I turn around, find a gun on the ground, cock it, put it to my brain and scream.


JAMES HEFFERNAN
"Ten gorszy brat"

Były żołnierz, były alkoholik, były człowiek-pretensja, była menda społeczna, postawa roszczeniowa, wieczne pretensje, wiecznie za głośno, za dużo, za mocno.
Wiecznie nie tak jak powinien.
Royal Military Academy Sandhurst, Irak, Nowy Jork, Afganistan, Klub Anonimowych Alkoholików.
Dwa postrzały, kilka nieprzemyślanych decyzji, kilkanaście słów wypowiedzianych nie w porę, kilka przemilczanych miesięcy, kilka źle wydanych tysięcy, kilka terapii, kilka natrętnych myśli, kilkaset wykonanych telefonów, kilka zamkniętych przed nosem drzwi.
Cynizm, ignorancja, bezmyślność.
Z całej rodziny jako jedyny nie bawił się w irlandzki taniec, miłe uśmiechanie się do siebie i pielęgnowanie bratersko-siostrzanych więzi. Zaraz po skończeniu Akademii Wojskowej wyjechał na swoją pierwsza misję, a później jakoś tak poszło. James zawsze myślał, że wszystko powinno zostać mu podane na srebrnej tacy, bo tak nakazują wszelkie ziemskie prawa. Byłby gotów oddać nerkę za swoje święte przekonanie o tym, że wszyscy działają wbrew jemu, bo przecież kto to myślał, żeby ktokolwiek miał inne zdanie niż on. Ten typ tak ma, mawiali starożytni Rosjanie. Ostatnio jednak coś zaczęło układać mu się w głowie. Może to terapia wstrząsowa, którą podjęli jakiś czas temu jego przełożeni w wojsku, może prawie roczna terapia mająca wyciągnąć go z bagna zwanego alkoholizmem, a może po prostu zbyt mocne uderzenie w głowę. Nie ważne co to było, ważne że poskutkowało i James postanowił raz na zawsze zmienić swoje życie. Czy mu wyjdzie? Pewnie nie, w końcu wielu takich jak on już próbowało... 

____
źródło, źródło

50 komentarzy:

  1. [Ale on.. Biedny z tym wszystkim, taki jakis smutny i w ogole, bo nawet z tym rodzenstwem nie jest specjalnie zwiazany. Biedny.
    No ale co, Lyla i tak chce watek. Bedzie najwyzej upierdliwa, ale chce ;D]

    Lyla Heimirsson

    OdpowiedzUsuń
  2. [To idealnie. ;D Nie wiem tylko co zaproponowac. Ale moze najprostsze przypadkowe zabranie kawy, bo ona czekala na swoja, nie zorientowala sie oczywiscie w pore i albo siegneli po nia oboje, albo ona podkradla ja calkowicie i wyszla jak gdyby nigdy nic. Ewentualnie na lotnisku mogla go poznac jak przylecial, a ona konczyla zmiane, milo sie gadalo, to i zaproponowala jakies wspolne pojscie na koncert. No w teorii mozna tez jej szczura podciagnac do jakiegos watku, bo gdyby sie znali, to moglby zabrac jej Romeo na caly dzien, a ona by chyba zwariowala bo nie wiedzialaby, gdzie on jest i pozniej pewnie udusilaby Jamesa. Albo jesli sie nie znaja, to mogla wpasc na niego jak z metra wybiegala i mu jakies dokumenty rozrzucic, swoje tez, pomieszala troche przy zbieraniu i szybko uciekla bo na lotnisko sie spieszyla. Dopiero w pracy zorientowala sie, na jakichs papierkach moze byl adres/telefon i po prostu stwierdzila, ze odda. No albo mogli sie kilka razy spotkac gdzies, przespac sie (bo o dziwo nie wwalilam jej w zaden romans jeszcze, tak) i. No nie wiem czy w romanse mozna akurat isc, co planujesz, wiec tak.. Wybierz sobie cos z tego jak ci pasuje ;D]

    Lyla

    OdpowiedzUsuń
  3. Studio tatuażu Navida nie było za dużo, ale nie należało też do tych najmniejszych. Usytuowane w bardzo dogodnym miejscu, w centrum, gdzie każdy je mijał i chociaż raz uraczył spojrzeniem, przyciągało całkiem sporo klientów. Navid nie miał żadnych pomocników, pracował sam, chociaż młodsza siostra zaoferowała się do pomocy zaraz po studiach i przeprowadzce z Birmingham, co oczywiście doprowadzi do apopleksji ich ojca. Ah, jak on tęsknił za tym widokiem, gdy wyprowadzał staruszka z równowagi co najmniej raz dziennie. Co prawda nadal mógł to robić, chociażby przez telefon, ale chyba jednak trochę z tego już wyrósł.
    Nadszedł weekend, a on wbrew pozorom nie miał dzisiaj zbyt wielu klientów. Zaledwie kilku przyszło z własnymi projektami, żeby umówić się na sesję, inna dwójka poprosiła go o zaprojektowanie jakichś ciekawych rysunków z okazji pierwszej rocznicy ślubu. Siedział właśnie nad kartką, przygryzając ołówek, gdy zadzwonił dzwonek nad drzwiami. Nawet nie podniósł głowy, to Moon zawsze witał gości. I tym razem tak było, biały kot w mgnieniu oka był pod drzwiami, by uważnie przyjrzeć się wchodzącemu mężczyźnie, jakby chciał ocenić, czy jest wart przebywania tutaj. Tak, zdecydowanie Lustowy kot był zdecydcowanie jednym z tych kocich arystokratów, co to nie zadają się z byle kim.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Też podglądałam twoją kartę :D Jesteśmy kwita. Pomsył mi się podoba, bo z A. taka biedna istotka, co woli sobie nie robić wrogów, więc zacznę ładnie, ale to jutro gdzieś po południu, bo jutro trzeba rano wstać...;_;]

    Aideen

    OdpowiedzUsuń
  5. [No tak, Lyla predzej jego (i siebie dla towarzystwa) przywiazalaby do kaloryfera niz pozwolila mu sie napic.
    Pasuje, ale wychodzi na to, ze chyba mam zaczac.. Najwczesniej w niedziele, bo i tak telefon maltretuje,a jutro rodzinna wycieczka do mnie jest, wiec czasu brak.. No ale to jak najszybciej postaram sie nadrobic. ]

    Lyla

    OdpowiedzUsuń
  6. [Przywitam się xP Właśnie wróciłam do domu i będę się zabierała do wątku dla Seana i tak myślę, bo relacją mojej Jacky i jego jest, że znają się od zawsze i jest jak taka czwarta siostra, co to wpadała tak często jakby z nimi mieszkała, więc może pasowałoby ci, by i Jamesa znała? Mógłby ją nauczyć strzelać i dlatego w ogóle jej przygoda z bronią by się zaczęła? Pasowałoby ci? Może masz jakiś dodatkowy pomysł? ^ ^]

    Jacky King

    OdpowiedzUsuń
  7. [To równie dobrze ty możesz zacząć, haha. Moje zaczęcie to będzie lanie wody, bo to James przychodzi z inicjatywą przeprosin ^^]

    Aideen

    OdpowiedzUsuń
  8. [Jasne. Czekam niecierpliwie :D]

    Aideen

    OdpowiedzUsuń
  9. [Tak się tylko upewnię - czyli w żaden sposób nie utrudniamy/maltretujemy/udziwniamy ich relacji, tak? xP Przy okazji spytam, czy zaczniesz, ale oczywiście, jak zrzucisz to na mnie to przyjmę z pokorą i zacznę coś po północy, bo muszę zrobić jeszcze drobną czynność ^ ^]

    Jacky King

    OdpowiedzUsuń
  10. [Okej xP]

    Przytrzymała drzwi wchodząc do sali z torami strzelniczymi. Wzrok miała wbity w dłoń na której leżała broń. Lekko przymknięte oczy i zaciśnięte usta. I ten grymas czegoś, co nigdy wcześniej nie było u niej zauważane. Miała w nosie, że właśnie stała w drzwiach i blokowała wejście. Ona teraz miała tę chwilę refleksji. Na jej oczach dłoń nieznacznie zadrgała. Wypuściła powietrze z płuc. Czuła się, jakby po raz pierwszy trzymała broń... cóż, no może niekoniecznie. Czuła się jak normalny człowiek, który po raz pierwszy trzyma broń, którą zaraz potem ma zabić człowieka. King miała natomiast wrażenie, że nigdy nie reagowała tak jak powinna: nie złościła się, kiedy mogła, nie zachowywała spokoju, kiedy tego wymagała sytuacja, nie była odpowiedzialna ani stabilna, nie przeżywała życia i wydarzeń, jak normalny człowiek, nie płakała na pogrzebach, ale potrafiła rozpłakać się na filmie.
    Jacky King była dziwnym stworzeniem, którego wielu próbowało zrozumieć i odpadło w przedbiegach. Miała przyjaciół, ale trudno było powiedzieć, że się ją zna - miała tajemnice, których za nic w świecie nie wyjawiłaby, gdyby ktoś jej nie przyciskał, a jak ma przycisnąć ją ktoś, kto nie wie, że ma tajemnice?
    Wpatrywała się w broń, jakby zaraz miała do niej przemówić. I tak właśnie zagłębiona we własnych myślach i pozbawiona typowego dla siebie cynizmu stała. Stała, aż do momentu, gdy w końcu zdała sobie sprawę, że na strzelnicy po za nią jest tylko jedna osoba - plus dziesięć za spostrzegawczość, pani detektyw. Uniosła wyżej powieki i przyjrzała się osobie przed sobą. Pierwsza myślą było, że to Sean, ale przecież to nie było możliwe. Na pewno tylko ktoś bardzo do niego podobny. I dopiero wtedy ją oświeciło... Za bardzo podobny. Puściła drzwi, które zaraz za nią zatrzasnęły się z głośnym trzaskiem.
    Aż nie dowierzała, że tam stał, ale jednak był - z wyglądu tak bardzo dobrze znany, ale zupełnie inny w środku. James. Kiedyś nawet listy z nim przez jakiś czas wymieniała, jak tak jej go brakowało po wyjeździe, ale z czasem zmuszona była uporać się z życiem sama, bo listy za wolno szły, by jego słowa były aktualne z podejmowaną decyzją. Już nie pamiętała, które z nich napisało po raz ostatni.
    - No proszę, kogo oczęta widzą - powiedziała bardziej swobodnie, niż się czuła.

    Jacky King

    OdpowiedzUsuń
  11. Sean – wbrew powszechnej opinii – wcale nie był mściwy. Ale pamięć miał za to doskonałą, o czym dla odmiany zapominano, sądząc, że i on zapomniał o jakichś niesnaskach z przeszłości, a po latach wszystko już będzie w porządku z jednego tylko powodu – bo upłynął odpowiednio długi czas. I tak ustawicznie powracali wypinający się na niego przyjaciele i zdradzające go ukochane, najczęściej z jakimś bardzo konkretnym interesem. A Sean przypominał im o wydarzeniach sprzed kilku czy kilkunastu lat i zamykał drzwi przed nosem. Czasem jedynie metaforycznie, bo nie dało się tego zrobić podczas, dla przykładu, spotkania na jednym z uniwersyteckich korytarzy.
    I choć spodziewałby się nawet wizyty tej narzeczonej, której zrobił największe świństwo w swojej bogatej kolekcji popełnionych świństw, nie podejrzewał, że kiedykolwiek pod drzwiami domu na końcu świata pojawi się jego rodzony brat. To w idealnym scenariuszu wyglądałoby jak scena wypchana po brzegi wielkimi słowami i ogólnym przebaczeniem, ale takie zdarzały się jedynie w serialach, których scenarzyści słodzili kawę antydepresantami. Dziesięć razy dziennie.
    W faktycznej wersji wydarzeń wzrok Seana wyrażał zdecydowanie zbyt wiele zdecydowanie zbyt negatywnych uczuć, żeby można to było podciągnąć pod gorące powitanie. Nie widzieli się od lat – siedmiu, ośmiu, może dziesięciu; nawet nie był sobie w stanie przypomnieć okoliczności ostatniego spotkania. Pamiętał za to doskonale, że - wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi, wbrew logice i wbrew własnej umiejętności przewidywania potencjalnych scenariuszy wydarzeń – liczył na Jamesa parę lat temu, kiedy życie może nie spadło mu na głowę, powodując ogólną psychiczną masakrę, ale na pewno wywróciło się do góry nogami. I pamiętał również, jak malowniczo się przeliczył, a choć nie zajmował się przez następne lata głównie przeżywaniem tego faktu, zadra została bardzo głęboko i trzymała się wyjątkowo mocno.
    Obaj mieli swoje za uszami i obaj nie zachowywali się wobec siebie fair, ale tylko James ochoczo przekroczył tę granicę, której przekraczać nie należało, bo wtedy cierpliwość się kończyła, a zmiany wychodziły poza obszar tych odwracalnych. Sean jednoznacznie czuł, że ich kiedyś relatywnie silna braterska więź, teraz była jak mózg ze zbyt długo odciętym dopływem tlenu – po prostu zawaliła się raz na zawsze, a cudowne odratowanie pacjenta nie było możliwe. Za respirator w tym wszystkim robił fakt, że wyrzec się pokrewieństwa nie mogli. Pokrewieństwa tak sztucznego jak utrzymywanie przy życiu właściciela chronicznie niedotlenionego mózgu. To w wersji optymistycznej, bo sam Sean był gotów stwierdzić, że eutanazja już dawno za nimi.
    Oczywiście, że miał do Jamesa żal. Nie miał jednak ochoty kiedykolwiek wyjaśniać spraw pomiędzy nimi, bo musiał w swoim życiu pójść do przodu i zostawić własnego brata w przeszłości, zamkniętej i definitywnej. Na jego własne życzenie zresztą, więc nie odczuwał w tym temacie nawet najmniejszych wyrzutów sumienia.
    - Słucham pana?

    OdpowiedzUsuń
  12. Wierzyła w wiele rzeczy. Wierzyła, że w końcu odnajdzie w sobie pokłady nowego talentu, który pomoże jej się wyrwać z zespołu tanecznego. Wierzyła, że w końcu pewnego dnia będzie miała plan na dalsze swoje życie, które zbliżało się do półmetku, bo za zaledwie cztery lata stuknie jej trzydziestka, z czego nie była zbytnio zadowolona. Wierzyła, że w końcu zdarzy jej się dzień, w którym nie będzie musiała się tłumaczyć ze swoich gaf, które notorycznie popełniała. Wierzyła, że w niedalekiej przyszłości znajdzie się ktoś, kto pokocha ją taką jaka jest i nie zechce jej zmienić. Wierzyła także, że wreszcie cała jej rodzina będzie pogodzona i zgodnie będą zasiadać przy stole w Boże Narodzenie, i jak dzieci rozrywać krakersy z papierowymi koronami na głowie. Cała rodzina. Bez żadnych dwóch wolnych miejsc, zamiast jednego.Wierzyła w to wszystko, jak głupia i nie posądziłaby nikogo, że wreszcie jedno z jej marzeń się spełni.
    Nie była żadnym nołlajfem, który marudzi na świat, że jest samotna i skończy w końcu z gromadą kotów wokół siebie. Wychodziła z domu i to często. Nie zawsze w celach towarzyskich, a w większości przypadków wracała z prób tanecznych. Tak jak teraz. Z przepoconą grzywką i okularami przyklejonymi do nosa, szukając kluczy od domu wspinała się po schodach swojej kamienicy. Wsadzała czarną, jak smoła czuprynę do wielkiej torby, po omacku szukając kolejnego stopnia, by przypadkiem nie zsunąć się ze stopnia i nie upaść swoim wielkim tyłkiem na samym dole budynku.
    Wreszcie mruknęła pod nosem brzydkie słowo i marszcząc niezadowolona nos podniosła głowę, nie pojmując tego, co zobaczyła. James. Ile go nie widziała? Pół roku? Rok? Czy całe dziesięć lat? Ile by to nie było, czuła to samo. Wielkie utęsknienie za drugim braciszkiem, który tak samo jak Sean, był kiedyś jej wielkoludem, do którego lgnęła jako mała dziewczyna, chowając czarną czuprynę w jego piersi.
    Nie była osobą mściwą. Żaden członek rodziny Heffernanów nie był mściwy. Jedynie pamiętliwy, ale Aideen w przeciwieństwie do reszty rodziny nie potrafiła się długo na kogoś gniewać. Na nikogo. Nieważne jaką zbrodnię by nie popełnił, nie potrafiła teraz nakrzyczeć na Jamesa i kazać mu się wynosić do wszystkich diabłów. Przez ten cały czas, kiedy to ‘ten gorszy’ brat był z dala od swojej familii dwudziestosześciolatka snuła wielorakie wytłumaczenia dla postępowania brata. Tłumaczyła sobie postępek Jamesa, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Próbowała także Seanowi wbić do głowy swój tok myślenia. Jednak na próżno.
    Patrzyła na bruneta wielkimi oczami, co chwilę poprawiając okulary na nosie, które dopiero teraz postanowiły zjeżdżać jej z nosa, zamiast siedzieć na nim przyklejone. Słuchając go uważnie wyminęła go i stojąc pod drzwiami kontynuowała poszukiwania kluczy.
    Milczała przez krótki moment i dopiero po chwili odwróciła się do Jamesa biorąc od niego lekko zwiędnięte kwiatki.
    -Dzięki.-mruknęła, nakładając okulary na głowę.-Miło, że sobie o mnie przypomniałeś.-mruknęła niezadowolona, wsadzając nos w płatki bukieciku i wciągając jego słodki zapach.-Czemu dopiero teraz?

    Aideen
    Co za shit. Wena odmówiła posłuszeństwa ;_;

    OdpowiedzUsuń
  13. [Czeeeść. Nie potrzebujesz może wątku?

    Gwyneth

    OdpowiedzUsuń
  14. [Uwielbiam ludzi, którzy zaczynają. <3 Gwyneth natomiast uwielbia gburów, hehe. Może, może, była koleżanką któreś z sióstr i się w nim zawsze skrycie podkochiwała, a teraz przez przypadek spotykają się na spotkaniu AA. Pewnie od razu zacznie go błagać, by nikomu nie mówił, że ją w ogóle widział, a potem zapewne będzie chciała zrobić z niego swojego sponsora. Ujdzie?]

    Gwyneth

    OdpowiedzUsuń
  15. Quentina ciężko było wkurzyć. Wydawać by się mogło, że miał zaprogramowane rozwiązywanie wszystkich problemów nie tylko możliwie jak najszybciej, ale i całkowicie pokojowo. Oczywiście, tak właśnie było. Do momentu, kiedy nie budził się o wpół do drugiej i kontrolne spojrzenie do pokoju Gwen nie zdradzało faktu, że w łóżku jej na pewno nie było. Nie było też jej płaszcza, ulubionych butów i kluczy do mieszkania.
    A Quentina cholera brała z tej okazji.
    On całkowicie popierał te wszystkie obserwacje i wymagania mądrych ludzi, którzy kazali nastolatków traktować ze zrozumieniem i empatią, ale miał również czasem wrażenie, że o jego potrzebie bycia zrozumianym i potraktowanym z empatią zapominano. Ojcem i matką na raz został przypadkiem. Nie chciał po prostu, żeby jego siostrzenica wychowywała się w domu dziecka i nie mógł nawet zliczyć rozmów, które na ten temat przeprowadzili. I za które, podobnie jak za wszystkie starania i nerwy, dotąd był jedynie karany, a raz w miesiącu dodatkowo dostawał w twarz od systemu socjalnego, bo oddelegowana do sprawy pani kurator była gotowa wsadzić głowę do zamrażalnika, żeby znaleźć powody do wystosowania jakiegoś ataku. Bo to przecież oczywiste, że zajmujących się trudnymi nastolatkami samotnych facetów powinno się karać za cichy chód po ulicy. Nigdy nie twierdził, że zrobił wszystko tak, żeby uszczęśliwić człowieka przybyłego z idealnej wersji rzeczywistości, ale trudno było mu odmówić desperackich usiłowań.
    I pewnie właśnie dlatego, kiedy Gwen odrzuciła siedem wykonanych w ciągu minuty połączeń, włożył na siebie pierwsze lepsze ciuchy i wsiadł w samochód, żeby ją znaleźć i sprowadzić z powrotem do domu. Miejsc do odwiedzenia było dziesięć i Quentin nawet nie chciał sobie wyobrażać, że mógłby Młodej w żadnym z nich nie znaleźć. Wtedy miał gwarantowaną wizytę na najbliższym ostrym dyżurze, z rozległym zawałem i atakiem paniki. Ona zawsze była u którejś ze swoich przygłupich koleżanek, które zasmakowały w studenckim życiu. Zawsze. Innej opcji nie przyjmował do wiadomości.
    I wszystko byłoby w porządku, gdyby podczas podróży pustymi ulicami nagle jakiś kretyn nie postanowił wleźć mu pod koła. Samochód co prawda zatrzymał się dostatecznie posłusznie, żeby nie zaparkować rzeczonemu idiocie w samym środku tyłka, ale Quentin właśnie wtedy poczuł, jaka to przyjemność, kiedy ciśnienie chce człowiekowi wypompować całą krew z organizmu przez uszy. Wyskoczył z auta jak poparzony.
    - Jak łazisz, kurwa, idioto?! JAK ŁAZISZ, SIĘ PYTAM?! Patrzysz czasem pod nogi?! Co to, dzisiaj międzynarodowa noc zostawania kaleką, do chuja pana?! – pomstował, nie przyglądając się zbytnio swojej niedoszłej ofierze. A kiedy już się przyjrzał, świat stał się jeszcze bardziej niezrozumiały. Nie ‘jeszcze bardziej niezrozumiały niż był chwilę temu’, ale tak generalnie, w perspektywie całego życia. – No, to są, kurwa, jakieś jaja z poważnych ludzi…

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dobry dzień. Oczywiście że tak. Tylko w tej chwili za bardzo nie pomogę z myśleniem nad takowym, w nocy wróciłam z wycieczki i jestem średnio przytomna.]

    Felice

    OdpowiedzUsuń
  17. [ Gdyby nie to zdjęcie, nawet o kocie nie zostałoby nic napisane, ale że osobiście ujął mnie za serce ten niezadowolony pyszczek... XD To jakaś odmiana grumpy cata, na pewno ]
    Fryderyk

    OdpowiedzUsuń
  18. [No raczej, że muszą się znać. Jako agentka nieruchomości pracowała tylko w zastępstwie, ale w tym czasie oczywiście mogła pomóc Jamesowi z mieszkaniem. Utrzymywaliby ze sobą jakiś kontakt? Jim jest byłym alkoholikiem, więc mógłby pomyśleć, że nowy styl życia Isolde zaprowadzi ją w ten sam nałóg :D Miałaby pewnie wyrzuty sumienia, gdyby musiał po nią przychodzić do baru, czy też widział ją pijaną.]
    Isolde

    OdpowiedzUsuń
  19. [Oj, w przypadku Cat niekoniecznie to jest dobry pomysł :D
    A idę, idę. Tylko u mnie w tej chwili pomysłów na wątek zero, może ty coś fajnego wykombinujesz? ;>]

    Cathleen

    OdpowiedzUsuń
  20. [Tak, tak, bardzo chce! :D To takie w stylu Cat, chociaż słów w jego kierunku szczędzić nie będzie i będzie udawała, że robi mu wielką łaskę, odzywając się do niego jako jedyna ;P]

    Cathleen

    OdpowiedzUsuń
  21. [Ah, Cat będzie wspierała, choć na swój własny sposób <3 I Cat chce być 'sojuszniczką', więc zacznij dobry człowieku, a będę ci składać pokłony :D\

    Cathleen

    OdpowiedzUsuń
  22. [I taka delikatna przyjaźń mi pasuje. To co, zaczynamy od misji dla taksówkarza, czy może od porannego kacyka i Jamesa naśmiewającego się (albo i nie) z dolegliwości Is, w końcu sama sobie winna ;D Tak czy siak, zaczniesz?]

    OdpowiedzUsuń
  23. James nie był jedynym zaskoczonym tym spotkaniem. Również Sean – z założenia własnej natury przygotowany na każdą ewentualność i gotów z właściwym sobie racjonalnym podejściem przyjąć każde wydarzenie, nawet to najbardziej nieprzewidywalne – przez dłuższą chwilę przyglądał się twarzy brata z tą dziwną mieszaniną zaskoczenia i gniewu wymalowaną na własnej. Miał jedynie nadzieję, że nie wyglądał jak speszony dzieciak, który stanął przed majestatem niemożliwym do ogarnięcia umysłem, bo to byłoby dalece niezgodne z tym, co działo się w jego głowie.
    Przeniósł wzrok na kwitnącą na progu kałużę wina, żeby chociaż na chwilę przerwać to zbyt długo podtrzymywane i zbyt idiotyczne połączenie spojrzeń. To dało mu chwilę na poprawienie wyrazu twarzy i wyciszenie emocji, których pojawiło się na raz zdecydowanie zbyt wiele, jak na możliwości Seana Heffernana. I właśnie w tym momencie uświadomił sobie, jak wiele racji o wyjątkowo gorzkim smaku miał Aidan, kiedy mówił, że trzymanie uczuć dla siebie i osób, z którymi chciało się nimi dzielić, wiele ułatwia. Sean nie miał ochoty prezentować Jamesowi siebie na srebrnej tacy, bo dobrze wiedział, jak marnotrawny bliźniak mistrzowsko potrafił z tego korzystać, wybierając dla siebie odpowiednie elementy i obracając je przeciwko drugiemu. Nie mógł mu odmówić wyjątkowego talentu w tym zakresie, podobnie jak nie mógł się wyrzec tego, że pomimo całej kolekcji powodów do zaniechania tych karkołomnych pomysłów, wciąż gdzieś głęboko w nim siedziała prawdziwa braterska miłość i nie chciała zdechnąć z głodu.
    - Słucham? Co tym razem? Chcesz pieniędzy, wsparcia, pomocy? Chcesz zmienić swoje życie? Chcesz przeprosić za wszystko? A może jednak chcesz mi powiedzieć, żebym się pierdolił, bo pięć lat temu nie miałeś na to czasu i teraz ci się przypomniało? – pytał, nie ruszając się z miejsca ani o milimetr.
    Nie wiedział nawet, po co ten cały cyrk z trzymaniem Jamesa na progu, ale był pewny, że nie chciał rozmowy równego z równym. Nie chciał go oglądać przy kuchennym stole, nad kubkiem herbaty i talerzem ciastek. Nie chciał słuchać tłumaczeń i nie chciał później zastanawiać się całymi tygodniami, czy ta rozmowa w ogóle miała jakieś znaczenie, a kiedy już doszedłby do wniosku, że musiała być istotna, rozważać wszystkich możliwych scenariuszy, które nigdy się nie spełnią. Bo James Heffernan nie wracał, nawet jeśli nie palił za sobą mostów. Sean sprawdził to już kilka razy - kilka razy przełamywał swoją męską dumę i wyciągał rękę jako pierwszy. Parę lat temu zrobił to nawet z pełną desperacją, nie czyniąc ze swojego gestu wielkiej łaski, z której skorzystanie byłoby automatycznym poniżeniem w jego oczach.

    OdpowiedzUsuń
  24. Chodzili po świecie ludzie, którzy usiłowali rozwiązywać sprawy z Quentinem przy pomocy siły pięści, ale te przygody zwykle nie kończyły się na policji, ale na pogotowiu. Raz nawet wiózł swojego własnego brata na ostry dyżur, kiedy ów nie chciał się otrząsnąć ze swojego pijackiego szału. Dlatego taktyka zastosowana przez nocnego wędrowcę była całkiem niezła. Wyciszyć sytuację, uspokoić wszystkich zainteresowanych sztuk jeden i oddalić się w podskokach. Ale to wcale nie sprawiało, że Quentin rozumiał choćby o jeden promil więcej z całej sytuacji, a więc jego ogarnięcie tematu oscylowało gdzieś w okolicach zera absolutnego.
    - Moment, moment – zaczął, podnosząc rękę we względnie pokojowym geście. O ile powód jego rozterek nie wyglądał na człowieka, który miałby się bać szerokiego w barach, wkurwionego faceta z brodą i skarpetkami nie do pary (czego, na szczęście, zobaczyć nie mógł), to zasada pokojowego rozwiązywania sporów z nieznajomymi nakazywała niezwłocznie oddalić się i zniknąć potencjalnemu napastnikowi z oczu. Quentin nie mógł jednak ot tak wypuścić swojej niedoszłej ofiary potrącenia, bo później spędziłby tydzień na zastanawianiu się, co tak naprawdę miało miejsce. – Wyjaśnij mi, chłopie, co ty robisz na nocnej przebieżce po okolicy, w której nawet nie mieszkasz? – zapytał, wciąż opierając się rękami o krawędź samochodowych drzwi.
    Był wyjątkowo ciekawy, dlaczego Sean Heffernan prawie wlazł mu pod koła. I jakim cudem w ogóle mógł mu wleźć pod koła albo w ogóle gdziekolwiek wleźć na własnych nogach. I jakim cudem zdołał w ciągu dwóch dni zorganizować sobie przynajmniej tygodniowy zarost. I dlaczego wyglądał, jakby widział Quentina pierwszy raz w życiu.
    Trybiki w mózgu Stevesa pracowały na najwyższych obrotach, jednak nic, za wszystkie skarby świata i za cholerę, nie chciało z tego wyniknąć. I oto… bingo! Mamy zwycięzcę! Odpowiednie informacje wskoczyły na swoje miejsce i wszystko nabrało sensu.
    - Aaach, to jest ten osławiony drugi brat! I teraz wszystko rozumiem. Panie Heffernan Jeden, bo chyba pan jest starszy… Patrz pan, jak łazisz. Po nocach. Po ulicach.

    OdpowiedzUsuń
  25. Jacky zawsze bardzo lubiła obu braci Heffernan i przez wiele lat nigdy nie potrafiła powiedzieć który jest jej bliższy, bo chociaż kontakt z Seanem był znacznie łatwiejszy, to niejednokrotnie zdarzało się, że to właśnie James przeżywał to co ona w tej samej chwili co ona. Teraz było podobnie, bo Jacky też przeżywała swój własny upadek i rękami i nogami broniła się przed nim. James niewątpliwie miał dobre wyczucie czasu, bo jak tak teraz stała i go widziała, to przez chwilę sam ten fakt jej poprawił humor. Jakby teraz mogło być tylko lepiej.
    Przymknęła oczy obejmując go i stając na palcach - wyglądało to trochę, jakby się chciała schować i to było całkiem naturalne dla niej, jeżeli chodziło o Jamesa, chociaż z nikim innym nie miała tak "głębokich" relacji, co w sumie było albo śmieszne, albo żałosne, bo przecież z Jamesem też długo się nie widziała. Nawet nie dał jej znać, że wrócił. No dobrze, więc może jednak coś było z nią nie tak.
    - No wiem, ciągle jestem brzydką, niską dziewczynką z rudymi warkoczykami. - W zasadzie było to jej zdanie na swój temat, ale jakieś takie niezmienne. - Widzisz, wampirem jestem i już się nie zmienię. A powinnam! Obiecywali, że każdy wampir jest piękny. - Pokręciła głową i delikatnie się uśmiechnęła nadal się w niego wtulając, po czym puściła go, bo bądź co bądź długo się nie widzieli.
    - Dawno wróciłeś?

    Jacky King

    OdpowiedzUsuń
  26. Lust miał całkiem sporo tatuaży na swoim ciele, a każdy z nich niósł ze sobą oddzielną historię, a to o jego twórcy, albo o samym Navidzie. W ciągu całego swojego życia przeszedł całkiem sporo, rzeczy godnych zapamiętania z tych pozytywnych powodów, albo wręcz przeciwnie. Tak więc niektóre znaki na jego ciele były pamiątkami, inne - nauczką i przestrogą od przestrzegania dwa razy tych samych błędów. Żadnego z nic nie żałował, nie zamierzał usunąć ani zmienić, bo to by było tak, gdyby zniekształcił cząstkę samego siebie. Do jego salonu przychodzili ludzie, którzy mieli pomysł na siebie, na ozdobę swojego ciała i dokładnie wiedzieli, co Lust miał im stworzyć. Ale byli też tacy, którzy zdawali się na jego artystyczne wyczucie i prosili o zaprojektowanie czegoś na miejscu, lub wybierali z gotowego już portofolio z jego pracy. Mężczyzna uniósł głowę, słysząc głos. Uśmiechnął się lekko do gościa.
    - Dzień dobry. W czym mogę pomóc? Widzę, że pan zdecydowany. - oznajmił spokojnie, odkładając ołówek i wychodząc zza lady. - Navid Regard. - dodał, podając mu dużą, silną dłoń o długich palcach.
    Nie to, żeby się spoufalał z klientami od razu na wejściu, po prostu twierdził, że w jego zawodzie trzeba mieć dobry kontakt z ludźmi i oficjalne formy niezbyt się tu sprawdzały. A poza tym, Navid był za bardzo bezpośredni.

    OdpowiedzUsuń
  27. [Zły jak zły, zresztą Eireen dużo gada, trochę krzyczy, ale przekonać ją do siebie idzie xD]

    Eireen

    OdpowiedzUsuń
  28. [Teoretycznie nie można, teoretycznie. Ale nie powinna, przynajmniej nie od razu. W sumie to przypadkowe spotkanie na mieście by pasowało, a coby nie mogła się zwyczajnie ewakuować, to dajmy na to, że ma ze sobą diablęta, które za Chiny nie chcą przyjąć do wiadomości, że nie, to nie jest wujek Sean xD]

    Eireen

    OdpowiedzUsuń
  29. [Jasne, nie spiesz się - i tak zbieram się do spania w miarę uświadamiania sobie, że jutro muszę się dowlec na siódmą do szkoły (; ]

    Eireen

    OdpowiedzUsuń
  30. Na twarz Seana wystąpił jeden z tych uśmiechów, które nie miały nic wspólnego z wielką choć zamkniętą w delikatnym geście radością. Nie była to też gorycz czy jakakolwiek jej pochodna, ale po prostu obojętność. Mógłby równie dobrze pokiwać głową w równie nic nieznaczący sposób albo nie robić nic, przekaz pozostałby ten sam. Gdyby dostał zadanie zastanowić się na chłodno i powiedzieć, jak zareagowałby na tę sytuację, gdyby była tylko hipotetyczna, byłby pewny swojej odpowiedzi. Typowałby wściekłość, tę bardziej nieprzyjemną, po której zostaje dziwny smak w ustach i ścisk żołądka. Nigdy, przenigdy, nie powiedziałby, że po stłumieniu początkowych – oczywistych – emocji, nie zostanie z nich absolutnie nic.
    Nie byli dziećmi, już od dawna. Od momentu, kiedy po raz pierwszy świadomie stanęli przeciwko sobie. Nie po to, żeby udowodnić swoją dziecięcą rację, nie po to, żeby zdobyć pozycję w grupie gówniarzy taki samych jak oni i nie po to, żeby zawalczyć o sprawę tak nieistotną, że już po kilku godzinach nawet im wydawała się błahostką, ale po to, żeby zadać sobie cios w jednym tylko celu. Miał boleć i nic więcej. Nie jak siniaki po bijatyce dwóch piętnastolatków i nie jak każący wzrok ojca, kiedy któremuś z nich udał się podstęp i drugi oberwał za przewinienie niewspółmierne do kary. Nie byli dziećmi, od kiedy zaczęli robić sobie prawdziwą krzywdę dla dorosłych – nie pojawiać z gratulacjami podczas uroczystego pożegnania absolwentów Akademii Wojskowej i nie odpowiadać na prośby o pomoc. Nie byli dziećmi, od kiedy wzajemne pretensje zaczęli przedkładać ponad braterską więź.
    Teraz, nad rozlanym na progu winem i przy dziwnej wymianie spojrzeń i niemrawych zdań, Sean już nic nie wiedział. Nie wiedział, czy coś jeszcze zostało do ratowania, czy w ogóle mają na to szansę, i czy którykolwiek z nich tego chce. Nie wiedział nawet, czy sam tego chce i czy był taki moment w ciągu ostatnich pięciu lat, kiedy odzyskał do Jamesa choćby odrobinę zaufania.
    - Tego burdelu, który narobiłeś nie da się posprzątać – stwierdził, obserwując jak James zbiera kawałki rozbitej butelki i zaczyna mu do tego brakować rąk. – A z tym sobie poradzę.
    To nie miało sensu. Już w momencie, kiedy te słowa nie były jeszcze wypowiedziane, ale były już pomyślane, Sean miał pewność, że to spotkanie nie mogło być kretyńską przepychanką, ani sceną rodem z filmu o białych i czarnych bohaterach, w którym nikt nie miałby wątpliwości, że to właśnie on jest tu tym dobrym, a w łaskę przyszedł do niego ten zły. Jasne, byłby wielkim życiowym inteligentem, który nie dał się złapać na tani chwyt i wdeptał w podłogę swojego wroga, któremu to się ze wszystkich właściwych powodów należało. Byli braćmi, do cholery. Kiedyś zbyt zawziętymi i beznadziejnie na siebie wkurzonymi, ale jednak braćmi. Nie mógł z całą stanowczością powiedzieć, że na wieść o śmierci Jamesa zareagowałby bardzo dobitnym ‘dobrze tak skurwysynowi’ i zakładał, że w drugą stronę to również działało. A więc nie byli swoimi zajadłymi wrogami, chociaż przez parę ładnych lat oboje twierdzili, że jest inaczej.
    - Zostaw to, chodź – powiedział w końcu, czując dziwną ulgę. Nawet jeśli nie wynikała z tego, że oto nadeszła szansa rozwiązania sprawy, która mogła w ogóle się nie pojawić, gdyby nie byli do siebie aż tak podobni i nie mieli tak popieprzonych charakterów. – No, chodź, przecież cię nie zjem – dodał dobitniej, kiedy James nie chciał oderwać się od zbierania porzuconych w końcu na progu kawałków szkła. – Nachyl się – nakazał niewinnym tonem, a kiedy James posłusznie przekroczył próg i faktycznie lekko się pochylił, oberwał najbardziej doniosłym prawym sierpowym, na jakiego Seana było stać. A z jego mułami, to nie mogło być przyjemne. Na tym jednak nie poprzestał, bo kiedy tylko głowa starszego z Heffernanów wróciła na swoje miejsce, jej właściciel został objęty i przytulony jak za dawnych, dobrych, szczenięcych czasów. – Wybacz, to pragnienie we mnie siedziało od pięciu lat – wytłumaczył się, wciąż trzymając twarz w kołnierzu płaszcza Jamesa.

    OdpowiedzUsuń
  31. Sean Heffernan z przerażeniem stwierdził. I choć to zdanie nie ma żadnego sensu, sam fakt wymaga odnotowania, ponieważ sam Sean Heffernan z założenie nie bywał przerażony. Zdarzało mu się zaskoczenie, zdarzały chwile rezygnacji i wszystkie inne do gruntu ludzkie zjawiska, które jakimś cudem znajdowały sobie wąskie szczeliny, kiełkowały i kwitły w tym betonie pewności siebie i własnej racji. Tym razem był jednak przerażony swoją poczynioną na gorąco obserwacją. Wiedza o tym była w nim przez cały czas w ciągu ostatnich kilku lat, ale zderzenie ze świadomością, która uderzyła z całą mocą, było przerażające.
    Nie miał o swoim bracie zielonego pojęcia. Nie miał skąd czerpać wiedzy na jego temat, nie miał jak śledzić zachodzących w jego życiu i osobowości przemian, nie znał go. I przez długi czas nie chciał znać. Mógł jedynie drogą analogii przekalkować niektóre własne cechy i odpowiednio je podkręcić lub stonować, korzystając z informacji, które od czasu do czasu dostawał od ich matki. Chociaż nie chciał ich słuchać, ona wciąż dzwoniła i wciąż opowiadała o tym, jak to z ust do ust przechodziła informacja, co James robi, gdzie jest i jak się ma. Wiedział więc o jego wojskowych dokonaniach, o problemach z piciem i o niektórych miłosnych podbojach. To były jednak tylko informacje z trzeciej, siódmej lub dwudziestej piątej ręki, które nie miały nic wspólnego z prawdziwym znaniem się.
    Miał jednak pewność – zdobytą właśnie drogą odniesienia do czasów, kiedy obaj mieli jeszcze cokolwiek ze sobą wspólnego – że to, co przez momentem powiedział James, było dla niego w pewien sposób poniżające. Bo obaj tak właśnie rozumieli składanie jakichkolwiek przeprosin – jako poniżenie, chodzenie w łaskę i proszenie się, a tego ludzie skłonni do przesadzania z własną dumą nie byli w stanie znieść. Nawet jeśli miał całkowicie czyste intencje i nawet przez chwilę nie pomyślał o tym w ten sposób, Sean i tak odwrócił role i uświadomił sobie, jak bardzo niewłaściwy był ten układ. Bo jeszcze wczoraj i jeszcze przed godziną chętnie popatrzyłby sobie na Jamesa, który na kolanach prosi o wybaczenie i zalany łzami układa czołobitne lamenty. Kiedy jednak abstrakcyjna chęć zobaczenia jakiegoś obrazka stała się rzeczywistością, było mu jedynie głupio, że to potoczyło się w ten sposób. Że cała rozmowa nie odbywa się na kanapie w salonie lub przy stole w kuchni, co nie byłoby tak urągające wszystkiemu. Dlatego nie chciał też niczego mówić w tym momencie, żeby cała rozmowa nie przykleiła się do podłogi w przedpokoju i nie trzymała kurczowo tego miejsca.
    - Uspokój się, proszę… Porozmawiamy, ale przestań płakać. – Próbował mówić jak najbardziej spokojnym tonem. Przywykł raczej do walki z fochami, świętym oburzeniem i wielkimi pretensjami, bo ludzie chyba wyczuwali, że zupełnie nie potrafił radzić sobie z cudzymi emocjami, które nie byłyby związane z gniewem. Wtedy albo rzucał tekstami tak racjonalistycznymi, że pocieszanym ludziom dodatkowo jeszcze ręce opadały, albo nie robił zupełnie nic, czekając, aż przejdzie samo. Bo przecież zawsze przechodziło, a w historii nie istniał przypadek ataku histerii, który trwałby dłużej niż pewien określony czas. – Chodź… Wstań i nie… - oczywiście, że miał powiedzieć nie wygłupiaj się, ale nawet on miewał momenty, kiedy na czas dawał radę ugryźć się w język – nie płacz już, już wszystko dobrze… - Delikatnym poklepaniem w plecy dał Jamesowi znak, że to jest ten idealny moment, żeby trochę rozluźnić uścisk i przenieść się w jakieś normalne miejsce, bez towarzystwa rozbitej butelki i kałuży wina oraz bez konieczności zachowywania relacji seniorsko-wasalskich.

    OdpowiedzUsuń
  32. Seana zdziwiła jedna rzecz. O Aidanie, o jego osobistym słońcu, o jego księżniczce na jednorożcu, mówiło się na mieście. Brzmiało to dość przerażająco, zważywszy na fakt, że na mieście mówiło się głównie o gwałcicielach, mordercach i gangsterach. I architektach, jeśli należeli do którejś z wcześniej wymienionych grup. I gdyby Sean nie był aż tak bardzo zaaferowany wydarzeniami ostatnich dni, zapewne drążyłby temat tego, co się o Aidanie mówiło na mieście. I – co ważniejsze… wróć, co równie istotne – co mówiło się o nim samym. Oprócz tego, że jest niemiły i nie stawia wszystkim piątek z algebry, a pan profesor stawia wszystkim piątki, więc jest miły. Owszem, tylko pan profesor powinien być od dwudziestu lat na emeryturze, a starcza demencja zżerała mu mózg od dekady.
    Nawet gdyby rzeczony profesor obkleił się kartkami zadrukowanymi Seanowymi doktoratowymi wypocinami i wyszedł tak na ulicę – to nie było w tym momencie szczególnie istotne. Dopóki sprawa z Aidanem pomyślnie się nie rozwiąże, Heffernana nie interesowały żadne ekscesy, doktoraty i inne pierdoły. Nawet wizyty Jamesa nie potrafił jakoś tak do-cholery-przeżyć, bo gdzieś tam czaiła się świadomość, że jego własne sprawy, jego brat i nawet sam książę Karol mogli się kolektywnie schować i ustąpić miejsca Aidanowi. Do tej pory – owszem – czaiła się, natomiast teraz wyszła na światło dzienne i można było ją do woli podziwiać.
    Sean nie miał w zwyczaju się o cokolwiek obawiać. Nie miał w zwyczaju przeżywać wszystkiego jak mrówka okres, latać pomiędzy domem a szpitalem jak kot z pęcherzem i dodatkowo jeszcze rozumieć, że ktokolwiek może mieć inne potrzeby niż on sam. Bo przecież on siedziałby właśnie z jakąś dobrą książką w szpitalu i miał wszystko gdzieś, czekając cierpliwie na swoją kolej do krojenia i narzekając ewentualnie tylko na to, że przerywają mu lekturę kolejnymi badaniami. Ale Sean nie miał żadnych obaw przed lekarzami, szpitalami i operacjami. Aidan za to reagował na wszystkie te rzeczy paniką i nawet jeśli starał się ją ukrywać, to wcale nie oznaczało, że Heffernan mógł sobie darować wszelkie pytania, zapewnienia i uspokajające słowa, które może nie pasowały do ogólnego wrażenia, które całe życie sprawiał, ale były zdecydowanie niezbędne Aidanowi. Przejął się – oczywiście, że się przejął. Bardziej niż jakimkolwiek stanem, w którym on sam kiedykolwiek się znalazł, bardziej niż swoimi operacjami, rehabilitacjami i innymi medycznymi bzdetami.
    I teraz w tym wszystkim był jeszcze James. James, którego można było bez większego problemu zbyć jakąś wymijającą odpowiedzią. Nie będzie przecież tu siedział całymi godzinami i czekał na Aidana, żeby tylko zdobyć potwierdzenie słów Seana. Oczywiście – mógł to zrobić. Wymyślenie wymówki było proste i pasowało do całej dziwnej sytuacji. Mógł jednak powiedzieć prawdę i w końcu rozładować to napięcie, które się w nim kumulowało od kilku dni, wywołując te idiotyczne czarne myśli, które nie były niczym więcej, niż tylko reakcją jego własnego umysłu na torpedowanie nadmiarem emocji i zdarzeń skumulowanych w zbyt krótkim czasie.
    - Tak generalnie to ma zaplanowaną na pojutrze operację, więc ostatnie badania i te sprawy. Wpadłem do domu tylko na parę godzin, żeby zabrać parę rzeczy i się ogarnąć, bo od dwóch dni praktycznie cały czas siedzę w szpitalu. No… Nie chcę, żeby był sam. Tak to wygląda.

    OdpowiedzUsuń
  33. Drobne czarne balerinki rytmicznym, żwawym krokiem poruszały się wzdłuż chodnika, nawet nie starając się omijać kałuż rosnących coraz bardziej w zagłębieniach chodnikowej kostki. Ich stukot całkowicie ginął pośród dźwięku wielu kropel spadającego z nieba deszczu odbijającego się od wszystkich napotkanych powierzchni i z szumnym chlupotaniem wpadającego do przydrożnych studzienek. Ulewa bez wątpienia miałaby w sobie coś filmowego i niemal romantycznego, tymczasem deszczowemu popołudniu zdecydowanie brakowało romantyzmu.
    Aileen Hamilton nie poszukiwała jednak wcale filmowych przeżyć. A przynajmniej nie w tamtej chwili, bo w innych momentach dawała się ponieść wyobraźni, goniąc za swoją własną, prywatną romantyczną komedią jak głupia. Nie miała za złe londyńskiej aurze, że znowu zmoczyła ją od stóp do głów i najprawdopodobniej jej czarne baleriny tym razem nie przetrwają zderzenia z takimi ilościami brudnej wody i nawet Aidan oraz jego magiczny klej do butów nie pomogą. Miała tylko nadzieję, że nic nie stanie się wełnie jej sweterka, bo to był jej ulubiony i jak do tej pory jeden z nielicznych niepowyciąganych na wszystkie strony, w którym dało się wyjść na miasto bez obaw, że nie wygląda się wystarczająco przyzwoicie. A takie obawy towarzyszyły czasem nawet Aileen Hamilton, bo mimo swojego życiowego nieogaru była jednak kobietą. Niby niosła nad głową swój czerwony parasol, jednak na dłuższą metę niewiele to pomagało. Nie spieszyło jej się za bardzo nigdzie. Wiedziała, że w domu nie czeka na nią nic innego oprócz pustej lodówki, sterty porozrzucanych byle gdzie ubrań i kolejnych godzin przeglądania stron z ogłoszeniami o pracę, na które nie miała najmniejszej ochoty patrzeć. Uch.
    Właśnie dlatego, gdy tylko dostrzegła po drugiej stronie ulicy znajomą, przyjazną twarz, nie wahała się ani sekundy, żeby skorzystać z okazji na mały objazd na trasie. Zatrzymała się, wykonała szybki zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i jak gdyby nigdy nic popędziła na przełaj przez ulice, lawirując między samochodami (które na szczęście dla niej akurat stały na czerwonym świetle) i szybko znajdując się przy upatrzonym osobniku. A właściwie na nim, gdyż Aileen jako stworzenie wylewne, od razu wylądowała mu na szyi. Dobrze wiedziała, że jej szwagier-bratowy nie będzie miał nic przeciwko. Prawda?
    - Cześć! Co tu robisz? – zapytała trochę głupio, ale czego można się spodziewać po osobie, która nie zawsze myśli o tym, co mówi. – Jest zimno, mokro i do domu daleko. Chyba że to jakiś plan, żeby mój brat nosił ci herbatki do łóżka… Chociaż pewnie i tak nosi. Nie nosi? To powinien! Nieważne zresztą. Dobrze, że cię spotkałam. Muszę ci opowiedzieć tyle rzeczy! – właściwie nie miała żadnych bardzo naglących wiadomości do przekazania Seanowi, ale pod ręką zawsze miała całą masę różnych historyjek, którymi mogła się z nim podzielić, więc czemu nie. Zresztą, nie dała mu nawet dojść do słowa, czy zapytać, o co chodzi, bo już ciągnęła go do najbliższej kawiarni.

    Aileen

    OdpowiedzUsuń
  34. Z tymi poświęceniami i rodzinnymi opozycjami pomiędzy Jamesem i resztą ludzi dobrych i prawych to nie było do końca tak, że jakiekolwiek opozycje w ogóle istniały. A nawet jeśli istniały, to na pewno nie w wydaniu biało-czarnym, gdzie z jednej strony stali ci jednoznacznie dobrzy i z drugiej - ten jednoznacznie zły. Seanowi do tytułu złotego chłopca miłości bliźniego było w tym momencie dokładnie tak daleko jak Jamesowi, ponieważ to właśnie brat marnotrawny osiągnął na raz kilka sukcesów z zakresu żalu za grzechy i zadośćuczynienia. To tak gdyby kogokolwiek interesowały w tym momencie statystyki. Seanowi były całkowicie obojętne, więc po prostu przesunął po blacie stołu w swoją stronę kartkę z numerem telefonu Jamesa i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Zastanawiał się, czy na liście kontaktów jego brat dał radę się jakimś cudem uchować, przechodząc z przez kolejne zmiany aparatów, awarie, spotkania z betonem i mozolne kopiowanie numerów, kiedy innego wyjścia nie było, bo technologia postanowiła tym razem akurat zadziałać na niekorzyść użytkownika. Pamiętał, że mama regularnie komunikowała mu wszelkie nowości w kwestii numeru telefonu Jamesa, a Sean wolał nawet nie pytać, skąd ona o tym wie, ale po prostu zapisywał albo obiecywał, że zapisze i później zapominał o tym mniej lub bardziej świadomie.
    Zaczął wpisywać numer z kartki i już po czterech cyfrach telefon wspaniałomyślnie obwieścił mu, że tym razem spełnił matczyną prośbę wyjątkowo gorliwie.
    - Ten kontakt pamięta chyba jeszcze czasy Nokii 3210, bo nie wiem, czy kiedykolwiek później ktoś mówił jeszcze na ciebie Jimmy – zauważył z uśmiechem. I zaraz po wypowiedzeniu tych słów zaczął doceniać siłę szczegółów. Totalnych pierdół i drobiazgów, które w magiczny sposób zmieniały zdecydowanie więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. W końcu James przychodził rozmawiać o poważnych sprawach, a z Jimmym można było pogadać. Tak o, po prostu. – I to bardzo miłe z twojej strony, że oferujesz swoją pomoc, ale ja też mam samochód i potrafię sam pozałatwiać swoje sprawy – dodał.
    Pomimo całego tego dziwnego entuzjazmu, który nagle się w nim narodził i sporo rzeczy wywrócił do góry nogami, Sean wciąż nie potrafił i nawet nie chciał potrafić zaufać Jamesowi na tyle, żeby zawierzyć mu cokolwiek istotnego. Jasne, mogli sobie pogadać, wypić nawet pięć kubków herbaty na raz, powspominać i w wyjątkowo subtelny jak na ich możliwości sposób wyjaśnić sobie pewne sprawy, które nie były jeszcze zamknięte, a już dawno powinny były być. Sean nie miał zamiaru wyganiać brata z domu i zapewniać go, że może sobie te swoje wszystkie piękne przeprosiny w tyłek wsadzić, ale mimo wszystko nie umiał potraktować tego spotkania jako coś, co może w jakiś sposób zmienić jego życie. Oczywiście nie w całości i nie we wszystkich aspektach, ale mimo wszystko – może wprowadzić pewne istotne zmiany, które pozwolą się docenić dopiero kiedyś-tam. Nie, cały czas gdzieś z tyłu głowy krążyła mu zasada ograniczonego zaufania.

    OdpowiedzUsuń
  35. [Nie ma sprawy, rozumiem jak najbardziej.
    I oczywiście że są!]

    Eireen

    OdpowiedzUsuń
  36. [ Richard Armitage jako twarz, chyba Cię znam autorko! Albo autorkę bliźniaka, whatever. Uwielbiam postacie byłych żołnierzy, są oni trudni w relacjach, nieobliczalni, idealni do wątkowania, więc nie mogę odmówić sobie wątku z Tobą xD
    Nie wiem, chcesz zaczynać od zera? Mogą się poznać w szpitalu, skąd James będzie odbierał wyniki, ewentualnie mieszkać w tej samej kamienicy, masz jakiś pomysł?]

    OdpowiedzUsuń
  37. [ No dobrze, skoro pomysł jest, to można zaczynać, aczkolwiek jakby co to krzycz :P]
    Kitel zawsze kojarzył się z lekarzami. Nic więc dziwnego, że średnio pięćdziesiąt razy dziennie Anneke słyszała na szpitalnym korytarzu zaczepkę pt. "Pani doktor....!" i ze stoickim spokojem ( i pogodnym, firmowym uśmiechem) odpowiadała, że lekarzem nie jest,tylko diagnostą, ale chętnie pomoże i skieruje do odpowiedniego człowieka. I nawet kiedy jakaś w sumie dosyć sympatyczna babka z rozbiegu wytrąciła jej z rąk kubek z kawą na wynos, która oczywiście malowniczo rozlała się po jej fartuchu i przy okazji przechodzącego nieznajomego mężczyzny, nie przeklęła w głos, na co miała wybitną ochotę, Powstrzymała chęć werbalnego zmiażdżenia kobiety i zapewniając, że "nic się nie stało, proszę się nie przejmować" zamiast "uważaj jak leziesz, głupia bździągwo", zerknęła na nieznajomego, który wydawał się nieco zdziwiony.
    - Nie mamy dzisiaj szczęścia - uśmiechnęła się, ścierając kawę z podłogi chusteczką higieniczną.

    Anneke.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ mało mi gramatycznie wyszło w środku, więc EDIT: ...która oczywiście malowniczo rozlała się po jej fartuchu i przy okazji na ubraniu przechodzącego nieznajomego mężczyzny,..

      Usuń
  38. Anneke była pewna, że wszyscy się na nią gapią, także nie musiała nawet unosić wzroku, zajęta wycieraniem kawy. Dopiero słysząc głos mężczyzny podniosła głowę i odpowiedziała.
    - Domyślam się, że współczuje mi pan straty kawy? - Uśmiechnęła się i zerknęła na swój poplamiony kitel. - Nie zrobię panu wstydu z tym brudnym fartuchem, także skoczę go wymienić. A tak w ogóle to poprawiły się panu wyniki, także ma pan się z czego cieszyć. - Anneke kojarzyła większość pacjentów, gdyż sama zatwierdzała wyniki badań i przygotowywała dokumentację. Tak to już jest, że obcy człowiek chwilami wie więcej o Twoim zdrowiu niż ty sam. - No to za chwilę wracam - zapewniła i zniknęła w laboratorium, by po paru minutach wrócić w czystym kitlu, - Mam tylko nadzieję, że nie zamierza mnie pan oblać kolejną kawą, na dzisiaj to mi starczy.

    OdpowiedzUsuń
  39. [Tak, tak... swoją drogą bardzo ciekawa postać. Wydaję mi się też, że była możliwość, że mogli się oni już wcześniej gdzieś w swojej karierze spotkać :)]

    Dereck

    OdpowiedzUsuń
  40. Kochała go, chociaż wiedziała wszystko. Wiedziała, widziała, słyszała i przeżyła razem z nim, za nic mając podręcznikowe nakazy zachowania dystansu. Przez przeszło rok była zdecydowanie zbyt blisko, była na każde wezwanie i pozwalała nazywać się kurwą, kiedy on tego właśnie potrzebował, żeby w ogóle wyjść z knajpy i dać się odwieźć do domu. Nie miała pretensji, nie wypominała, nie przyznawała się do tego, że nie ma czasu, nie ma ochoty i nie ma siły. Zawsze była w pełnej gotowości, chociaż zdarzało jej się jechać do niego z twarzą na kierownicy, bo dwadzieścia godzin dyżuru doprowadziło ją do granic możliwości. Razem z nim miała kaca i razem z nim kaleczyła się szkłem z rozbitej butelki, kiedy on był wściekły, a ona nieprofesjonalnie roztrzęsiona. I chociaż on miał swoje miejsce w którymś z segregatorów na regale, kochała go, chociaż nie powinna. Kochała razem z uporem, rynsztokowym słownictwem i niepokojem. Namawiała, przyjeżdżała, rozmawiała, przekonywała.
    I kochała.
    Zupełnie inaczej niż swojego męża, który był w oczach dwudziestojednoletniej studentki okazem doskonałym. Okazem dobrze ubranym, dobrze zarabiającym i dobrze zapowiadającym się jako przyszły ojciec rodziny. Kochała go za to, jak potrafił jej imponować i przestała w momencie, kiedy o jeden raz za dużo musiała wejść w rolę jego dobrze ubranej i dobrze zarabiającej głupszej wersji. Kiedy musiała wziąć zastępstwo za złote spinki do mankietów lub drogi zegarek, pozwalając się sprowadzić do roli spektakularnego dodatku, który musiał walczyć ze zmarszczkami i malować usta na czerwono.
    Poczuła tę głupią wolność, kiedy mogła w za dużym płaszczu chodzić po mieście i nie przejmować się tym, że od ilości wypalonych papierosów zapewne nie pachnie jak dama. Nigdy nie była damą. Damy nie chciały babrać się w tym, co najbardziej ludzkie. Nie chciały bez rękawiczek sprzątać cudzego syfu, w dodatku nie dla pieniędzy, ale z idealistycznego poczucia misji. Wszystkie Cartiery zostawiła mu w domu, żeby mógł się nimi nacieszyć i znaleźć dla nich jakiś inny wieszak, bo ona wysiada. Wysiada, znika, idzie na spacer i nie wraca.
    Bez kolii i kolczyków z diamentami, bez drogich szpilek i bez sukienki odpowiednio podkreślającej walory stanęła przed jego drzwiami. Z kotem na rękach wyglądała jak trzydzieści lat temu, kiedy znalazła na ulicy jakiegoś brudnego, porzuconego szczeniaka i chciała już od progu wyglądać na najbardziej zdeterminowaną czterolatkę, która na rodzicielską odmowę zatrzymania psa zareaguje niekończącym się szlochem. Z tą tylko różnicą, że tym razem przyszła prosić o to, żeby to on – James - ją zatrzymał. Przygarnął, przytulił i posadził na blacie w kuchni, żeby mogła przyłożyć usta do jego czoła, dłońmi objąć skronie i tak już zostać.
    Kiedy otworzył, kot wyrwał się jej z rąk i wylądował po drugiej stronie progu.
    - Mam tysiąc funtów na koncie, od dwóch dni mieszkam w samochodzie, kocham cię. – Nie pozwoliła mu na pierwsze słowo, wyrzucając z siebie to zdanie, kiedy James nie odwrócił jeszcze wzroku w jej kierunku, ale wciąż zajęty był kotem, który rozsiadł się na podłodze w połowie przedpokoju. Płakała jak dziecko.

    ~ Ali

    OdpowiedzUsuń
  41. Przekroczyła próg, a kot, zniknąwszy za rogiem, ruszył na dalsze oględziny nowej przestrzeni. Jeśli przyjąć, że ten antypatyczny zwierz ma zawsze rację – a w końcu to właśnie on dysponuje kocim szóstym zmysłem i niezrozumiałą intuicją – to chyba właśnie tutaj powinna zostać, bo już po dwóch pierwszych sekundach poczuł się jak pan na włościach i za chwilę zapewne odnajdzie sobie jakiś wygodny fotel i ogłosi go swoim królestwem.
    Chwyciła wyciągniętą w jej stronę rękę i poprowadziła ją tak, żeby James był zmuszony objąć ją za szyję. Nigdy nie narzekała na szczególnie podły wzrost, ale przy jego dwóch metrach mogła znaleźć sobie idealne miejsce na wciśnięcie twarzy pomiędzy ramię a klatkę piersiową i udawać, że tak naprawdę puszczenie w niepamięć kilkunastu lat życia to żaden wielki wyczyn. I gówniarskie zafascynowanie własnym pacjentem to też nic nadzwyczajnego, zwłaszcza kiedy dwa dni po rozwodzie staje się w progu jego mieszkania i wyznaje mu miłość. Takie rzeczy zdarzają się przecież codziennie. I wszystkim, bez wyjątku.
    - Za tysiąc funtów to się naprawdę najemy tej chińszczyzny na wynos – odparła, zadzierając głowę do góry po dwóch minutach ciszy, którą przerywały jedynie jej początkowo bardzo nieudane próby uspokojenia się.
    Nie wiedziała nawet, dlaczego tak naprawdę płacze. Przecież nie z rozpaczy po zakończonym małżeństwie, bo to od dawna nie miało już żadnego sensu, a ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Może z radości, że uwolniła się z tego zaklętego kręgu, ale wyleciała trochę za mocno poza orbitę, żeby zachować kamienną twarz i pełną emocjonalną stabilność. Może po prostu tego potrzebowała, jak każda normalna baba, która pomimo że dalej była w dupie, to jednak już widziała słońce. I pomimo panującego w przedpokoju półmroku, widziała też tę twarz, którą chciała oglądać.
    - Może zostanie jeszcze parę groszy na fajki i zapas chusteczek, bo chyba szybko mi nie przejdzie – dodała i jeszcze w trakcie wypowiadania tych słów udowodniła, że na wieczór wolny od jej histerii nie ma co liczyć, bowiem kolejna fala łez nadeszła zaraz po poprzedniej. – Ale zrobiłam to – kontynuowała. Żeby dodać sobie pewności siebie zacisnęła pięści i oparła je na jego klatce piersiowej. Tylko po to, żeby za chwilę znów rozprostować palce i spleść uniesione do góry dłonie na jego karku. – I nawet jeśli będę musiała cię przepraszać za tę rozmowę i za to, co do ciebie czuję… zrobiłam to. Rozwiodłam się w dwadzieścia minut i wyprowadziłam w kwadrans, z kotem i kolekcją filmów. I wybacz mi, jeśli właśnie wywracam do góry nogami twój dopiero co poukładany świat. Miałam gdzie pójść, po prostu… Po prostu nie chciałam iść gdzie indziej.

    OdpowiedzUsuń
  42. - Idą przez las dwa zbóje, do kolan im zwisają… miecze, bo to było średniowiecze? – zapytała, idąc tropem głupawych wierszyków, które zdarzało im się sobie nawzajem opowiadać w wyjątkowo dziwnych momentach. Ten również nie zostałby przez opinię publiczną uznany za najlepszy do cytowania kiepsko rymowanych i jeszcze gorzej stojących pod względem sensu wierszyków, ale Ali przestała już nawet podejrzewać, że jej życie mogłoby kiedykolwiek wyglądać normalnie. I zdecydowanie wolała wersję, w której nieudolne pocieszenia są skuteczne, chociaż składają się głównie z anegdot bawiących uczniów podstawówek, niż tę, gdzie każda jej rozterka była po prostu głupia i niewarta rozważania. – I da się rozwieść w dwadzieścia minut, trzeba się tylko zgodzić na warunki drugiej strony, a podczas rozprawy jedynie przytakiwać – dodała, pragnąc ukryć, że oprócz wierszyka o średniowiecznych mieczach pamięta jeszcze jeden jedyny. Zresztą zdecydowanie bardziej adekwatny do ich obecnej sytuacji, ale wolała zostawić go na deser. – Chociaż w ogóle nie powinnam ci tego mówić, bo mnie okłamywałeś – kontynuowała, mieszając stuprocentowo poważne spojrzenie z lekkim uśmiechem, który wyraźnie wskazywał, jak nisko był w tym momencie próg powagi zarzutów. – Mówiłeś, że jesteś fatalny w pocieszaniu, więc przychodzenie do ciebie po wsparcie to tak jakby iść do rzeźnika na lekcje delikatności. A okazuje się, że idzie ci to całkiem nieźle. Ba, już wcześniej szło ci całkiem nieźle, chyba że to po prostu ja jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę. I w jednym w drugim przypadku byłoby mi miło – mówiła powoli, wciąż trzymając ręce na jego karku i coraz bardziej wspinając się na palce. Oczywiście, że chciała w końcu i horyzontalnie i wertykalnie zrównać swoje usta z jego ustami, bo była babą. A baby wierzyły w te magiczne pocałunki, które nagle wywracają wszystko do góry nogami, zwłaszcza jeśli bierze w nich udział baba i książę w bajki. Ali doskonale wiedziała, że Jamesa nawet po wyczerpaniu zimowych zapasów trawy należących do połowy amerykańskich raperów nie dałoby się podciągnąć pod tę kategorię, ale sama też o księciu, wbrew babskiej logice, nie marzyła. Marzyła o nieznośnym facecie z nieznośnymi wadami, który w tej całej swojej nieznośności będzie najwspanialszą istotą na globie. Który będzie opowiadał głupie rymowanki zamiast powtarzać frazesy i który zapewni uścisk na tyle silny, żeby nie musiała się obawiać oparcia na jego przedramionach całego ciężaru ciała. – I wtedy może nawet opowiedziałabym ci o tym, jak siedziałam nad rzeczką, bawiłam się beczką, o tobie myślałam i do beczki wleciałam.

    OdpowiedzUsuń
  43. - Chińskie ciastka!
    Ali wcale a wcale nie miała tendencji do ekscytowania się pierdołami. Przecież mąż jej zabraniał. Skoro więc już od dwóch dni nie miała męża, mogła spokojnie (no, powiedzmy) zerwać się z kanapy, pchnąć Jamesa na fotel i usiąść mu na kolanach, żeby później niemalże z wypiekami na twarzy przełamywać chińskie ciastko z wróżbą. Dłuższą chwilę wczytywała się w treść, a sekundę po zakończeniu lektury wybuchła szczerym śmiechem i odwróciła trzymany w palcach pasek papieru w stronę Jamesa.
    - Chińczycy cię nie lubią, bo twierdzą, że z dobrego żelaza nie robi się gwoździa, a z dobrego człowieka nie robi się żołnierza. To pewnie ma jakieś drugie dno, które nie byłoby już tak komiczne, bo głosiłoby, że ktokolwiek znalazł w swoim ciastku taką wróżbę, jest życiowym nieudacznikiem, który śpi z kotem w samochodzie – stwierdziła po chwili autorefleksji. Siedemnaste dno konfucjańskiej filozofii rodem z ciastek z wróżbą zawsze niosło ze sobą jakieś pesymistyczne przesłanie, nawet jeśli same wróżby były przekopiowanymi z dowolnej strony internetowej aforyzmami, w których głębię widziały jedynie piętnastoletnie poetki.
    Ali przez zdecydowaną większość życia optymistycznie zakładała, że nigdy nie stanie się stereotypową babą, która zmienia nastroje średnio raz na kwadrans i zachowuje się tak nielogicznie, że każdy myślący człowiek wysiada w połowie próby zrozumienia punktu pierwszego jej osobowości. A samych punktów jest milion osiemdziesiąt pięć tysięcy sto siedem. Tymczasem w ciągu dwóch dni zdążyła przewrócić swoje życie do góry nogami, wcześniej podrzucając je parę razy i pozwalając grawitacji zrobić swoje. I to chyba dobrze, bo nie urodziła się, żeby być kobietą z klasą i diamentami, ale dziwną dziewczynką, która średnio rozumie pojęcie prywatnej przestrzeni i zawsze znajduje się odrobinę za blisko twarzy rozmówcy, żeby nie wywołać dyskomfortu.
    - Wiesz, że na dziewięćdziesiąt procent za kwadrans nie będziesz mnie już nawet lubił? – zapytała, jednocześnie rozrywając reklamówkę, w której czekał na nich obiad. Jedno z pudełek wręczyła Jamesowi, a sama zabrała się za otwieranie drugiego. Kiedy rozdysponowała również pałeczki i wpakowała do ust pierwszy kęs kurczaka w pięciu smakach, mogła kontynuować swój wywód. – Nie wiem, ale czuję, że głęboko we mnie siedzi ubrana w za dużą koszulkę baba, która bije się o pilota i nie pozwala wyjadać sobie frytek z talerza. Tak jakby wcale nie były mi potrzebne liposukcja, fitness i kiecka eksponująca cycki, ale mechaniczna antykoncepcja, przyzwolenie na związywanie włosów do pracy i nauka podciągania się na rękach. Rozumiesz? Nie chcę być tą pindzią, która nosiła perły i udawała, że jest damą.

    OdpowiedzUsuń
  44. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [co ja piszę, co ja czytam!? od nowa: witam:D raduje mnie fakt, że cieszą Cię rudości. mnie twoja karta wręcz uderza, o.
      sesja powiedzmy grupowa, ewentualnie spotkanie u psychologa, w kawiarni odpowiadają Ci, czy wolisz coś bardziej nieprzewidywalnego? wypaliłam przed chwilą z barem jak jakiś głuptak! gomene!]

      Satine

      Usuń
  45. [Dobra, próbuję się ogarnąć:)]

    Kiedy otworzyła oczy tego popołudnia, okazało się, ku braku jakiegokolwiek jej zaskoczenia, że słońce ponownie nie świeci. Mróz, szaruga. Wszystko to, co jeszcze bardziej przekonywało Satine do pozostanie pod ciepłą pierzyną.
    Leniwie przeciągnęła się w pościeli i po krótkiej chwili spojrzała na zegarek. Dochodziła pierwsza. Poruszona wewnętrznym impulsem, zrzuciła z siebie imprezowe ciuchy, których nie była w stanie zdjąć nad ranem, w kilka minut zmyła makijaż i nałożyła szybko nowy. Nie miała wiele czasu, ale w sumie co z tego, gdyby odpuściła kolejną terapię? Świat by się nie zawalił. Nie ten raz.
    Mijając zaaferowaną gospodynię, wybiegła z kamienicy, kierując się w stronę metro.
    Po czterdziestu minutach znalazła się na miejscu, o dziwo, mając kwadrans w zapasie. Szczęście. Radość. Alleluja!
    Usiadła na niewygodnej kanapie w poczekalni i rozejrzała się wokół. Wszyscy wyglądali podejrzanie normalnie. Odczuwała nieopisany stres, brak herbaty w organizmie, oceniające spojrzenia na twarzy.
    Bez chwili namysłu wybiegła stamtąd, zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie umiała się uspokoić. Nie rozumiała tego, co się z nią dzieje.
    Chciała z kimś zwyczajnie porozmawiać. Nie z psychiatrą, nie z byle kim. Z czeluści torebki wydostała telefon, przeszukując w nim zapisane kontakty. O zgrozo, licząc biuro obsługi i pocztę głosową, miała ich w sumie piętnaście.
    Kiedy miała się już poddać, przypomniała sobie o czymś, czy w zasadzie o kimś. Czy nie usunęła jego numeru? Będzie ją pamiętać?
    Wybrała numer zapisany jako "James", zadzwoniła, czekając na to, że odbierze.
    Pierwszy sygnał, drugi, trzeci.

    Satine

    OdpowiedzUsuń
  46. Sean co prawda bardzo mocno próbował się powstrzymać przed wszelkimi większymi oznakami wesołości, ale kiedy James wygłosił swoją opowieść o Alice, jego śmiech zadudnił w całej dzielnicy. A dudnił aż tak mocno nie tylko dlatego, że zdenerwowane Heffernany miały to do siebie, że wszystko robiły z odrobinę zbyt wielkim impetem (a Sean miał przecież dwa porządne powody do skręcania się nerwów w postronki), ale również z powodu wspomnień ze spotkania ze wspomnianą Alice, które miał przyjemność swego czasu odbyć. I nie mógł zareagować inaczej, kiedy tylko przypomniał sobie jej usilne próby przekonania go, że po pierwsze - potrafi się zachowywać całkowicie profesjonalnie, kiedy szło o Jamesa, po drugie – jedyna słuszna racja jest po jej stronie i po trzecie – wcale nie próbuje go do niczego zmuszać, żeby ułatwić życie swojemu (teoretycznie) pacjentowi, w dodatku za jego plecami. I jak się zdawało – za aprobatą całego świata, bo w tę sprawę nie było zaangażowane chyba tylko przedstawicielstwo Ajatollahów.
    - Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej – przyznał, kiedy zdążył już dwa razy odchrząknąć, przy okazji pozbywając się z trzewi resztek śmiechu. To nie tak, że planował teraz rozkręcić seans śmichów chichów z Jamesa, ale ta sytuacja wywołała wyjątkowo poziom zdziczenia obyczajów. – Nie wiem, czy wiesz, ale w tę sprawę był zaangażowany nie tylko mój Pączek, ale i nasi rodzice, a wszyscy próbowali mnie przekonać, że naprawdę bardzo chcę z tobą porozmawiać. Znaczy… Raczej, że oni wiedzą lepiej ode mnie, więc na pewno chcę z tobą porozmawiać. Dlatego nie łudź się, że przyszedłeś tu z własnej woli, bo to był efekt wytężonej pracy połowy obywateli świata, którzy cię do tego przekonali. Nie mówię, że źle się stało, ale obaj zostaliśmy zmanipulowani, z inicjatywy Alice zresztą. Alice, której kazałem ci w końcu obciągnąć i się ode mnie odwalić… - przyznał się, chociaż w jego wzroku wiele kajania nie było, bo wciąż czaiły się tam raczej ogniki niedawnego wybuchu śmiechu. – Czy ja zdradzam jakieś sekrety, których nie powinienem pod żadnym pozorem powtarzać? – zapytał na koniec, obdarzając brata pytającym spojrzeniem. - Bo nikt mnie nie pouczył, wszyscy byli zbyt skupieni na wciskaniu mi swoich własnych opinii do gardła.
    Poprawka – na pewno zdradzał jakieś wielkie sekrety, które na wieki wieków powinny były pozostać w tym zaklętym kręgu wszystkich świadomych, a sam krąg musiał pozostawić Jamesa poza swoimi granicami, żeby cała sprawa się nie rypła. Bo właśnie się chyba rypła, a wielopoziomowa konspiracja huknęła o grunt niczym komin elektrociepłowni smagany zimnymi mackami orkanu Ksawery.
    Ups?

    OdpowiedzUsuń