I was probably cool around the end of 2002.

Benjamin Johnson

Aktor teatralny, nauczyciel aktorstwa w Royal Academy of Dramatic Arts, dumny ojciec jednej córki, właściciel setek par kolorowych skarpetek i miliona starych książek. Człowiek pierwszego dnia lata, wychowany na scenie Royal National Theatre, syn scenografa i szanownej pani kostiumolog. Nie ma fejsbuka, twittera, instagrama, ma za to oryginalnego Windowsa i program do rozpakowywania plików. Nie umie obsługiwać iPhona, którego dostał od córki i skrycie marzy o powrocie do ukochanej, starej Nokii. Nie wyobraża sobie, że ktoś mógłby rozpoznać go na ulicy, bo ponad wszystko ceni sobie prywatność. Gubi się w mieście, spędza godziny na czytaniu gazety w parku, rzuca śnieżkami w przypadkowych ludzi, głupie rzeczy robi średnio raz w tygodniu, nie zachowuje się tak jak powinien, ma alergie na pierdolenie bzdur, nie lubi tłumów i boi się windy więc na ostatnie piętro zawsze wchodzi na piechotę, a potem twierdzi, że ma zawał. Riposta na każdą okazję, anielska cierpliwość, herbata z mlekiem o piątej popołudniu. 
___
Martin Freeman

47 komentarzy:

  1. [Jaki, jaki, jaki? JAAAAKI? *,*]

    Cathleen

    OdpowiedzUsuń
  2. [Skarpetki! Ciekawe czy zakłada czasem nie do pary *.* ]

    Barbra

    OdpowiedzUsuń
  3. [ ohohohoh, ale mnie zaszczyt kopnął! jak się za mnie nauczysz, to ja cię nagrodzę zaczęciem. Dawno nikt nie mógł się tym cieszyć]
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  4. [ A jaki ten pomysł? Lubię oryginalne wątki ^^ ]

    Navid

    OdpowiedzUsuń
  5. [A w jakim wieku ma on córkę?]

    Gabryś Moore

    OdpowiedzUsuń
  6. [Jej. To trochę za młoda, hmm... Nic chyba w takim razie nie wymyślę, chyba że zrobię z Gabrysiątka jego wielkiego fana :D]

    Gabryś Moore

    OdpowiedzUsuń
  7. [No to może zaproponuje wątek :)]

    Barbra

    OdpowiedzUsuń
  8. [To się miło zdziwi :D Powiedz mi jeszcze tylko czy możliwe, żeby w jakimś Szekspirze grał, bo ten mój literat tylko na jego dzieła rusza leniwe dupsko do teatru. Jak tak, to wpisuję Cię do kolejki, a początek się do tygodnia pojawi.]

    Gabryś Moore

    OdpowiedzUsuń
  9. [Z doświadczenia wiem jak bardzo ciężko gra się na wiolonczeli w sukience... No ale można spróbować (ach te 3,5 roku w szkole muzycznej ) Proponuje obie opcje jeżeli to możliwe że był by ukrytym fanem czy coś a moja Barbra będzie czułą się dla kogoś ważna czy coś i po koncercie zdarzy się wypadek i coś wyląduje na jej sukni przez co zacznie panikować jak mała dziewczynka. Dobra to to. Tylko czy taki układ ci pasuje? Jak tak to zabieram się za pisanie ^. - ]

    Barbra

    OdpowiedzUsuń
  10. [Och, może być ciekawie :D Rozumiem, że mam zacząć, skoro zaczęłaś Aidanem, choć to ja miałam zacząć ten wątek? xD]

    Cathleen

    OdpowiedzUsuń
  11. [Ja zrezygnowałam bo nie dawałam już rady ze wszystkim a moją rudą Lou sprzedałam to smutne tak bardzo ]

    Podobno grała jak anioł. Podobno to właśnie dla tego często dostawała te najważniejsze partie, ale czy ktoś kiedykolwiek zapytał się jej czy lubiła to?Nie. A czy lubiła?
    Nie. Nienawidziła tego. Nienawidziła z całego serca. Chciała zostać psychologiem, aktorką czy nawet lekarzem ale nie wiolonczelistką. To wszystko było winą jej ojca.
    Ale jak tu grać jak anioł jeżeli nienawidzi się tak bardzo grać? Proste przekładać tę nienawiść w muzykę w grę by wyrazić siebie by pokazać co jej się podoba co nie. Niestety jednak została zrozumiana opacznie. Tak bywa. Z czasem nawet nauczyła się to lubić.
    Teraz odłożyła instrument do futerału i wygładziła czarną długą suknię (która oczywiście utrudniała grę ) czarny przecież wyszczupla.
    Wyglądała dość ładnie z włosami upiętymi i w tej długiej czarnej sukience. Elegancko. Tak jak powinna.
    Właśnie wychodziła na dalsze spotkanie i gratulacje gdy nagle ktoś coś na nią wylał.
    Spojrzała na plamę i na tego kogoś i zaczęła się denerwować i nerwowo próbując to ścierać.
    - Co pan zrobił! Czemu mnie pan oblał - tu też przypomniały się jej te złośliwe czasy szkolne. Do oczu nabiegły jej łzy i zaczęła mówić piskliwym głosem wpadała w histerię....
    - Plama plama....

    Barbra

    OdpowiedzUsuń
  12. [Z Bilbo wątek zawsze, ale pomysłu nie mam żadnego ; <
    Aidenowa, Ty pamiętaj, że mi jedno zaczęcie wisisz ;p]

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Witam pana artystę :)]

    Anabeth

    OdpowiedzUsuń
  14. [Dean i Martin? Wybór pomiędzy krasnoludem i hobbitem jest zbyt trudny. Z Benjaminem chyba może być ciekawszy wątek ;)]
    Harriet

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziewiąta rano była w środku nocy, to niewątpliwie. A Will musiał cztery razy w tygodniu w środku nocy wstać, bo uczelnia dla artystów zupełnie nie rozumiała potrzeb artystów. Zwłaszcza tych zadeklarowanych i faktycznie płodnych twórczo. W końcu to właśnie on poprzedniego wieczoru ślęczał nad klawiaturą fortepianu i pracował tak długo, że wieczór przeciągnął się do trzeciej w nocy. Przeklinał w duchu te swoje nocne napady weny, każdego ciężkiego poranka tak samo mocno, ale z drugiej strony – gdyby taką ofertę dostał – nie zamieniłby się na pracę od ósmej do szesnastej i wolne weekendy. Weekendy w końcu były od tego, żeby cały dzień siedzieć w piżamie nad nutami, z przerwą na wieczorny koncert i ewentualnie na jakieś śniadanie o siedemnastej.
    Cofnął się do łazienki, kiedy Benjamin zgromił go spojrzeniem od stóp do głów i wzrokiem zawrócił w miejsce odpowiednie do płukania zębów. I wbrew pozorom nie był to zlew w kuchni, chociaż Will dałby sobie rękę uciąć, że instrukcja obsługi świata dla opornych tego nie zabraniała. Nie zabraniała też siadać do porannej kawy topless i chodzić po domu boso, ale wierzył Benowi na słowo, że tego robić nie należało. Dlatego z łazienki wyszedł już ubrany w pierwszą lepszą koszulkę i w skarpetkach. W skarpetkach też się podobno po domu nie chodziło, ale tego Benjamin nie zdołał już przeforsować.
    - O szesnastej? – upewnił się, przeglądając swój terminarz w głowie. No, dobra, nie miał żadnego terminarza w głowie, miał tam chaos informacyjny i wiele zastawionych przez samego siebie pułapek. I był środek nocy, więc trudno się dziwić, że ogarnięcie wszystkich swoich obowiązków na ten dzień nie należało do najprostszych zadań. W międzyczasie Ben zdążył przytaknąć. – Nie mam dzisiaj próby, bo w piątek nie gram, a w sobotę gram sam, no… prawie sam, muszę się tylko dogadać z tym bardziej ogarniętym pianistą i próbę zrobimy tylko w piątek. Nie będę próbował przez cały miesiąc jednego i tego samego koncertu. Nie wiem, nasz pan dyrektor zna chyba pięć utworów. Albo jest taki wielki popyt na jeden koncert, i to w okrojonym składzie. Nie ogarniam – zakończył, odchylając głowę do tyłu i obejmując ramionami swoje podciągnięte do klatki piersiowej kolana. Siedzenia jak dziecko z chorobą sierocą też nie dało się go oduczyć.
    Ekspres tymczasem obwieścił, że zakończył swoją działalność na ten moment i artyści mogą zaznać przyjemności porannej kawy. Will ruszył się nawet z własnej woli i po chwili postawił na stole dwa kubki napoju bogów, karton mleka i porcelanową cukierniczkę. Kultura.
    - Czyli będę – dodał, wracając do poprzedniej pozycji w swoim ulubionym miejscu pomiędzy lodówką a ścianą, pod paprotką, na najbardziej zdezelowanym krześle.

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Te, pod warunkiem, że z Aidanem mi nie znikniesz. Wtedy piszę się na wszystko, a z racji tego, że Prim na pewno na zapleczu sklepu posiada czajnik i z dwa kubki, to Ben może do niej na kawkę wpadać. Albo herbatę, tak po londyńsku, o siedemnastej! ]
    Primrose B.

    OdpowiedzUsuń
  17. Lizzy

    Nawet jeśli ktoś odważyłby się poddać wątpliwości stwierdzenie, jakoby Benjamin Johnson stanowił w oczach Elizabeth wzór ojca idealnego, nie miałoby to racji bytu. Owszem, może nie było jej dane cieszyć się nim przez bite dwadzieścia cztery godziny każdego dnia tygodnia, ale nie pamiętałaby, by kiedyś miała do niego jakikolwiek żal. Czysto nieuzasadniony, warto dodać. Oczywiście jeśli odjąć od tego czas określany zazwyczaj młodzieńczym buntem, kiedy to dokładnie każda nastolatka chodząca po tej planecie, musiała doszukać się u swoich rodziców chociaż jednej cechy, którą mogłaby nienawidzić ze zdumiewającym wręcz oddaniem.
    Zanim skończyła dziesięć lat, uparcie wierzyła, że jest jedynym dzieckiem na świecie, które mogło z dumą opowiadać o tym, jakim „dobrym aktorem był jej tatuś”. Później dotarło do niej, że nie była to jedyna rzecz, warta jej uwagi, ale nigdy nie potrafiła już do końca wyzbyć się przekonania o specyficznym rodzaju wyjątkowości, który nieodzownie z nim kojarzyła.
    Z kolei babcia dzielnie stanęła na wysokości zadania i trwała w życiu Lizzy dokładnie wtedy, kiedy według każdego podręcznika, skierowanego do niepewnych swoich zachowań, rodziców, najbardziej potrzebowała matczynej uwagi. Uwagi, której swoją drogą nigdy nie doświadczyła, a za którą nie zdążyła nawet zatęsknić. Może wiązało się to z tym, iż sama nie do końca wiedziała, że traciła w ten sposób cokolwiek. Nigdy nie przeszkadzał też jej drobny brak wyczucia, którym niewątpliwie odznaczał się Ben, a co najwyraźniej było cechą rozpoznawczą u wszystkich ojców.
    Były jednak takie chwile, w których oddałaby wszystko, by choć przez moment porzucił wszelkie typowe dla niego zachowania i zwyczajnie... odpuścił. Jak teraz, kiedy wnętrze jej salon przypominał pobojowisko w sklepie po jesiennej wyprzedaży, a w kuchni rodziła się najwyraźniej nowa forma życia. Zwykle wszędzie tam, gdzie się pojawiała, panował wręcz idealny porządek. Ład, któremu trudno cokolwiek zarzucić. Od pewnego czasu miała na głowie jednak stanowczo zbyt wiele spraw, by zaprzątać sobie ją jeszcze takimi błahostkami jak odwieszenie ubrań do szafy, czy nawet zmywanie. O wiele prościej było nie zauważać problemu, skupiając uwagę na czymś innym. Idealnie nadawały się do tego wypchane po brzegi teczki, którymi zarzucił ją Aidan lub torba z rzeczami byłego narzeczonego, której wciąż nie zdążyła wystawić za próg. Przeklęte sentymenty.
    - Mam wszystko pod kontrolą – zapewniła, kiedy ojciec ładował się do środka. Musiała wyglądać okropnie w pogniecionej koszuli i niezbyt reprezentatywnej fryzurze, ale był to przywilej osoby, która sekundę temu została brutalnie wyrwana z popołudniowej (czy może już wieczornej) drzemki.
    Zgoda, powinna pomalować te ściany już wieki temu, ale – na miłość boską – biel nie była taka zła. Poza tym wątpiła, by nadawała się do takich rzeczy, a teraz, kiedy ona i jej stary kto stanowili jedynych mieszkańców w tym miejscu, uznała, że wprowadzanie w życie jakichkolwiek zmian nie miało większego sensu.
    - Tato... – zaczęła ostrożnie, uprzednio zamykając za nim drzwi – nie zrozum mnie źle, ale to naprawdę nie jest... Czy ty w ogóle potrafisz to zrobić? Nie chcę mieć plam farby na podłodze, a już na pewno nie na meblach. Zdążyłam je polubić.

    OdpowiedzUsuń
  18. - Ale że ty masz zarzucać nogami ponad głową? Jeśli własną, to niezbyt wysoko. – Billy nie mógł sobie podarować tej drobnej (i subtelnej jak radziecki krążownik) uszczypliwości, do której dołożył uśmiech usatysfakcjonowanego trolla. Był to jednocześnie pewnego rodzaju strzał w stopę, bo sam również należał do obywateli wzrostu raczej podłego, a na wszystkich zbiorowych zdjęciach z koncertów wyglądał wśród postawnych muzyków londyńskiej orkiestry jak odbywający rozwój w odwrotną stronę uczeń którejś z ostatnich klas szkoły podstawowej. Dlatego nie mógł zostawić teraz Benowi pola do popisu, bo po wystrzelanej w swoją stronę serii złośliwości, zbierałby się ze ściany aż do kolacji. – Codziennie odnajduję kolejne powody, żeby przychodzić na te twoje próby, siadać w pierwszym rzędzie i tylko dzięki dobremu wychowaniu nie przynosić ze sobą zapasu popcornu. – Billy tymczasem, pomimo postanowienia poprawy, wciąż się pogrążał. I wciąż wysyłał Benowi znad gazety uśmiechy szczerej sympatii. I nigdy nie w pierwszym rzędzie podczas prób.
    Chociaż w środku nocy momentami bywał złośliwy, to wciąż nie zmieniało faktu, że na próby chodził wyjątkowo chętnie i wiernie. Od kilkunastu lat może kilka razy wybrał leżenie na kanapie w salonie zamiast długiego spaceru z któregoś ze swoich miejsc pracy do teatru, gdzie pracował Benjamin. Po pierwsze, nie lubił być sam w domu, więc jeśli miał do wyboru towarzystwo czterech ścian i telewizora lub siedzenie w teatrze czasem i niemal do północy, bez wahania wybierał drugą opcję i dziękował niebiosom (w które od lat kilkudziesięciu wątpił), że pozwoliły mu trafić na takiego mężczyznę życia, z którym można było siedzieć w pracy niemal codziennie. Po drugie, lubił być na bieżąco, a premierowe niespodzianki niech sobie zostaną dla wiernej widowni, bo Billy miał fabrycznie zaprogramowaną konieczność trzymania ręki na pulsie (i wystosowywania odpowiednich komentarzy na każdy temat, o którym miał jakiekolwiek pojęcie, nawet jeśli tylko go o nie podejrzewano). I po trzecie, to było całkiem sympatyczne – patrzeć na sceniczne wyczyny swego lubego, usiłować ukryć cisnący się na usta głupkowaty uśmiech i wiedzieć, że to wszystko tak-bardzo-na-zawsze.
    Widząc obrażoną minę Benjamina, nie mógł zareagować inaczej, jak tylko porzucając niedoczytaną rubrykę w gazecie i niewypitą kawę, i odprawiając poranne kuchenne amory, które zakończyły się w momencie, kiedy upchnięta w ramy człowieka urażona duma przestała uciekać całym sobą, wciąż tkwiąc na krześle, i pozwoliła pocałować się w policzek. Billy zapewnił, że już więcej nie będzie, chociaż oczywistym było, że będzie. On zawsze obiecywał ograniczyć swoją miłosną uszczypliwość i nigdy z tego nic jeszcze nie wyszło.
    - Opowiadaj, co z tymi rajstopami i z tym tańcem irlandzkim, obiecuję się nie śmiać – zapewnił, wracając na swoje miejsce. Ledwo co usiadł i ledwo co zaczęła się pełna gwiazdorskiego zbulwersowania opowieść, a odezwał się dzwonek do drzwi. - Kogo diabli niosą? – zapytał ze zdezorientowaniem godnym artysty wyrwanego ze snu w środku nocy. Czyli miał pełne prawo nie wiedzieć, kogo diabli nieśli o tak wczesnej porze, zwłaszcza że gości o dziewiątej rano nie miewali nigdy. Elizabeth się nie liczyła, bo ona miała własne klucze.

    OdpowiedzUsuń
  19. [O, jaki fajny ten pan! Czy synek Samuela mógłby mu wręczyć bukiecik żółtych liści i stwierdzić, że ma takie same skarpetki? ;)]
    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  20. [Już współczuję temu człowieczkowi, którego malec będzie męczył xD]

    - Tato, tato, patrz! Biedronka! - krzyknął rozentuzjazmowany chłopczyk, patrząc na jeden z listków, który wraz z innymi tworzył kolorowy dywan, pokrywający chodnik. Podniecał się każdym stworzonkiem zobaczonym podczas tego krótkiego spaceru. A co gorsza, żadne z tych stworzonek nie umknęło jego uwadze.
    - Widzę - powiedział Samuel, siląc się na uśmiech. Zbliżało się po raz setny to samo, czyli - Czas na liczenie latek. No, ile tu masz kropek?
    - Raz, dwa, trzy, pięć - zaczął wyliczać malec, wyciągając po kolei każdy paluszek, odpowiadający za daną liczbę.
    - Cztery, a potem pięć - poprawił go automatycznie ojciec. Nie dziwił się, że szkrab zrobił błąd. I tak był zaskakująco zdolny jak na te swoje cztery lata. Na dodatek ostatnio sporo urósł i Samuel musiał mu wymieniać prawie całą garderobę. - No dobra, a teraz zostaw już biedroneczkę i idziemy dalej.
    Chłopiec, co dziwne, posłuchał taty i zostawił zwierzątko w spokoju. Zagarnął za to część liści i objął je swoimi malutkimi ramionami. Ojciec uniósł brew do góry, ale nie skomentował poczynań swego pierworodnego. A niech się dzieciak bawi.
    W pewnym momencie mały Willy zaczął sobie układać listeczki w bukiet, który wręczył jakiemuś mężczyźnie, zajmującego jedną z parkowych ławek.
    - Proszę - powiedział, silnie akcentując literkę "r", którą niedawno nauczył się wymawiać i był z tego niezmiernie dumny. - To dlatego, że ma pan takie same skarpetki, jak ja - podwinął do góry nogawkę spodni, ukazując skarpetki w zielono-czerwoną kratkę. - Tatuś mi je kupił. I pewnie trochę będzie się gniewał, gdy mu powiem, że mają dziurę - dodał konspiracyjnym szeptem, który oczywiście dobiegł do uszu tatusia.
    - Przepraszam za niego - Samuel uśmiechnął się przepraszająco i westchnął słysząc uwagę o skarpetkach. No bo ileż można?! Pięć zniszczonych par w ciągu tygodnia. A był dopiero czwartek.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  21. Czymże stał się obecny świat, w którym każdy człowiek biegł przed siebie w dziwacznym wyścigu za bogactwem, sławą, przyjemnością? Gdzie się podziały wszelkie zwykłe czynności, przynoszące uśmiech na twarzy? Kto zabrał to wszystko z dala od ludzi, wciskając im kit, że będą szczęśliwi tylko wtedy, gdy dostaną coś, co chcą im dać ci wszyscy manipulatorzy?
    Na całe szczęście zdarzały się jeszcze osoby, które do spełnienia i uśmiechu nie potrzebowały zbyt wiele. Oczywiście musimy pominąć dzieci, które zawsze gotowe były nieść radość światu swą beztroską i niezupełną świadomością tego, co się wokół nich dzieje. Jakże one miał dobrze. Nie przejmowały się zarobkami oraz kolejnymi rachunkami do zapłacenia. Liczyła się zabawa, piękno świata i miłość. Tak, tym ostatnim potrafiły obdarować każdego i wszystko, i to właśnie było w nich wspaniałe.
    Słuchając opowieści nieznajomego na usta Samuela mimowolnie wypłynął uśmiech. Przypomniały mu się czasy dzieciństwa, kiedy był sadzany przez matkę na kolanach, a ona odkrywała mu magiczny świat swojej wyobraźni. Theodor spojrzał na szkraba i pogłaskał go po główce z ciemnymi włoskami, które odziedziczył po nim. W ogóle był bardzo podobny do niego. Wydawało się, że tylko oczy ma po matce, jednak wszyscy zapominali o tym lub tylko udawali, że zapominają.
    Sam odwzajemnił uśmiech mężczyzny i przykucnął przy synu.
    - Co Ty na to, mały książę? - uniósł brew do góry, patrząc z czułością na swojego malca. - Podoba Ci się taka wizja?
    - Mhm - wymamrotał w odpowiedzi, przykładając palec do ust. Ojciec szybko odsunął rączkę chłopczyka ze stwierdzeniem, że jest brudna, co tamten najwidoczniej zwyczajnie zignorował. - Pan był tym czarodziejem? - wypalił nagle dzieciak, wpatrując się z nabożną czcią w nieznajomego. - Wygląda pan trochę staro... - dodał, załamując całkowicie swojego tatusia.
    - Willy... Nie możesz mówić ludziom, że wyglądają staro - jęknął, patrząc przepraszająco na mężczyznę. Ten dzieciak go kiedyś załamie, naprawdę.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  22. Maluch wpatrywał się w mężczyznę jak w obrazek. Nieznajomy pan w kolorowych skarpetkach miał hipnotyzujący głos, który potrafił go oczarować i zabrać do świata, o którym opowiadał. Właśnie dlatego już po chwili Willy wdrapywał się na ławkę by móc siedząc wysłuchać dalszej części opowieści.
    Kiedy dowiedział się o złym czarnoksiężniku nieco się przestraszył. Tatuś kiedyś zabrał go na koncert, a co jeśli wtedy został przeciągnięty na stronę zła? Nie, nie mógł, miał magiczne skarpetki, ale tata? Spojrzał na ojca z obawą. Myślał nad tym cały czas, marszcząc nosek. Dopiero, kiedy mężczyzna skończył opowiadać, odezwał się.
    - Tatusiu... - zaczął z wahaniem. - A co, jeśli Ty na koncercie zostałeś przeciągnięty na stronę zła i teraz tylko udajesz, że mnie kochasz? - spytał, a jego usteczka wygięły się w podkówkę, zaś oczy wypełniły łzami.
    Samuel musiał przyznać, że syn odziedziczył po nim wyobraźnię skoro taki pomysł przyszedł mu do głowy.
    - Ależ spokojnie, miałem przy sobie magiczne skarpetki. W końcu też Książę jest obok mnie, więc mam dodatkową ochronę, prawda? - spytał z uśmiechem, siadając obok synka.
    Malec wydawał się odczuwać ulgę, ponieważ z odprężeniem znów skierował wzrok na Pana Czarodzieja.
    - Czarodzieju - zaczął, zastanawiając się nad czymś. Usiadł prosto, nieco wiercąc się wcześniej. - A co z księżniczką? Czy Książę spotka jakąś na swojej drodze? - zacisnął paluszki na rękawach płaszcza mężczyzny. W jego oczach ukazała się taka nadzieja i szczęście, że można było się domyślić, iż po chwili i księżniczka znajdzie odpowiednie dla siebie miejsce w tym całym świecie.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  23. [Nic się nie stało ^.^]

    Była już na granicy prawdziwego histerycznego płaczu, który z pewnością zniszczył lub zmienił jej wizerunek. Wyszła by na niezrównoważoną histeryczkę, która płacze z byle powodu.
    Dlatego była bardzo wdzięczna temu kto wyprowadził i zasłonił ją własną marynarką.
    Prawdziwy dżentelmen.
    To pierwsze przyszło jej na myśl. Zaczęła liczyć od dziesięciu do jednego, by się nieco uspokoić. To była przecież malutka plamka. Ale jednak plama.
    Zadrżała. To było tak jakby oczekiwała na cios, który nie nadszedł. Przecież już od dawna nie mieszka z ojcem....
    Przytknęła dłoń do szyi i zamknęła oczy, po czym znów otworzyła.
    - Dziękuje. - powiedziała i teraz wyraźniej przyjrzała się bliżej swojemu wybawcy. I coś zrozumiała. Ona go znała... Chyba kiedyś nawet ze sobą rozmawiali? Tak coś takiego było.Uśmiechnęła się.
    -Kwiaty? Dla mnie? To... Miłe. Nawet jeśli wylądowały na podłodze. - kolejny miły uśmiech. - Wydaje mi się, że gdzieś już pana widziałam... Nawet rozmawiałam? - zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
    - Barbra - podała mu dłoń - Dziękuje raz jeszcze... I przepraszam za tą panikę - rumieniec wstydu wpełznął na jej twarz. - A teraz trzeba to... Zmyć. - dodała.- Już tam raczej nie wyjdę...

    Barbra

    OdpowiedzUsuń
  24. [Nic się nie stało ^.^]

    Była już na granicy prawdziwego histerycznego płaczu, który z pewnością zniszczył lub zmienił jej wizerunek. Wyszła by na niezrównoważoną histeryczkę, która płacze z byle powodu.
    Dlatego była bardzo wdzięczna temu kto wyprowadził i zasłonił ją własną marynarką.
    Prawdziwy dżentelmen.
    To pierwsze przyszło jej na myśl. Zaczęła liczyć od dziesięciu do jednego, by się nieco uspokoić. To była przecież malutka plamka. Ale jednak plama.
    Zadrżała. To było tak jakby oczekiwała na cios, który nie nadszedł. Przecież już od dawna nie mieszka z ojcem....
    Przytknęła dłoń do szyi i zamknęła oczy, po czym znów otworzyła.
    - Dziękuje. - powiedziała i teraz wyraźniej przyjrzała się bliżej swojemu wybawcy. I coś zrozumiała. Ona go znała... Chyba kiedyś nawet ze sobą rozmawiali? Tak coś takiego było.Uśmiechnęła się.
    -Kwiaty? Dla mnie? To... Miłe. Nawet jeśli wylądowały na podłodze. - kolejny miły uśmiech. - Wydaje mi się, że gdzieś już pana widziałam... Nawet rozmawiałam? - zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
    - Barbra - podała mu dłoń - Dziękuje raz jeszcze... I przepraszam za tą panikę - rumieniec wstydu wpełznął na jej twarz. - A teraz trzeba to... Zmyć. - dodała.- Już tam raczej nie wyjdę...

    Barbra

    OdpowiedzUsuń
  25. Zauważając dłuższe milczenie Czarodzieja, chłopiec zaczął się niepokoić. A co jeśli księżniczki nie będzie lub stało się z nią coś złego? Po chwili jednak mógł wysłuchać dalszej części opowieści, która w zupełności go zadowoliła.
    Kiedy mężczyzna skończył, Willy poderwał się ze swojego miejsca i klasnął w dłonie.
    - Tatusiu, a może wymyślimy jakąś dobrą melodię, która umiałaby przeciągać złych ludzi na naszą stronę? - złapał ojca za rękę, jednak wzrok miał skierowany na pana, który opowiedział mu o największych sekretach tego świata. - Czy to nie byłoby wspaniałe?! - spytał podekscytowany, szarpiąc Samuela za palce. - Mógłbym pomagać ludziom...
    - Wiesz, że nie umiesz grać na żadnym instrumencie? - tak, ojciec w dosyć brutalny sposób sprowadził swoją pociechę na ziemię. - Sam zrezygnowałeś z nauki gry na pianinie.
    Malec ułożył usteczka w smutną minkę. Zastanawiał się przez chwilę, jednak dosyć szybko ponownie się rozpromienił.
    - No trudno, trzeba będzie zaczekać do momentu, w którym zły czarnoksię... księ...
    - Czarnoksiężnik - padła podpowiedź od starszego Friedricha.
    - Właśnie! Kiedy zostanie pokonany - puścił dłoń Samuela i pobiegł przed siebie. Wziął do ręki jakiś patyk i zaczął nim machać, jakby był on czarodziejską różdżką, posiadającą potężne moce, pomagające w ocaleniu świata przed złem.
    - Mam nadzieję, że nie sprawiliśmy panu zbyt dużego kłopotu - Theodor zwrócił się do siedzącego obok mężczyzny. - Mały ma to do siebie, że potrafi podejść do obcego człowieka i zacząć rozmowę. Jest wyjątkowo śmiały, a wyobraźnię też ma bujną - uśmiechnął się szeroko. - Może chciałby pan spróbować swoich sił jako bajkopisarz? Całkiem ciekawa historia, mogłaby się spodobać wydawcom. Może nieco naiwna, ale jakie są bajki dla dzieci?
    Każdy chyba chciałby zarabiać w taki przyjemny sposób. W końcu samą radością było wywoływanie uśmiechów na dziecięcych buziach, które później same mogły dalej tworzyć swoją opowieść.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  26. Zachichotała i umoczyła część szmatki w wodzie.
    - Nie, niech pan zostanie. Tak na wszelki wypadek... - powiedziała z uśmiechem i lekko potarła namoczoną szmatką plamę.
    - A więc to był pan? I... Mogę ci zdradzić sekret. Tak naprawdę to nienawidzę grać. Tak szczerze. Nie cierpię tego instrumentu ale tylko to tak właściwie umiem. Chyba nauczyłam się już lubić albo chociaż tolerować ten instrument. To cała złość, gorycz i żal gra za mnie. Znaczy tak sądzę i tak mówi moja terapeutka. - wzruszyła ramionami dalej pocierając. - Miło jest mieć jakiegoś fana miło jest być docenianą. Jesteś miły. - kolejny uśmiech i pocieranie materiału o materiał po czym suszarka. - Myślę że już jest dobrze. - Obkręciła się i wysuszyła ręce pod tą samą suszarka. - W zasadzie, nawet nie wiem jak ci na imię... Więc zapoznajmy się - uśmiech i klaśnięcie w dłonie, podała mu potem jeszcze swoją dłoń - Barbra. - przedstawiła się.

    Barbra

    OdpowiedzUsuń
  27. [Tu żem przylazła, bo u Aidana jest tyyle komentarzy, że u Bena wypadałoby wyrównać poziom. Pomysł na wątek mam taki, że Johnson zażyczy sobie kawy i jakiegoś muffina, najlepiej czekoladowego, a Janet owszem, zamówienie przyjmie, ale do kawy dołączy jakieś dietetyczne ciastko zbożowe, ogólnie fu i bez smaku. Benjamin nie doczeka się niestety wymiany ciastek, bo Jackson nie będzie widziała nic złego w swoim zachowaniu, jeszcze rzuci coś w stylu "Panu i tak przyda się dieta". Co ty na to? :D]

    Janet J.

    OdpowiedzUsuń
  28. [Pod złą kartą dodałam komentarz, ech. W każdym razie - zacznę, jeśli doczekam się dziś odpisu :D]

    Janet

    OdpowiedzUsuń
  29. [Jeju, jaki on jest uroczy z tymi kolorowymi skarpetkami i lękiem przed windą! Skoro nauczyciel aktorstwa to w sumie moglibyśmy uznać, że uczy w Akademii, do której uczęszcza Susie. Może zauważył w niej potencjał i postanowił dać parę rad po zajęciach? Albo zaprosił ją na dodatkowe kółko po godzinach? Ja się na tym tak za bardzo nie znam, bo studia jeszcze przede mną, więc wiesz c: A dużą ma tę córkę? Bo jak coś to Susie jest całkiem niezłą niańką, także polecam z całego serca :D]

    Susie

    OdpowiedzUsuń
  30. [No to faktycznie już za stara na opiekę niańki :D Powiem ci, że Ben wcale nie wygląda na faceta, który by miał już dorosłą córkę! O, jak udział w sztuce to Susie bardzo chętnie, bo ona raczej nieśmiała jest i to ją na scenie hamuje, przez co mało kto dostrzega jej potencjał. A tak to będzie miała wtyki u znanego nauczyciela :D Zaczniesz czy ja mam? Bo jak ja to dopiero jutro dam radę.]

    Susie

    OdpowiedzUsuń
  31. Praca w Starbucksie nie była tym, o czym marzyła, ale do wyboru miała jeszcze tylko opiekę nad sześcioletnimi bliźniakami, a do dzieci nigdy ręki nie miała. Właściwie to nie znosiła ich ze wzajemnością, odkąd jeden bachor zamknął ją w szafie podczas świątecznej kolacji i dopiero ojciec, który sądził, iż jego córcia zaszyła się gdzieś z laptopem i miał zamiar na nią nawrzeszczeć, znalazł ją po niecałej godzinie. Od tamtej pory ciotka Mary i, szczególnie, jej synalek nie są mile widziani w mieszkaniu Jacksonów.
    Rekompensatą za parszywą robotę był zapach kawy i przystojni klienci, którzy czasem zagadywali, jeśli wiek pozwalał im pozostać z czystym sumieniem. Niestety, Janet fanką flirtów nie była, toteż stawiała kawę na ladzie, cedziła przez zęby cenę i w myślach życzyła cukrzycy tym wszystkim objadającym się muffinkami gogusiom. Z tego powodu nigdy nie udało jej się zdobyć tytułu pracownicy miesiąca, a szef regularnie przypominał jej, że zgrywanie naburmuszonej pannicy nie pomaga w niczym.
    Pewnego wtorkowego popołudnia w kafejce panował względny spokój, pewnie dlatego, że pora lunchu dawno minęła i tylko młodzież odwiedziła lokal, chcąc mieć czemu zrobić fotki na Instagrama. Janet przyglądała się takiej grupce, oblegającej stolik pod oknem, co jakiś czas podając komuś kolejne ciastko - pfe - czy kawę.
    Niechętnie ruszyła się ze stołka, gdy do Starbucksa wszedł klient. Strzeliła palcami i uśmiechnęła się uprzejmie, gdyż właśnie kierownik wyszedł z zaplecza oraz wzrokiem dał Jackson do zrozumienia, że patrzy.
    - Witam, co podać? - spytała dziarsko, mierząc faceta spojrzeniem. Czasem lubiła zgadywać zamówienia na podstawie wyglądu, ale właśnie grupka spod okna ryknęła śmiechem i popsuła jej humor do końca.

    OdpowiedzUsuń
  32. [Och, pan profesor! I do tego jeszcze Martin! <33 Przyszłam na wątek, który możesz zacząć, muehehe xd]

    OdpowiedzUsuń
  33. [Hmm... Możeeee... Jakiś wątek na uczelni albo podczas zajęć? O! Albo Ben mógł się zgubić gdzieś w okolicy pracy Cath, ale z uporem maniaka będzie powtarzał, że on się wcale nie gubił tylko lubi przychodzić do tej kawiarni, chociaż ona widzi go tak pierwszy raz xd]

    OdpowiedzUsuń
  34. Słuchał mężczyzny z zainteresowaniem. Fascynowali go ludzie, którzy cieszyli się swoją pracą. Właśnie po nich od razu było widać, że marzenia się spełniają i każdy może robić to, co lubi, jeśli tylko się postara. Samuel również nie narzekał, ponieważ uwielbiał pracę z młodzieżą. Nie mógł sobie wyobrazić siebie w innym zawodzie. Na dodatek był pisarzem, co było spełnieniem postawionych sobie w liceum celów. Każdy kolejny dzień sprawiał mu radość, a do pracy chodził z uśmiechem, jednak nadal czegoś mu brakowało i ciągle starał się odkryć czego. Może wkrótce jego starania przyniosą jakieś większe efekty...
    - Samuel Friedrich - uścisnął dłoń mężczyzny, uśmiechając się lekko. Nie należał do osób, które często poznają kogoś nowego. Często stał na uboczu, jednak ostatnimi czasy syn wplątywał go w sytuacje, w których zapewne samodzielnie by się nie znalazł. Nie narzekał jednak, to go rozwijało i umożliwiało lepsze poznanie samego siebie oraz świata. - Nic nie szkodzi. Mały uwielbia słodycze i mógłby je pochłaniać tonami, dlatego często muszę go ograniczać. Wydaje mi się jednak, że mały cukierek poważnej krzywdy mu nie zrobi - zerknął na syna, by zobaczyć, czy jest bezpieczny, po czym usatysfakcjonowany wynikiem swoich obserwacji, przeniósł wzrok z powrotem na rozmówcę. - Teatr, tak? Pamiętam, że parę razy grałem w szkolnych przedstawieniach, lecz nie były to jakieś poważne role. Nie nadaję się do tego, lecz lubię oglądać innych. Naprawdę podziwiam umiejętność wcielania się w różne postacie. Mnie nie udałoby się tego dokonać - był szczery, co do swoich zdolności. Nie przechwalał się i nie starał udawać kogoś, kim nie był, by tylko zaimponować drugiej osobie. Przecież takie działania były bezsensowne. - I faktycznie, gdybym ja sam miał taką pracę, nigdy bym z niej nie zrezygnował - uśmiechnął się i wyjął chusteczkę, by wytrzeć nos. - Przepraszam - powiedział, po czym się wysmarkał. Chyba dopadało go choróbsko, okropna sprawa, którą powinien się jak najszybciej zająć.

    Samuel

    OdpowiedzUsuń
  35. Wilhelmowi do długonogiej, niebieskookiej, reprezentacyjnej blondynki brakowało sporo. Właściwie, gdyby stworzyć model dokładnego przeciwieństwa takiej właśnie kobiety, mógłby robić za doskonały przykład. Nie tylko nie był piękny, długonogi i blondwłosy, ale jeszcze nie miał wcięcia w talii (a więc i o figurze klepsydry nie mogło być mowy), z anatomicznego założenia nie rodził dzieci i nie miał żadnych predyspozycji do tego, żeby zostać piękną żoną Benjamina. Co najwyżej umownie pięknym mężem, chociaż i na to się nie zanosiło, bo choć żyli od lat jak stare dobre małżeństwo, to do ślubu im się nie spieszyło, z bardzo wielu różnych powodów. Po pierwsze – kto miał czas na organizowanie czegokolwiek i chęci do zajmowania się wyborem koloru serwetek, kiedy milion bieżących i zaległych spraw czekał na realizację. Po drugie – przez dwadzieścia lat żaden z nich nie poczuł szczególnie wielkiego parcia na zaślubiny. Pewnie dlatego, że żaden z nich nie potrzebował obrączki do obrony przed tabunami podrywających ich kobiet, ponieważ nie bywali w klubach. A nawet jak bywali, to nikt nie chciał ich podrywać. I po trzecie – ciężko było choćby myśleć o ślubie, kiedy matka Benjamina wciąż uważała Wilhelma za bardzo, bardzo, bardzo dalekiego znajomego swojego syna, który to znajomy przemknął gdzieś tam w tle parę razy i zapewne nie pojawiał się w życiu Johnsona od lat.
    Gdyby ktoś zapytał Billy’ego, dlaczego tak mu zależy na pozytywnych stosunkach z legendarną Constance Elizabeth Johnson, za cholerę nie wiedziałby, co odpowiedzieć. W końcu nasłuchał się, jaka to była podła wiedźma, królowa-matka o sercu bardziej lodowatym niż ciekły azot i niszczycielskich właściwościach. Nasłuchał się o jej wszelkich morderczych zapędach, homofobicznych skłonnościach i innych sprawach, które teoretycznie powinny były go odstraszyć raz na zawsze, ale najwyraźniej wpadały mu jednym uchem, a wylatywały drugim. A Wilhelm nie był na tyle skłonny do badania zakamarków swojej psychiki, żeby ogarnąć, że po prostu marzyła mu się jakaś (czyt. jakakolwiek) matka. Nawet ta wiedźmowata, u której musiałby się prosić całymi latami o jakąkolwiek oznakę choćby sympatii. I prosiłby się. Oczywiście, że by się prosił, bo syndrom szukającego matczynej miłości dziecka szalał u niego zdecydowanie bardziej, niż sam Wilhelm chciałby to wiedzieć.
    Najwyraźniej w sytuacji, kiedy literackie nazwisko wybierają ci pracownicy lipskiego domu dziecka, nawet upierdliwa wiedźma w roli matki może być spełnieniem marzeń. Tak.
    I choćby Billy bardzo chciał ustalić scenariusz tego spotkania od początku do końca, wydarzenia potoczyły się same i to zdecydowanie bez jego wpływu na przebieg i wydźwięk. Miewał bardzo głupie i bardzo nostalgiczne momenty w życiu, kiedy nudziło mu się na tyle, żeby fantazjować na temat tego, jak to nastał moment wielkiego szczęścia z miłością i akceptacją w tle. I mógł je sobie teraz wsadzić w buty, żeby dobić do metra siedemdziesięciu.

    OdpowiedzUsuń
  36. Wilhelm w pewnych aspektach spełniał powiedzenie, że z kim przestajesz, takim się stajesz. Został w końcu zdziwaczałym Angolem, który nie tylko nosił kolorowe skarpetki do za krótkich spodni, ale i polubił te wszystkie lokalne specjały, które jeszcze podczas studiów potrafiły wywoływać jedynie odruch wymiotny i nie mogły się równać niemieckiej kiełbasie w bułce. Jednak pomimo tysięcy godzin spędzonych na teatralnych próbach, nie przejął wiele z aktorskiego talentu Benjamina. Zupełnie nie potrafił odegrać odpowiedniego scenariusza, ba, nie był go w stanie nawet na bieżąco stworzyć, żeby móc chociaż usiłować realizację spontanicznego aktorskiego popisu. Wszystko od razu miał na twarzy – gotowe do odbioru, odpowiednio ekspresyjne i przy okazji całkowicie szczere.
    Był dużym chłopcem. Potrafiłby więc bez większych problemów przełknąć i przeżyć to, że matka Benjamina nie była tą kobietą, którą sobie naiwnie wymyślił. W gardle stawałyby mu może pojedyncze słowa, a podczas prób przetrawienia własnego błędnego myślenia przez pół dnia miałby ciężką zgagę. To było jednak do przejścia. Zapewne z efektami specjalnymi w postaci przeprowadzenia najbardziej fatalnych zajęć w karierze i spędzenia pięciu godzin z twarzą na szybie podczas jeżdżenia metrem w kółko, ale mimo wszystko następnego poranka powitałby kolejny dzień tym samym zrzędzeniem przedwcześnie obudzonego artysty, które zwykle mu towarzyszyło. Bo już zdążyłby załatwić popłakanie sobie, powkurzanie się i pozbieranie z podłogi wszystkiego, co powypadało mu z rąk.
    I pewnie nawet w końcu zrozumiałby, że jako myślący człowiek powinien był się tego spodziewać. I pewnie się nawet spodziewał, bo tak nakazywała ta logika, której nawet oderwani od rzeczywistości artyści musieli się poddawać, żeby jednak nie odfrunąć do świata własnych fantazji i w końcu nie przestać podlegać sile grawitacji. Skoro dalej był w stanie siedzieć na krześle, a nie unosić się pod sufitem, to i rozumiał pewne subtelne zależności. Na przykład tę zależność, że jeśli lodowate wiedźmy są lodowatymi wiedźmami, to na jego życzenie, w dodatku niewypowiedziane, nie zmienią się nagle w kochające matki wprost z jego fantazji o kochających matkach. Tak, zdecydowanie musiał się tego podświadomie spodziewać. Nie spodziewał się za to dalszego obrotu spraw, które z ich dwudziestoletniego związku uczyniły luźną znajomość, opartą głównie na dobroci serca Benjamina, który w swej łaskawości zlitował się nad chwilowo bezdomnym kolegą.
    I niewiarę w to, co właśnie usłyszał, Wilhelm miał wypisaną na twarzy, ze wszystkimi szczegółami.
    - Słucham..?
    Choćby bardzo chciał, nie potrafił zagrać tej roli, a wymagania nie były przecież zbyt wielkie. Wystarczyło puścić w niepamięć dwadzieścia lat życia i udawać, że wcale nie prowadziło się go z tym człowiekiem w tym domu, ale gdzieś tam, z kimś tam, po coś tam. Nikt przecież nie pytał o szczegóły i nie zapytałby, gdyby całą sprawę załatwić dostatecznie szybko, żeby czasu na pytania było jak najmniej. Dzień dobry, dzień dobry, kawy, herbaty, to ja już pójdę i nie będę przeszkadzał. Aktorski banał, uśmiech numer siedem i niech się pani nie martwi, gdyby akurat zaświtał pani taki pomysł, w co szczerze wątpię.
    Wprawny aktor roli życia by tu na pewno nie zaliczył, ale dla faceta, który dość mocno i desperacko przywiązywał się do wszystkiego, co związane z tą właśnie – jedyną w swoim rodzaju, doskonałą i świętą – relacją, nawet mała i nieznacząca rólka była ponad siły. I to w najmniejszym stopniu ze względu na brak odpowiedniego uzbrojenia w postaci talentu.

    [Mówiłam, że będzie mikołajkowy prezent?! Mówiłam! <3]

    OdpowiedzUsuń
  37. [Hej, może wątek pomiędzy aktorami? Nicolet mogła kiedyś uczyć się tam gdzie on uczy i teraz spotkanie po latach?]

    Nicolet

    OdpowiedzUsuń
  38. [ no skoro zapraszasz, to jestem :D czyżby Benjamin chciał wygrać konkurs na ulubionego nauczyciela Matta z RADA i być osobą, która przekona go, że powinien wrócić do grania, bo wcale nie jest tak kiepski jak mu się wydaje?]

    Ferguson

    OdpowiedzUsuń
  39. [oh, wow :) no to jestem zaskoczona, że aż tak :) no dobrze, więc jako że pan profesor zapewne wie gdzie Matt przebywa/mieszka, może go nachodzić i mówiąc krótko truć dupę... kto zacznie? :)]

    OdpowiedzUsuń
  40. [super :) ja już dzisiaj nie mam sił, a uczę się na jutrzejsze kolokwium, więc będę wdzięczna za zaczęcie. Podpowiem, że Matt od pewnego czasu już nie gra- nie wiadomo z czego i jak żyje, ale na pewno nie gra, a pan profesor mógł go stracić z oczu na kilka miesięcy i teraz przypadkowo wpadnie na niego w jakimś pubie, czy coś :)]

    OdpowiedzUsuń
  41. [nie ma sprawy :) jestem w trakcie mini sesji i nie wiem jak się nazywam, bo nawet nie mam czasu się wyspać, o pisaniu tutaj nie wspominając. w każdym razie, sądzę że będę dostępna full time od soboty/niedzieli i wtedy będę mogła sobie z czystym sumieniem wątkować, więc jeśli też masz przestoje, to w ogóle się nie przejmuj :)]

    Matt Ferguson

    OdpowiedzUsuń
  42. [Ciekawa karta. I widzę kilka podobieństw między naszymi postaciami: oboje lubią czytać, robią głupstwa i rzeczy, których już nie powinni, boją się jeździć windą. Na szczęście Connie nie ma w swojej kamienicy windy. Oboje nie przepadają za tłumami.]

    OdpowiedzUsuń
  43. [jakiż ona fantastyczny xD
    to tak, pomysły jakieś są, ale nie powiem, że bardzo kreatywne:
    1. skoro herbatka z mlekiem, to może wpaść do kawiarni, gdzie pracuje Satine
    2. czy Ben może mieszkać nad Satine i powiedzmy, znać się z Margaret, u której mieszka dziewczyna? niechże po coś tam przyjdzie:P
    3. jeśli masz inny pomysł, śmiało:D]

    Satine

    OdpowiedzUsuń