaniają, lustra zaczynają szeptać, cienie zaczynają śpiewać. Duszę się we własnej skórze, pomóż mi znaleźć sposób by oddychać.
    Przez chwilę naprawdę wydawało mi się, że było dobrze. Jednak wtedy Kosma odsunął ode mnie swoje dłonie, a ja powoli poczułem jak mój świat znów się zawalał prosto na mnie. Płuca po raz kolejny zaczęły napełniać się trucizną, przyśpieszając mój oddech oraz bicie serca. Ściany zbliżając się wydały z siebie przeraźliwy pisk, a moim odruchem było ponownie zakryć uszy dłońmi i zacisnąć oczy, chcąc tym w jakiś sposób odgonić od siebie ten dźwięk. Ten następnie zniknął, jednak czułem jak także ściana za moimi plecami, o którą się opierałem, powoli posuwała się do przodu; oderwałem swoje dłonie od uszu i splątałem ich palce razem na głowie, którą schyliłem nad przyciągniętymi do siebie kolanami, ukrywając tak przed całym światem swoją twarz. Podczas gdy boleśnie przygryzałem sobie wargę, niemalże aż do krwi, aby nie krzyczeć, powtarzałem sobie w myślach słowa nieznajomego.
    Oddychaj, nie zapominaj o oddychaniu. Mimo tego że już dawno chciałbyś zaprzestać w tej czynności.

    | Sebastian. |

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ano. A to mi na prawdę pomaga, takie zwracanie uwagi.]

    - Cóż Ci poradzę, że właśnie teraz wszystko do mnie dotarło! - otworzył oczy i spojrzał na towarzysza.
    Emithiel pierwszy raz coś takiego przeżywał. Wcześniej... czasami pokazywał swoje dzieła znajomym, kilka z nich opublikował na stronie internetowej. Kiedyś udało mu się usłyszeć pochlebczą opinię od całkiem dobrego pisarza i przegadać z nim na ten temat kilka godzin, ale... to wszystko było tylko amatorszczyzną, zabawą. Może i po wydaniu kilku wierszy status mu nie podskoczy, ale będzie już miał punkt oparcia. Prawdopodobnie zacznie się robić łatwiej, ma szanse na zauważenie i zdobycie kolejnej propozycji, choćby i do drugiego składaka.
    - A co do zaśnięcia, jeśli będę miał temat na rozmowę to utrzymam przytomność jeszcze przez trochę, ale racja, nie pozbędziesz się mnie na dziś. Autobusy już nie jeżdżą, a nieszczególnie marzy mi się chodzenie po nocy po opustoszałych uliczkach.
    Podniósł się z podłogi i przesunął na miejsce obok Kosmy, opierając się o kanapę, i dopijając kawę.

    ~Emithiel Elliot

    OdpowiedzUsuń
  13. Nienawidziłem się w tym momencie tak bardzo. Byłem słaby; z taką łatwością pozwoliłem swoim największym obawom wypłynąć na zewnątrz, uwalniając tym swój charakter, dodatkowo przed kompletnie obcą osobą. Chciałem zapaść się pod ziemię; chciałem zostać zgnieciony przez te ściany i w tym samym czasie tak cholernie się tego bałem; wiedziałem że w tym momencie byłem żałosny. Jedynie niepotrzebnym ciężarem, nic nie wartą istotą żywą którą dodatkowo trzeba było się opiekować, bo nie potrafiła zadbać o samą siebie. Wiedziałem że Kosma najchętniej by stąd wyszedł lub nigdy nie wsiadł, aby tylko mnie nie spotkać.
    Jednak wtedy zdarzyło się coś, o czym nawet nie myślałem od dłuższego czasu. Poczułem obejmujące mnie ramię, policzek opierający się o moją głowę oraz palce splątane z moimi. Wszystkie te bodźce zewnętrzne nie docierały już do mnie od tak długiego czasu, że uczucia które obudziły były stare u zardzewiałe: wyłoniły się z mojej duszy powoli, bez pośpiechu, a mój stan zaczął powoli się poprawiać. Już nie było ważne, że ten chłopak był obcą osobą - w tym momencie przesyłał mi więcej emocji, niż kiedykolwiek zrobiła to moja rodzina lub ktokolwiek, kogo uważałem za przyjaciela. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak się stało; czułem bijący od niego spokój oraz poczucie bezpieczeństwa, słuchałem jego spokojnego oddechu i starałem się postępować w ten sam sposób. Dziwiło mnie to, że ktoś po prostu okazał wsparcie obcemu człowiekowi, jednak mój umysł nie miał czasu aby nad tym myśleć. Starałem się uspokoić; reakcje mojego ciała na panikę nie były już tak tragiczne, jednak ściany nadal się ruszały, i nie wydawało mi się aby zachciały kiedykolwiek się zatrzymać. Przynajmniej nie umarłbym samotnie.
    Słuchałem jego słów i starałem się oszukać mój własny umysł wmawiając mu, że naprawdę w nie wierzyłem. Moje palce kurczowo trzymały się jego dłoni, jakby była jedyną rzeczą która jeszcze utrzymywała mnie na powierzchni. Zaciskałem kurczowo oczy a całe moje ciało niekontrolowanie się trzęsło, podczas gdy zaciskałem zęby na własnej wardze a usta powoli napełniały się smakiem krwi. I zostałem w tej pozycji, myśląc nad tym jak bardzo nienawidziłem siebie i chciałem przestać być jedynie problemem, aż moje zmysły wyłapały zmianę w moim otoczeniu.
    Poczułem się jakby moje serce znów zaczęło bić, gdy winda ruszyła się gwałtownie do góry. Nadal byłem przerażony, jednak teraz przynajmniej miałem świadomość że to wszystko niedługo by się skończyło, i pozostałoby jedynie poczucie winy i zażenowania.
    Nieśmiało podniosłem głowę, nie kryjąc już jej między kolanami, i rozejrzałem się dookoła. Moje policzki były wilgotne od tych paru łez, na które sobie pozwoliłem, lecz za które się skarciłem mocniejszym naciskiem zębów na wardze gdy tylko spotkałem wzrok Kosmy, powoli oddalającego się ode mnie. Oddychając głęboko, w duszy zapytałem samego siebie co tak naprawdę zobaczył w moich oczach, i czy właśnie to coś skłoniło go do pomocy. A może to wszystko było jedynie ludzkim odruchem a ja dzieciakiem, który za dużo myślał wtedy, gdy nie powinien.
    Nie odezwałem się. Dopiero gdy winda zatrzymała się, a jej drzwi otworzyły i poczułem się naprawdę dobrze czując powietrze pochodzące z zewnątrz, odsunąłem swoją dłoń od tej Kosny, gdyż nasze palce nadal były splątane. Pośpiesznie wstałem ze swojej pozycji siedzącej na podłodze chcąc jak najprędzej wyjść, nie ważne jakie to było piętro - pewnie usiadłbym gdzieś starając się ogarnąć tylko po to, aby później musieć zdecydować między kolejną przejażdżką windą, a schodami - i otarłem nadal wilgotne policzki. Zerknąłem w stronę nieznajomego. Czy to normalne że nie chciałem się od niego oddalać? Przez parę sekund dał mi to poczucie bezpieczeństwa, którego brakowało mi od zawsze - to chyba wystarczyło, abym się od niego uzależnił. To wszystko było takie niedorzeczne, a ja zachowywałem się jak dziecko.
    - Dziękuję i przepraszam - wymamrotałem przed tym, gdy zmusiłem się do wyjścia z windy, bardziej myśląc o tym, że Kosma po tym wypadku nie życzył sobie mojej obecności, niż o tym że nie wypadało.

    OdpowiedzUsuń
  14. - Rosyjska marka ciężarówek na pięć liter?
    Nie do końca wiedział, dlaczego akurat jego towarzysz miałby znać się na markach rosyjskich ciężarówek, ale właśnie na tym polegały krzyżówki. Na wykorzystywaniu kompletnie niepotrzebnej wiedzy wziętej tak naprawdę znikąd: to informacja, która “obiły się o uszy” kilka lat temu, kiedy to rodzice rozmawiali o wypadku na najbliższej autostradzie. Nazwa firmy, marki, właśnie z Rosji zapadła gdzieś w którąś z szufladek w mózgu, a teraz miała okazję się wydostać. Tylko trzeba było się odpowiednio wysilić.
    W mieszkaniu jak zwykle lekko pachniało sierścią, świeżo rozwieszonym praniem i herbatą, właśnie parzącą się w jednym z imbryków pozostawionych przez poprzedniego właściciela mieszkania w szafce wiszącej nad zlewem. Frederick zazwyczaj nie pijał nieczego innego prócz wody - chyba, że wtedy, gdy przyplątał się do niego ktoś z wizytą, tak jak dzisiaj. Prócz tego, że wokoło walało się stanowczo za dużo kartek z narysowanymi najróżniejszymi rzeczami, to jeszcze w zazwyczaj pustym zlewie widniało już kilka zabrudzonych kubków po różnych rodzajach herbat, a kot, zachęcony widokiem osoby innej od Hollowaya wałęsającej się po kuchni, zachęcał głębokim, tubalnym mruczeniem do podarowania mu czegoś dobrego do jedzenia.
    Freddie podniósł wzrok znad kratek gdzieś na okno, by w lekkim zastanowieniu zacząć przyglądać się żaluzjom, chyba w nadziei, że słowo przyjdzie do niego samo. Niby pytanie już zadał, ale jak na razie obyło się bez odpowiedzi, więc należało wysilić mózg samodzielnie. Wzrok omiótł rozstrojone pianino, niedawno kupione za marne grosze od jakiegoś niegdyś bogatego jegomościa - teraz bankruta, który nie może pozwolić sobie na przechowywanie takich staroci w domu. A tu należało tylko pobawić się młoteczkami i strunami, a przecież Holloway zajmie się tym osobiście. W końcu po co miał oddawać do serwisu, skoro sam posiadał na tyle czasu, by pobawić się w naprawianie instrumentu?
    Postukiwał nerwowo nogą i tym razem zaczął wodzić spojrzeniem po sylwetce towarzysza, niebezpiecznie długo stojącej w pobliżu futrzanego głośnika.
    - Nie dawaj mu jedzenia, jest wystarczająco gruby - burknął, jakby obrażony, że nie otrzymał podpowiedzi do krzyżówki i zaczął czytać następne hasło. Pewnie tamten stwierdził, iż pianista sam dałby sobie spokojnie radę z odgadnięciem marki, tylko po prostu wykazywał niesamowitą konsekwencję w lenistwie myślowym.

    [ Tada! ]

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziwnie było otrzymywać czyjąś pomoc. Dziwnie było nie odtrącać tego od siebie. Dziwnie było nie uciekać przed każdym przedstawicielem rasy ludzkiej. Dziwnie było wręcz potrzebować tego wszystkiego.
    I wszystkie te dziwne uczucia gromadziły się w moim wnętrzu podczas gdy czułem ponownie dłoń nieznajomego tak blisko mnie. Patrzyłem na wyraz jego twarzy nie rozumiejąc, nie wiedząc dlaczego to robił, dlaczego nadal był przy mnie, dlaczego w windzie nie uznał mnie za zwykłego stukniętego gówniarza, dlaczego teraz nie uciekał jak najdalej ode mnie. Taki widok był czymś niecodziennym, i sam nie wiedziałem jak się z tym czuć; z jednej strony, zmiany były dobre, jednak z drugiej wiedziałem, że Kosma też by się na mnie zawiódł. Wiedziałem o tym. Każda osoba która okazywała chociaż cień zainteresowania mną i tym, jak się czułem, prędzej czy później stawała twarzą w twarz z rozczarowaniem, mimo tego że nawet nie zdążyli się do mnie - a raczej to obrazu mnie który wyprojektował się w ich głowach - przywiązać. Bo moje wnętrze było zbyt skomplikowane, zbyt przerażające aby dopuścić kogokolwiek do siebie.
    Wysłuchałem jego słów i odprowadziłem jego sylwetkę do windy, podczas gdy moje serce wykonywało ostatnie przyspieszone w panice bicia a moje płuca gwałtownie napełniały się powietrzem, aby od razu je wypuścić. Jeszcze nie doszedłem do siebie, przez co nie mogłem dokładnie zdać sobie sprawę z tego, co się właśnie wydarzyło. Dopiero gdy znalazłem jakieś miejsce, na którym usiąść, i wsunąłem dłoń do kieszeni aby dotknąć opuszkami palców zimny metal żyletki, panika która pozostała w moim ciele zdała się wręcz rozpłynąć pod tym uczuciem bezpieczeństwa, które dawała mi moja mała przyjaciółka. Zamknąłem oczy i odchyliłem do tyłu głowę, biorąc głęboki oddech i myśląc nad tym, jak wydostałbym się z tego budynku unikając kolejnego ataku, chcąc zapomnieć o tym dniu, tym wydarzeniu i tych cyfrach wypisanych na białym kawałku papieru ukrytym w mojej kurtce.

    Nowy facet z którym pokazałem się publicznie. Nowi ludzie którym płacono za szpiegowanie mnie. Nowa kłótnia z rodzicami którzy odzywali się tylko wtedy kiedy chodziło o nazwisko i honor rodziny. Nowe nacięcia na nadgarstkach i udach. Nowy bandaż na poranionej dłoni. Nowe myśli samobójcze. Jednak wszystko tak naprawdę było takie same jak zwykle.
    Wszystko, prócz tej karteczki w moich dłoniach. Prócz tych cyfr.
    Miałem dość tego, że mimo mojego dorosłego wieku, rodzice kontrolowali mnie: jednak nie dla mojego bezpieczeństwa, tylko ich cholernego majątku i honoru. Prócz pieniędzy, nie liczyło się nic więcej; a już na pewno nie ja, nie ważny nawet dla własnego kota, którego karmiłem.
    Czułem się pusty w środku, leżąc na tym łóżku na plecach i trzymając między palcami uniesionych do góry i wyciągniętych rąk tą karteczkę, która była interesującym obiektem mojej obserwacji podczas moich przemyśleń.
    Czułem się spragniony miłości i uwagi, będąc sam we własnym mieszkaniu, nawet bez kota który zdecydował się mieć mnie w dupie także tego dnia. Widocznie nie był głodny.
    I wtedy do pamięci, sam tego nie chcąc, przywołałem wspomnienia s tamtego dnia. Jak poczułem się w tej windzie; mój umysł usunął całą panikę, a pozostało poczucie bezpieczeństwa i uwagi razem z dłońmi nieznajomego na moich oraz jego oczu na moim ciele. Tymczasem, moje palce jakby same z siebie wybrały numer na komórce. Podniosłem ją na wysokość ucha, czekając i czując jak serce podchodziło mi do gardła.
    - Kosma... - zacząłem niepewnie, słabym głosem, gdy tylko sygnały ustały. - Tu Sebastian.

    OdpowiedzUsuń
  16. Niestety nie wszyscy rozumieli sytuację, w której obaj panowie się znaleźli. Kiedy ich rozpierała irytacja, owa kobieta rzucała im dziwne spojrzenia. Po głowie Samuela krążyły podobne myśli, co u Kosmy, jednak on obstawiał, że starsza pani może być wyrafinowanym przestępcą o niepozornym wyglądzie. No cóż, w końcu trafiło na autora powieści kryminalnych i detektywistycznych, więc nic dziwnego, że jego teorie były o wiele bardziej zawiłe i mniej prawdopodobne.
    Samuela naszła ochota na ciepłą herbatę. Tylko tyle chciałby w tym momencie, jednak nie mógł dostać nawet ciepłego napoju. Na dodatek w pobliżu nie było żadnego automatu. Pozostawało mieć nadzieję, że wkrótce ktoś sobie o nich przypomni.
    Spojrzał na mężczyznę i również się podniósł. Nie palił zbyt często, jednak ta sytuacja sprawiała, że nie mógł usiedzieć w miejscu.
    - Poczekaj, pójdę z Tobą - oznajmił i ruszył do drzwi. Może akurat w tym momencie ich nie wezwą. Ociągali się przez tyle czasu, to zapewne ich ociąganie jeszcze trochę potrwa.
    Wyszedł na zewnątrz. Chłodne, nocne powietrze od razu uderzyło w niego, lecz Theodor wydawał się być z tego powodu zadowolony. Wyjął z kieszeni fajki i rozejrzał się, czy w okolicy nie ma jakiegoś znaku, który dobitnie informowałby o zakazie palenia. Nie było, więc trudno, może nic się nie stanie.
    - Masz ogień? - spytał mężczyznę, który wylądował razem z nim w tej popieprzonej sytuacji. Po przeszukaniu kieszeni stwierdził, że nie ma ani zapalniczki, ani zapałek. Dobrze chociaż, że miał swoje papierosy.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  17. [Witam, witam :) Chęć na wątek zawsze jest.
    Widzę, że oboje nieco dzicy są i trzymają się z daleka od ludzi oraz klepią biedę, więc już jakieś punkty zaczepienia mamy. Można zrobić z nich sąsiadów, którzy mieszkają w rozpadającej się kamienicy i co chwila gdzieś rura przecieka, tynk odpadnie, więc starają się jakoś sobie pomagać, choć ich kontakt ogranicza się do minimum. Callie jednak miewa różne humorki i czasami nieco bardziej lgnie do ludzi i staje się upierdliwa, więc od czasu do czasu może wpaść do sąsiada ot tak, aby pooglądać jego prace, posiedzieć w milczeniu i się w niego powpatrywać, a nawet wpakować mu się do łóżka w nocy, bo boi spać się sama w swoim ponurym mieszkaniu, na co Marcus może różnie reagować :)]

    Calliope

    OdpowiedzUsuń
  18. W życiu są rzeczy ważne i ważniejsze. Trzeba mieć listę priorytetów, żeby przypadkiem nie podjąć złej decyzji, której później żałowałoby się przez długi czas. W wielu przypadkach wybór jest prosty: kawa czy herbata, samochód czy autobus, praca czy rodzina? W tym ostatnim sprawa w ogóle wydaje się banalna w przypadku Frasera, który nie jest w stanie zrezygnować ze wspólnej kolacji na rzecz występu. Nie oznacza to, że nie kocha tego co robi, bo pała do tego ogromną miłością, ale dzieci są i zawsze będą na pierwszym miejscu. Dlatego właśnie, bierze wolne na weekend, w którym odbyć mają się urodziny córki. W domu nie mówi się o niczym innym od kilku dni, bo trzeba wyperswadować Annie, że przyjęcie z księżniczkami odbyć się nie może, ponieważ tatuś i Roger wyglądaliby bardzo brzydko w sukienkach. Koniec końców, co by osiągnąć kompromis, decydują się na tort ze Śnieżką i czapeczki ozdobione gwiazdkami. Na więcej ani on, ani syn zgodzić się nie mogą, bo kto wie, ile dziecięcej wyobraźni mogliby znieść.
    Całe przedpołudnie Fraser urzęduje w kuchni i jest to jeden z nielicznych momentów, w których rzeczywiście spędza tam więcej niż pół godziny. Zamiast płatków z mlekiem śniadanie obfituje w amerykańskie naleśniki z czekoladą i syropem, co zostaje przyjęte z radością i przez Annie, i Rogera. Około dwunastej, syn wychodzi z mieszkania, obiecując wrócić przed rozpoczęciem przyjęcia. Kiedy tylko drzwi się zamykają, zalewa go fala nieczystych dźwięków dobiegających z gardła córki. Przyzwyczajony do wysokiego, dziecięcego tonu potrafi cieszyć się z tych piosenek, których sam ją nauczył. Śpiewa wraz z nią, opowiada historię o słoniu, który zapomniał do czego ma trąbę i próbuje być najlepszym ojcem, na jakiego go stać. O trzeciej przychodzi mężczyzna z cukierni i wręcza mu tort, który wygląda dokładnie tak jak wyglądać powinien. Kładzie go na kuchennym blacie i zaczyna znosić do salonu wszystko, czego potrzebują. Przynosi talerze, sztućce, chrupki i napoje, za nimi idą miseczki do lodów i cukierki o samach, o których nigdy nawet nie słyszał. Annie wydaje się poruszona i z co raz większą niecierpliwością oczekuje rozpoczęcia swojej imprezy.
    Spogląda na zegarek, bo Roger powinien być w mieszkaniu od dwudziestu minut, a to że spóźnia się akurat dzisiaj, wydaje się być z jego strony niezbyt odpowiedzialne, biorąc pod uwagę ekscytację jego siostry. Poza tym, zmusza go, by jako jedyny miał na głowię urodzinową czapeczkę, a przecież Fraser czułby się o wiele lepiej, gdyby ten mu w tym towarzyszył. Słysząc szczęknięcie zamka w drzwiach, wychyla się zza framugi.
    - No nareszcie, ile można… - urywa, bo Roger nie jest sam. Myśli o tym, że ma na głowie tę durną czapeczkę, której zdjąć nie może, bo Annie stoi tuż za nim. Spogląda na Kosmę, a następnie na syna, bo nie za bardzo rozumie czego jest świadkiem.
    - Zaprosiłem Kosmę – tłumaczy bez ogródek i zamyka za nimi drzwi. Wydaje się rozluźniony, jak zwykle zresztą. Posyła ojcu wymowne spojrzenie, które oznaczać ma mniej więcej tyle, że ma nie kwestionować jego decyzji w tej sprawie i zaakceptować ją w tym najprostszym wydaniu. Fraser więc, co by robić na dobrego gospodarza, uśmiecha się szeroko i dłonią pokazuje, by mężczyzna wszedł w głąb mieszkania.
    - Wejdź, mamy mnóstwo jedzenia i świetne czapeczki – rzuca z rozbawieniem, bo pewien jest, że Annie nie pozwoli Kosmie uniknąć tak ważnego nakrycia głowy.
    [Ale gówno. To ta pora, brat, że nie myślę. Chciałam jednak, żebyś miał początek, bo się jaram i w ogóle. Za wszelkie grzechy przepraszam.]/Fraser

    OdpowiedzUsuń
  19. [Kosma też fajny, wcześniej już do niego zerknęłam. Zdjęcia prześwietne. Korci mnie coś na wątek, ale nie nadaję się do zaczynania, ani do wymyślania.]

    Gabriel.

    OdpowiedzUsuń
  20. Czułem ten cholerny uścisk w gardle w rozmowie przez telefon z osobą, która tamtego dnia miała na mnie taki dziwny, silny wpływ. Opuściłem już ręce i trzymałem jedną dłonią komórkę przy uchu, podczas palce u drugiej rozgrywały między sobą zaciętą walkę, wbijając same w siebie paznokcie aż do krwi. Starałem się oddychać. Starałem się chcieć żyć, ale to wszystko mnie przerastało; ciężar życia codziennego był zbyt wielki, abym był w stanie go unieść. Po co ja w ogóle do niego dzwoniłem? Był obcą osobą która prawdopodobnie tamtego dnia poczuła się cholernie źle widząc tak beznadziejny przypadek, jak ja, i tylko dlatego dała mi tą pieprzoną kartkę z pieprzonymi cyferkami; a teraz pewnie tego żałował. Jak każdy normalny człowiek, miał własne życie. Tylko ja spędzałem je zamknięty w jednym pokoju, z zaciągniętymi zasłonami i zgaszonym światłem, w towarzystwie żyletki, książek i muzyki.
    Miałem ochotę krzyknąć, rzucić komórką o ścianę i wyskoczyć przez okno, ale mocniejszy uścisk własnego paznokcia wbijającego się głębiej niż poprzednio przywrócił mnie do racjonalnego myślenia, i uspokoił nieco. Zaczerpnąłem powietrza i zacisnąłem mocno oczy, aby następnie odpowiedzieć na jedyne z dwóch pytań które Kosma zadał, przy którym naprawdę nie chciałbym zakończyć to wszystko. Rozmowa nie trwała długo. Parę suchych zdań, przy których naprawdę poczułem się niechciany, jednak prawdopodobnie dzięki którym niedługo miałbym poczuć się lepiej. Nie chciałem spotkania w swoim domu. Za moje mieszkanie płacili rodzice, więc nie brakowało niepotrzebnych ozdóbek i bogatych wnętrz, przy których jednak nie czułem się komfortowo. Najbezpieczniejszym wyjściem było zanotować z tyłu karteczki z zapisanym numerem także adres tej samej osoby.

    Nie sądziłem że tak by się stało, jednak tym razem zebranie się zajęło mi dłużej niż zwykle.
    Cały czas miałem wrażenie że źle robiłem. Czułem się głupio narzucając osobie, która jeszcze nie wiedziała do czego dążyła swoim zachowaniem; egzystując przy mnie, słowa „zawiodłeś mnie” były nieuniknioną codziennością. Co więc pomyślałby obcy człowiek? Nie miał pojęcia że klaustrofobia nie była jedynym problemem z którym się zmagałem; nie mógł nawet sobie wyobrazić że prócz tego było jeszcze z piętnaście innych, które dusiły mnie codziennie, przykrywały kurzem i piachem.
    Gdy zebrałem wszystkie swoje kawałki, wiedząc że nie musiałbym czekać długo aby ponownie mi upadły, odważyłem się wyjść na dwór a następnie komunikacją miejską dotrzeć do adresu, który mi podano. Z ciągle rosnącym niepokojem nacisnąłem właściwy dzwonek.

    Sebastian.

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Dzień dobry. Jak dla mnie to z nami się mieszkać nie powinno, robimy tylko zadymę i uciekamy z piskiem opon.
    Bardzo się wkręciłam w pierwsze dwa zdania karty - są świetne. ]

    India

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie miałem pojęcia jak zachować się w tej sytuacji. Po raz kolejny w moim życiu chciałem zapaść się pod ziemię; po raz kolejny poczułem że popełniłem błąd. Nie powinno mnie tu być, nie powinienem zatruwać życie temu człowiekowi, nie powinienem w ogóle istnieć. Dlaczego wziąłem tą komórkę do dłoni i wybrałem ten cholerny numer? Dlaczego Kosma w ogóle mi go podał? Wiedziałem że teraz żałował; pewnie nie myślał że byłem aż tak naiwny, żeby z niego skorzystać. W duchu przysięgłem sobie, że nigdy więcej bym tu nie wrócił. Moje tak zwane życie już na zawsze zatrzymałoby się w tym samym punkcie, w gniciu we własnych czterech ścianach, dopóki zbawienie nie zapukałoby do moich drzwi, ubrane na czarno oraz z kosą w dłoni.
    Niepewnie wszedłem do środka, zbyt stłamszony przez uczucie bycia nie na miejscu aby nawet spojrzeć prosto na mężczyznę, który nie tak dawno uratował mi życie. Chwiejnym, aczkolwiek lekkim krokiem poszedłem za nim w nieznanym mi kierunku, rozglądając się ciekawsko po mieszkaniu. Od zawsze twierdziłem że wygląd czyjegoś mieszkania był dokładnym obrazem tego, co ten ktoś miał w środku – dlatego też nazywałem moim 'prawdziwym' mieszkaniem ten jeden, jedyny pokój, w którym miałem zamiar spędzić całą wieczność: jedyny który nie został podjęty planom moich bogatych rodziców, dzięki którym w ogóle miałem gdzie gnić – i jeśli miałem rację, Kosma był cholernie interesujący. Wprawdzie widziałem jedynie salon połączony z kuchnią – czyli dość niewiele, bo centrum każdego mieszkania była sypialnia – jednak to mi wystarczyło aby poczuć tą dziwną aurę, która się tu unosiła. Niestety, to wcale nie sprawiło że poczułem się pewniej, wręcz przeciwnie. Czułem się osobą niechcianą, która wtargnęła tu bez pozwolenia, niszcząc równowagę i spokój tego miejsca.
    Tak naprawdę nie miałem ochotę na nic: nie chciałem jeść, pić czy nawet oddychać, jednak nie sądziłem że odmowa byłaby na miejscu, prawdopodobnie wpędziłaby mnie w jeszcze większe zakłopotanie, paradoksalnie. W tym wypadku, poszedłem za nim i usiadłem przy stole, dopytując się samego siebie po co tu przyszłem. Kawa czy herbata, a później co? Jak do cholery miałbym z nim rozmawiać? O czym? Czułbym się jak śmieć, cały czas.
    - Herbaty – odpowiedziałem wreszcie, starając się nie zrobić tego zachrypniętym czy słabym głosem, jak to było w moim zwyczaju. Stwierdziłem że po tych wszystkich napojach energetyzujących, które w siebie wlewałem, kawa nie była do końca wskazana. Nawet nie pamiętałem kiedy piłem ją po raz ostatni; tak samo z herbatą. Umarłbym na zawał serca w wieku trzydziestu lat, ale czy kogokolwiek to naprawdę obchodziło?
    Zaszyłem się w swojej beznadziejnej ciszy, nie wiedząc co zrobić, powiedzieć; bojąc się cokolwiek zrobić, powiedzieć. Czy zawsze musiałem wszystko utrudniać? Równie dobrze w tym momencie mogłem siedzieć z kotem pod kocem i wbijać we własne ciało paznokcie z frustracji. Ale nie, zachciało mi się zobaczyć jedną z tych cholernych istot ludzkich.
    - Jeśli przeszkadzam, po prostu powiedz.

    Sebastian.

    OdpowiedzUsuń
  23. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Re: Nie wiem co tu wpisać, więc informuję, że nie wiem co powinienem tu wpisać.

    Przepraszam. Ostatnio czuję się jak cholerne gówno i brak mi sił do czegokolwiek. W tej chwili leżę na niezbyt wygodnej kanapie (nie pytaj, proszę, dlaczego nie zaległem w o stokroć bardziej wygodniejszym łóżku, bo sam tego nie wiem) i trzęsę się, pomimo miękkiego koca, którym jestem owinięty… bo zapomniałem zamknąć okno, a dziś straszny ziąb. Jakiś czas temu skończyła mi się herbata, a przecież droga stąd do kuchni jest jeszcze dłuższa, niż stąd do okna, więc nie mam nawet co liczyć na kolejną.
    Źle mi tutaj, wiesz? Ann wpadła do mnie wczoraj i wysprzątała całe mieszkanie, przez co teraz nawet nie wiem gdzie co mam. Ale nie chodzi mi już o coś tak przyziemnego… pogodziłem się z myślą, że lada chwila zniknę. I trzymam się jej kurczowo, bo mam wrażenie, że to właśnie dzięki niej potrafię jeszcze oddychać. Rozumiesz? Wierzę, że tak.
    Jeszcze raz przepraszam za to milczenie. Koniecznie zmień ten numer, to jest rozkaz.

    Gabe

    PS. Nie myśl, że nie przeczytałem wzmianki dotyczącej spotkania. Też chciałbym się z Tobą spotkać, ale póki co zwyczajnie się boję, więc wolę to jeszcze odwlekać w czasie. Zbyt dobrze mi się z Tobą pisze i nie chciałbym czegoś spieprzyć. Więc pomęcz się jeszcze trochę, proszę, wytrzymaj i nie zrób niczego głupiego.

    OdpowiedzUsuń
  24. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Re: Re: Re: Nie wiem co tu wpisać, więc informuję, że nie wiem co powinienem tu wpisać.

    Rozbawiłeś mnie wzmianką o podłodze, serio. To znaczy parsknąłem, przez co laptop zachwiał się na moim brzuchu niebezpiecznie i musiałem wykazać się refleksem, żeby go w porę przytrzymać (taka luźna refleksja mnie naszła w tym momencie, ale chyba jest całkowicie pozbawiona sensu, stąd nawias; gdyby tak roztrzaskał mi się ten komputer, to chyba straciłbym łączność ze światem, bo telefon chyba leży gdzieś w sypialni…). Więc to chyba już dowód na to, że jednak masz tam jakiś wpływ na moje samopoczucie. Uśmiechnij się, mistrzu. No i może jednak spróbuj się przetransportować na ten materac, hm?
    A gdziekolwiek indziej byłoby Ci dobrze? Masz Ann, masz tego swojego Nathaniela(…)
    Nie twierdzę, że gdziekolwiek indziej mógłbym czuć się lepiej. Bardziej jestem przekonany o tym, że zwyczajnie nie ma na Ziemi odpowiedniego miejsca dla mnie, bo nie powinienem w ogóle istnieć. Ann jest moją siostrą, przy tym jedyną żyjącą krewną, więc czuje się zobowiązana do tego, by trzymać mnie na tym świecie. Chociaż nie mam pojęcia po co… jest naprawdę cholernie silną osobą, ze wszystkim dałaby sobie radę bez niczyjej pomocy, a gdybym dodatkowo ją odciążył, to już w ogóle byłaby wygrana. Co do Nathaniela… wydaje mi się, że on też czuje jakieś chore zobowiązanie i nic poza tym. Próbowałem postawić się na jego miejscu i doszedłem do wniosku, że chyba też bym go nie zostawił, gdyby coś mu się stało. Zbyt wiele nas łączyło, żeby nagle odciąć się tak całkowicie i udać, że się nie znaliśmy.
    Przyniósłbym. Nawet bym go dla Ciebie odpalił. Nie maltretuj już tej wargi, masochisto.
    „Kiedyś” nie brzmi przekonująco. Ale mam pomysł… jak już umówimy się pewnego dnia czy wieczora na spotkanie, to będę miał dla Ciebie starter z nowym numerem, więc zmienisz go przy mnie, o. Patrz, jaki jestem genialny.

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  25. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Re: Re: Re: Re: Re: Nie wiem co tu wpisać, więc informuję, że nie wiem co powinienem tu wpisać.

    Chyba jestem zbyt zmęczony na tego typu, poważne rozważania. Popiszmy o czymś lżejszym… u Ciebie też wieje tak mocno, jak u mnie?
    Ale co do tej wzmianki o istocie wagi smutnych ludzi na świecie, to się z Tobą zgodzę. Też masz wrażenie, że ludzie w pełni szczęśliwi są tak naprawdę próżni? Mimo wszystko chciałbym kiedyś tej próżności spróbować, choć przez jeden dzień być do reszty zaślepionym przez własne szczęście. To musiałoby być cholernie odkrywcze… a przed chwilą nie miałem głowy do takich tematów.
    To nie jest głupie, Kosma. To po prostu inne i choćby dla takich jak my, odległe. Spróbuj postawić się na miejscu szczęśliwego, normalnego człowieka. I wtedy spójrz na takich, jak my – wyniszczających się, zmęczonych życiem. Dopiero wtedy poczujesz się głupio, bo dotrze do Ciebie, że za nic nie mógłbyś wyobrazić tak swojego dotychczasowego, niezatroskanego życia. Teraz to ja pieprzę od rzeczy, ale nieważne.
    Jak bardzo muszę być dziwny w Twoich oczach, skoro wyobrażenie sobie Ciebie jako masochisty i kanibala w jednym mnie kręci?
    Rozumiem, w porządku (… ale i tak kupię ten starter).
    Ja za to nie wyobrażam sobie własnego wyjścia poza obszar mieszkania. Sama wizja mnie dostatecznie napawa jakimś dziwnym lękiem, dlatego wolę nie ryzykować i nawet nie ruszam się spod tego koca, który daje mi minimum bezpieczeństwa. Chyba zbyt długo jestem tu sam, Nathaniel jeszcze się nie pojawił i pewnie dziś już tego nie zrobi, a Ann była wczoraj, więc najprędzej przyjedzie za około dwa, trzy dni… zwariuję.

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  26. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Re: Re: Re: Re: Re: Re: Re: Nie wiem co tu wpisać, więc informuję, że nie wiem co powinienem tu wpisać.

    No tak, ale na przykład Ann u siebie prawie nie odczuwa dzisiejszej wichury, bo okna w jej mieszkaniu wychodzą bardziej na północ, a u mnie z kolei jest odwrotnie i to wietrzysko wręcz wpada mi do pokoju i prawdopodobnie mam tu już tak zimno, jak jest na zewnątrz. Ale to nic, przywykłem do niskich temperatur.
    Co do smutnego się zgodzę, ale do nieprzyjemnego już nie, wybacz. No, chyba że jesteś tu ze mną bardzo nieszczery i udajesz kogoś, kim w rzeczywistości nie jesteś, to w porządku. Wtedy odcięcie się od Ciebie i znalezienie sobie innego kanibala będzie dla mnie łatwiejsze!
    A ja informuję Ciebie, iż wciąż tkwię na kanapie. Ba! Nawet pozycji nie zmieniłem od dobrej godziny. Plecy mnie trochę bolą, ale jeszcze wytrzymam.
    Dziękuję za to, że jesteś. Możesz wysłać mi swoje zdjęcie, żebym miał się na co gapić, kiedy akurat nie będziesz miał możliwości siedzenia ze mną wirtualnie.
    Mogłem nie wspominać Ci o tym oknie, bo mi tu w lekką paranoję popadasz... sam jesteś głupkiem.

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  27. [A dziękuję. Bywa urocza, ale zdarza jej się też być irytującą ze względu na swój ekstrawertyzm, ale myślę, że jej charakterek mógłby całkiem fajnie zagrać w wątku z Marcusem, jeśli oczywiście masz na niego ochotę ;) Aileen niczym tornado mogłaby wkroczyć w jego życie i myślę, że mogłoby z tego wyniknąć coś ciekawego ]

    Aileen

    OdpowiedzUsuń
  28. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Pozwoliłem sobie zmienić temat, bo drażniła mnie już ilość tych ‘re’… więc daję serduszko <3

    Wierzę (w to, że potrafisz być nieprzyjemny, kiedy tego chcesz), większość ludzi to potrafi, w tym ja. Ale nie wierzę już w to, że na co dzień bywasz skończoną ciotą, jak to sam nieładnie określiłeś… strasznie samokrytyczny jesteś, to już wiem. Mam wrażenie, że nawet ja się przy Tobie w tym chowam, a to wyczyn, bo mam o sobie naprawdę niskie mniemanie.
    Przestań, proszę. Zbyt dobrze mi się z Tobą pisze, bym miał tak z miejsca z tego zrezygnować i to tylko i wyłącznie dlatego, że cokolwiek w Twoim wyglądzie miałoby mi się nie spodobać. Więc nie daj się więcej namawiać i przyślij mi to zdjęcie. Tylko jedno, proszę.
    Wiadomość z ostatniej chwili: okno zostało zamknięte, a ja siedzę z laptopem na kuchennym blacie i czekam, aż woda w czajniku zacznie wrzeć, bo pilnie potrzebuję herbaty.
    I jak po prysznicu? Woda ciepła? Czujesz się choć odrobinę lepiej?

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  29. Na dźwięk jego słów postarałem się uśmiechnąć, chociaż najdelikatniej, aby nie sprawiać wrażenie kompletnie zdesperowanego człowieka, pozbawionego nadziei, którym wiedziałem że byłem. Ale po prostu nie byłem w stanie. Po tylu latach, nawet tak beznadziejnie prosty gest był czymś zbyt trudnym do wykonania.
    Chwyciłem kubek stojący przede mną i zbliżyłem go do siebie, jednak tak naprawdę moje myśli były w całkiem innym miejscu. Zatrzymały się w momencie w którym Kosma zadał to pytanie, które jeszcze nie uzyskało odpowiedzi. Chciał wiedzieć co się stało, dlaczego przyszedłem. A ja tak nagle nie chciałem o niczym mówić kompletnie obcej osobie; wiedziałem że to było złośliwe, bo w końcu uratował mi życie, ale nie potrafiłem otworzyć się nawet przed samym sobą, więc jakim prawem świat wymagał ode mnie abym zrobił to przed nim? Może spodziewał się nie wiadomo czego, a ja byłem tylko rozczarowaniem, dla wszystkich, pod każdym względem. Może wystarczyłoby pokazać mu moje bandaże, moje nacięcia, moje blizny, ale czy zrozumiałby? Czy to byłoby w stanie opisać to, jak powoli zamieniłem się w opuszczony dom? Kiedyś wypełniony ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa, teraz zostawiony sam, chociaż wszyscy wiedzieli że nie poradziłbym sobie w pojedynkę. Powoli moje okna zostały rozbite, drzwi wyrwane z zawiasów, ściany wypełnione dziwnymi symbolami i bliznami pod postacią napisów od osób, których nie mogłem mieć; wszystko co było w środku zostało skradzione lub pozostało nieużywane przez tak długi czas, że teraz do niczego się nie nadawało; wypełniono mnie pajęczynami, szczurami i szkłem po rozbitych butelkach alkoholu. Wyziębiony, niezmienny już od paru lat, mimo wszystkich osób które prowadziły swoje normalne życia obok mnie i mnie nie zauważały; jak mogłem normalnie funkcjonować w takim stanie?
    Powstrzymałem się od cichego westchnięcia tym, że uniosłem kubek do ust i wziąłem pierwszy łyk. Od dawna nie piłem herbaty, ale nadal pamiętałem że lubiłem połykać ten gorący napój szybko, czując jak rozpala mnie od środka, boli i tym samym łudzi mnie że jestem jeszcze żywy. Tak zrobiłem i tym razem, pogłębiając się w uczuciu masochizmu.
    Podniosłem ostrożnie wzrok na mężczyznę, który siedział przede mną. Nie miałem pojęcia czego się spodziewał, więc musiałem wybrać najbezpieczniejszą opcję. Problem tkwił w tym, że ja już nie potrafiłem rozróżnić kłamstwa od prawdy. Nie wiedziałem dlaczego to wszystko robiłem, dlaczego o tym myślałem – okłamywałem tak często innych, że sam gubiłem się w wytworach własnego umysłu.
    - Chciałem podziękować Ci za... za to, co zdarzyło się ostatnim razem – wydusiłem wreszcie z siebie, zachrypniętym głosem wychodzącym z gardła poparzonego herbatą.
    Po jaką cholerę ja tu w ogóle przyszedłem?

    Sebastian.

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Tak tu wracam i wracam i stwierdzam, że chcę wątka, bardzo. Wymyślisz coś, proszę, a ja zacznę? Bo pomysły mogę mieć trochę ograniczone. ]

    India

    OdpowiedzUsuń
  31. Miesiąc to niezbyt długi okres czasu, szczególnie, kiedy tyle się wokół dzieje. Wokół Indii Adams zawsze się coś działo, już ona o to zadbała.
    W Londynie żyło się szybko, doskonale o tym wiedziała, decydując się na przeprowadzkę. Tyle że nie przypuszczała, że słowo szybko nabierze tam dla niej zupełnie nowego znaczenia.
    Całe dnie spędzała na uczelni, bądź przed obiektywem, a noce poświęcała na naukę i czytanie, rzadko kiedy sypiała więcej niż cztery godziny na dobę. Nic więc dziwnego, że listopadowe popołudnia szybko zamieniły się na grudniowe, wietrze wieczory.
    Wykłady płynnie przechodziły w ćwiczenia, a ćwiczenia w praktyki, najpierw na zwierzęcych fragmentach, później w szpitalu.
    I tak jak łatwym było dla Indii zszycie ważącego dwa kilo kawałka mięsa, tak eksperymenty, bo inaczej w jej przypadku tego nazwać nie można było, na żywych, oddychających istotach napawały Adams lękiem.
    Kiedy więc stawiła się w dniu swojego małego dyżuru w przylegającym do uczelni szpitalu, trzęsły jej się ręce i kolana.
    Adams, dasz radę. Nie pękaj.
    Pierwsze trzy kroki były dla dziewczyny prawdziwą udręką. Później, po tym jak wepchnęła dłonie do głębokich kieszeni białego kitla, szło już jej całkiem nieźle. Musiała tylko panować nad nogami.
    W dyżurce wskazali jej salę,w której miała przyjmować pacjentów. Tamtego dnia tylko dwóch, ewentualnie trzech, co stanowiło dla Indii niejakie pocieszenie. Nie zniosłaby chyba więcej upokorzenia.
    Gabinet nie był duży, a wszystkie niezbędne do szycia przyrządy wyłożono na prostym, białym blacie,więc niczego nie musiała szukać. Kilka głębokich oddechów i już była gotowa.
    - Zapraszam pierwszego pacjenta!
    Jako że dobrze poszło jej na wstępnym egzaminie, pozwolono dziewczynie być w gabinecie zupełnie samej. Zadbano jednak, by nie trafiły do niej żadne cięższe przypadki, rozcięte łuki brwiowe i wargi miały więc być najgorszymi z możliwych opcji, a przynajmniej o to się modliła w duchu.
    Jeszcze zanim chory wszedł do pomieszczenia, powtórzyła sobie szybko treść pierwszego wykładu.
    Bądź opanowany i profesjonalny. Musisz sprawić, że pacjent ci zaufa.

    [ Mam nadzieję, że jako tako mi wyszło. ]
    India

    OdpowiedzUsuń
  32. [Tak ładnie prosisz, że aż szkoda nie skorzystać :) Tyle, że czytam twoją kartę już kolejny raz, ale nie potrafię wymyśleć nic sensownego ;c]

    Vera

    OdpowiedzUsuń
  33. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Re: <3

    Przestań mówić o sobie źle, proszę. Ty przynajmniej zbierzesz się w sobie i wyjdziesz, załatwisz to wszystko, co masz do załatwienia i wtedy zasłużenie będziesz mógł rozłożyć się na podłodze z satysfakcją płynącą z wykonanych czynności. A ja? Ja będę w tym czasie tkwić w łóżku, na kanapie czy chujwiegdzie i poczekam sobie, aż to wszystko, co powinienem zrobić sam, zostanie wykonane przez siostrę, lub byłego. To ja jestem tutaj przykry. Do granic.
    Cieszę się, że jest Ci chociaż cieplej. Zawsze to jakiś pozytyw. Ja mam już herbatę, a to też mini synonim szczęścia. No i dłonie mi się przynajmniej ugrzeją, bo trochę skostniały mi palce przez to całodniowe wietrzenie mieszkania…
    W porządku. Ja życzę Tobie dobrej nocy, oby udało Ci się usnąć tuż po położeniu się. Trzymaj się, proszę i spróbuj tym razem oszczędzić w myślach swoje życie. Tak po prostu – z myślą o mnie.
    Postaram się więcej tak nie milczeć, masz moje słowo. I dziękuję za zdjęcie, jest świetne!

    Gabe





    Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: …

    Wciąż mam otwarte to Twoje zdjęcie i po prostu nie mogę się napatrzeć. To chciałem napisać…
    Dochodzi trzecia rano, palę papierosa i ani odrobinę nie czuję się śpiący. Mam nadzieję, że udało Ci się zasnąć.

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  34. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Re: Re: …

    Ja w końcu położyłem się jakoś przed piątą, ale też nie mogłem zasnąć. Nie wiem kiedy dokładnie usnąłem, ale spałem krótko jak na siebie, bo do południa. I czuję się jak… nie. W ogóle się nie czuję. Dziś jest zdecydowanie gorzej, niż wczoraj, ale Ann uprzedziła mnie telefonicznie, że wpadnie. Będę się musiał względnie ogarnąć, żeby jej nie zasmucić… będzie ciężko. Pewnie znów naznosi jakichś świątecznych bambetli. Powiedz, proszę, że też nie dzierżysz świąt.
    Martwi mnie Twój stan, Kosma… Dzieje się coś, o czym nie wiem? Zadrapania goją się gorzej, niż rany cięte, więc nie ruszaj już tego ramienia i nic tam nie grzeb.
    Nie mów, że szkoda. Dobrze, że nie zwiałeś. Dzięki temu masz papierosy, spójrz na to w ten sposób.
    Zazdroszczę herbaty. Zrobisz mi taką kiedyś?
    Nic mi nie mów o bałaganie… ja jeszcze do wczoraj miałem tu praktycznie sterylne warunki, a teraz już panuje nieład. Ten bałagan robi się chyba samoistnie, bo przecież ja przez większość czasu leżę, albo siedzę.
    Śpij. I wyśpij się wreszcie, należy Ci się. Czekam na odzew, jak już odeśpisz i znajdziesz dla mnie chwilkę.

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  35. [No dobry wieczór. Podoba mi się karta. Bardzo. Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy Marcus i Dastan są do siebie bardzo podobni.
    Chciałabym jakiś ciekawy wątek. Masz może jakiś pomysł?]

    OdpowiedzUsuń
  36. [Dziwny mówisz... Dziwne z pewnością jest pisanie maili/listów do osoby, której się nie zna (notabane bardzo podoba mi się ten pomysł i podziwiam - nie wpadłabym na to), więc jeśli chcesz coś w tym stylu (tak samo dziwne, nie fabularnie podobne, bo to już byłoby dla ciebie chyba nudne), to ja niestety na chwilę obecną też nie mam pomysłów, choć na wątek mam ogromną ochotę.
    Dzisiaj już raczej na nic nie wpadnę, więc proponuję wstrzymać się do jutra. Może coś wymyślimy, a jeśli jednak nie, to zrobimy burzę mózgów. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  37. [Broń Boże nie chodziło mi o to, żeby go kopiować. Zwyczajnie chciałam pochwalić, bo pomysł - nie da się ukryć - jest wyjątkowo oryginalny.
    Może wymyślimy im jakieś powiązanie? Ja osobiście jestem zwolennikiem zaczynania od jakiegoś punktu, a nie samego początków (tych szczerze nie znoszę).
    Możemy rozpatrzyć tą znajomość na czystko psychologicznym podłożu: dosłownie. Mogli się któregoś razu zgadać w poczekalni u psychologia - Dastanowi wizyta z pewnością by się przydała, a i Kosmie mogłaby pomóc - a że facet liczył sobie ponad ich możliwości, dogadali się, że słuchać mogą się na wzajem, zupełnie za free, przy herbatce u któregoś w domu.
    Właściwie ten początek nie jest tak ważny jak pomysł na jego rozwinięcie. Jeśli to, co zaproponowałam, ci się nie podoba, to zostawmy to na tą chwilę i pomyślmy (zakładając, że faktycznie się znają/przyjaźnią/co bądź), w co ich teraz możemy wpakować.]

    OdpowiedzUsuń
  38. [Owszem, możemy.
    Ale niestety na zaczynanie nie mam dziś weny. Będziesz tak miła?]

    OdpowiedzUsuń
  39. [Dobrze jest.]

    Dlaczego nie zdziwiła go ta wiadomość? Może zbyt dobrze znał Marcusa. Może byt długo. A może po prostu już do niego przywykł? Przyzwyczaił się. Oswoił, jakby to powiedział Lis. Mały Książę być może nie do końca rozumiał znaczenie tego słowa, ale Dastanowi z pewnością nie było ono obce. Podobno człowiek przyzwyczajał się do wszystkiego; nawet do bólu czy beznadziei. Nawet do tego, że wartość własnego życia spadła poniżej przeciętnej i jak na złość nie chce się podnieść.
    Przezornie zabrał ze sobą koc i skarpetki; te, które kupił któregoś razu specjalnie dla Kosmy, samemu właściwie nie widząc, dlaczego. Nie był przecież jednym z tych miłosiernych. Był zimnym, aspołecznym dewiantem. Mordercą. Może właśnie dlatego tak dobrze im się razem milczało? Morderca i samobójca - to przecież w gruncie rzeczy bardzo podobne jednostki.
    Już po chwili wychodził na dach. Nawet nie musiał się rozglądać; Marcus siedział na widoku, jakby czekał, aż ktoś go ocali. Dastanowi przeszło przez myśl, że to musiał być jakiś cholernie nieudany żart, że padło akurat na niego. Uśmiechnął się pod nosem, nie komentując tego jednak głośno.
    - Upadek z wysokości nie zawsze gwarantuje szybką i bezbolesną śmierć - mruknął, okrywając go kocem. - Czytałem kiedyś o lasce, która chciała się zabić w ten sposób. Był tak silny wiatr, że zwiało ją do budynku i jedynie połamała sobie miednicę. Biedaczka.
    Przysiadł obok niego i podał mu zwinięte w kłębek skarpetki, wzrokiem lustrując panoramę miasta. Nocą wyglądało przepięknie.

    OdpowiedzUsuń
  40. [ Wieeem <3 Dlatego znalazł się w karcie. I pomyśleć, że wizerunek znaleziony przez przypadek xP ]

    Isaac

    OdpowiedzUsuń
  41. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: Re: Re: Re: Re: …

    To tak, jak ja. Ponadto święta nie kojarzą mi się z niczym dobrym, bo jest zima, więc marznę, a to nie jest przyjemne. Zimą umiera więcej ludzi, niż w inne pory roku. Gdzieś o tym czytałem kiedyś. To przykre.
    Była. I nie myliłem się – znoszenia świątecznych dupereli ciąg dalszy. Swoją drogą, teraz dopiero zacząłem się zastanawiać nad tym, w jaki sposób tak drobna dziewczyna, jak Ann, dała radę przytargać tu tak wielki i ciężki karton… ona chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Kochana siostrzyczka.
    Hej, nie czuj się bezużyteczny, bo to nieprawda. Poczekaj jeszcze trochę i zobaczysz, że malowanie samo Cię do siebie przyciągnie, do niczego nie będziesz musiał się zmuszać.
    Rozumiem Cię, jednak chyba zbyt głupim człowiekiem jestem, bym mógł napisać Tobie coś mądrego w tej kwestii. Jedynie mogę przytulić Ciebie wirtualnie. Mocno.
    U mnie znów nienaganny porządek, szkoda że tylko w mieszkaniu, a nie w głowie. I znów źle się tutaj czuję, ale na ugaszenie tego dyskomfortu mam butelkę wódki. Dobra jest i mimo, że mocna, to nie muszę jej niczym popijać, więc kolejny plus. Jak skończę, to mam zamiar wyrwać się stąd na noc. Pewnie odwalę coś głupiego, powłóczę się i wrócę – jak zawsze – uprzedzam, żebyś nie musiał się niepotrzebnie martwić.
    Całkiem przyjemny sen. Lubię Twój tok myślenia. Fascynuje mnie. Chciałbym kiedyś zobaczyć kilka scen z tego snu, które byłby zilustrowane przez Ciebie.

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  42. Od: seks.o.czwartej.rano
    Do: i.am.so.szatanistik
    Temat: trochę się najebałem, ale tylko trochę.

    Mnie w sumie obojętne są te pory roku, byle nie było mi zimno.
    Może statystyki się pozmieniały, bo dałbym sobie ręce uciąć, że czytałem o zimie.
    Ann jest najlepsza, tego nie da się ukryć. Ale bywa też upierdliwa i nie do zniesienia, o tym też wypadałoby wspomnieć.
    To miłe, że moje wirtualne uściski na coś się przydają. Mogę tulić Cię tak częściej, jeśli chcesz.
    Chyba nie chcę wiedzieć, co się kryje pod Twoim nie przesadź tylko, bo jeszcze się okaże, że notorycznie przesadzałem i nie mam zamiaru tego zmienić. Naprawdę się nie martw.
    Ja też zabijam siebie we własnej głowie. Ale chyba wypadałoby z tym trochę przystopować, bo później jest mi żal tego, że większości planów z własną śmiercią nie byłbym w stanie spełnić z racji nieodpowiednich warunków chociażby. Bardzo pojebany jestem?
    W ogóle, to całkiem składnie piszę, jak jestem podpity, nie sądzisz? Ale dość już tego cyrku, bo butelka prawie pusta, a ja jeszcze niegotowy do wyjścia. Trzymaj się. Odezwę się pewnie, jak będę zdychał na kacu. Życz mi szczęścia.

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  43. [Świetne zdjęcie, a karta jeszcze lepsza <3]

    OdpowiedzUsuń
  44. [Dziękuję za uwagę, niedopatrzenie. Teraz lepiej? :) Pierwsze linijki karty Marcusa mnie urzekły... w dodatku rysuje. Masz ochotę, albo jeszcze lepiej, pomysł na wątek lub powiązanie?]

    Emilie Dore

    OdpowiedzUsuń
  45. [Żyję, Internet mniej.
    Pomysły?]

    S. Sykes

    OdpowiedzUsuń
  46. [W sumie zakładka 'Administracja' do czegoś się przydaje.
    Oh, a skąd ta pewność?
    Nie no, z Kosmą wątek zawsze i wszędzie. A pomocy przy malowaniu sufitu nigdy się nie odmawia, wiem z doświadczenia.]

    M. Snowdon

    OdpowiedzUsuń
  47. [Zmuszanie mnie do myślenia to okrucieństwo.
    Może w jakiejś nieprzyjemnej sytuacji Kosma mruknąłby sam do siebie coś (wrednego lub nie, obojętnie) o kimś, a może nawet o Michaelu, w jednym z języków które zna, ale Mike akurat by go zrozumiał i podobnie mu odpowiedział. No i później jakoś doszłoby do tych jego rysunków, a Mike stwierdziłby że są naprawdę dobre i rzuciłby propozycją z sufitem. Nie patrz tak na mnie, już wiesz dlaczego najlepiej jest kiedy nie myślę.]

    M. Snowdon

    OdpowiedzUsuń
  48. [To było oczywiste.]

    Czyjeś mieszkanie było po prostu esencją jego duszy.
    No chyba że posiadało się upierdliwą matkę, babcię, siostrę, żonę czy jakąkolwiek inną istotę płci żeńskiej, bo to właśnie one były najbardziej upierdliwe.
    Ja nie miałem nikogo takiego, i w sumie nie wiedziałem czy się z tego cieszyłem czy nie. Poczucie cieńkiej linii granicy między dziwactwem a zwykłą przesadą wpychało mi do głowy stwierdzenie, że zdecydowanie wolałbym mieć kogoś takiego, chociaż musiałbym to wszystko znosić, jednak dobrze wiedziałem że to było kłamstwo. Nie mając upierdliwej rodziny czułem się wolny, co nie oznaczało że nie byłem samotny.
    Wolność często równa się z samotnością.
    Dzięki temu braku w moim drzewie genealogicznym, chodząc po moim mieszkaniu można było poczuć się tak, jakby chodziło się w moim wnętrzu. Tu mózg, tu serce, tu dusza, nawet żołądek się znalazł. Ale przez to rzadko kiedy kogokolwiek tu wpuszczałem. Jak na razie tylko kot miał bilet stałego klienta i nie musiał płacić niczym więcej, niż ogrzewaniem mnie w zimniejsze wieczory, kiedy, mimo wszystko, nie chciałem zamknąć okna pokoju.
    Tego dnia moja głowa zdecydowanie została pochłonięta przez biel. Tak bardzo roztargniony, zdałem sobie sprawę z tego, o jaki konkretny dzień właśnie chodziło, gdy leżąc na podłodze odłożyłem na chwilę czytaną książkę – 'Carrie' Stephena Kinga; przeczytałem ją już z trzydzieści razy w trzydzieści dni, ale za każdym razem to jak ludzki umysł potrafił być okrutny było tak fascynujące (zacząłem się obawiać że skończyłbym jako morderca) – i spojrzałem na sufit. Biały. Kompletnie biały, jak flaga powieszona na maszcie wbitym w moje serce. Zerwałem się automatycznie z dywanu i zacząłem szukać farb, które na pewno znajdowały się gdzieś w moim mieszkaniu. Kupiłem je trochę wcześniej, myśląc że podołałbym temu zadaniu w pojedynkę. Niestety, chyba przeceniłem własne możliwości.
    Byłem zapominalskim człowiekiem, ale ta jedna, mała informacja akurat nie wypadła mi z głowy. Kosma miał zjawić się u mnie około czwartej; chyba że zabłądziłby w okolicy i trafiłby pod to mieszkanie z ogródkiem, przed którym codziennie przechodziłem i przed którym codziennie umierałem na zawał przez tego cholernego kundla, bo wyskakiwał szczekając i warcząc z najciemniejszych zakamarków.
    Zniosłem wszystkie potrzebne rzeczy do pokoju z białym sufitem, który za niedługo miał przestać być tak przerażająco biały, i przykryłem jakimś starym, nieużywanym prześcieradłem najważniejsze rzeczy. Podczas malowania mogło się zdarzyć wiele wypadków: wiedziałem o tym z doświadczenia, a meble chciałem pociapać farbami mając jakiś plan, a nie na oślep, pryskając nimi na nie.
    Postarałem się usiąść na środku pokoju i cierpliwie czekać na przybysza. Niestety, już po paru minutach moja dzika natura obudziła się we mnie i dłonie aż same się pchały, aby zanurzyć się w farbie. Gdy usłyszałem dzwonek do drzwi, pobiegłem otworzyć z fioletowo-błękitnymi palcami, dopiero teraz zdając sobie sprawę że pobrudziłbym także ubrania.

    M. Snowdon

    OdpowiedzUsuń