TAKI ARTYSTA BARDZO




Wilhelm Jacob Holberg

Przybysz z epoki telegramów, tramwajów konnych i cylindrów. Plotka głosi, że nie istnieje, bo nie ma nawet skrzynki mailowej. Urodzony przedostatniego dnia lat sześćdziesiątych człowiek renesansu. Kierownik Katedry Instrumentów Dętych  Królewskiej Akademii Muzycznej. Oboista i waltornista w jednym, ale nigdy naraz. Imiona po obu braciach Grimm. Niemiec z brytyjskim paszportem i umysłem. Awangardysta w środku, nieodpowiednie połączenia wzorów na zewnątrz. Klub Zdziwaczałego Angola z siedzibą we własnym domu. Dwadzieścia lat z jednym facetem. Kobiety mają torebki, Billy ma fortepian, na którym trzyma wieczny i wielki burdel. Kolekcja płyt z muzyką klasyczną, a w niej naście z własnymi wykonaniami. Nie umie życia w XXI wieku. Braki w obyciu technologicznym i skłonnościach do kryzysu wieku średniego. Alergia na pierdolenie i przygłuchych muzyków. Dziwne spojrzenie na świat i dziwne przyzwyczajenia. 

Za ciężkie postacie są za ciężkie - logiczne. Dlatego w zamian za Lorana jest Billy. Andy Serkis, moje skarby. Gościnnie Martin Freeman. Wątki i powiązania na dobrze nam wszystkim znanych zasadach. Aktualizacja: 7 października. 

23 komentarze:

  1. [ Przychodzę uwielbiać! ]

    Navid

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry, ciekawy pan. Taki odbiegający od normy ideałów na blogach :)]

    Gabryś Moore

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Te, Ciotka, ile ty masz tych postaci, co?]
    Anna, która wciąż czeka na ładowarkę

    OdpowiedzUsuń
  4. [Będę mistrzem blogosfery i uratuje sytuację xD Pisze ci wątek]

    OdpowiedzUsuń
  5. [ chyba Ci ołtarzyk wystawię, bo ja nawet z jedną nie wyrabiam ;-;]
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  6. [Chyba niczego nie obiecywałem, tylko miałem się postarać. I starałem się! Tak tylko piszę, żebyś nie wywaliła mnie z bloga. ; D
    Jak masz jakiś pomysł, to poratuj. Piszę pod tą kartą, ale wątek niech będzie z tą postacią, którą Ci wygodniej.]

    OdpowiedzUsuń

  7. - To ja się bardzo cieszę, że będziesz... Bo będzie to prawdopodobnie najgłupsza próba świata. Nie żeby coś, ale już dawno nie musiałem robić z siebie pajaca na scenie. Oczywiście ja wiem, że aktorzy czasem muszą, bo nawet nam o tym wspominali na któryś z pierwszych zajęć, i nawet chyba było to wpisane drobnym druczkiem na podaniu na uczelnię, ale nie sądziłem że w wieku czterdziestu... kilku lat, będę musiał wciąż to robić.
    Benjamin naprawdę nie miał nic przeciwko tym wszystkim aspektom aktorstwa, o których głośno na żadnych zajęciach nie mówiono. Nikt przecież na przysłowiowe dzień dobry o ganianiach w rajstopach i udawaniu irlandzkiego tancerza równie irlandzkich tańców nie wspomni, bo to (przynajmniej teoretycznie) odstraszyłoby wszystkich potencjalnych kandydatów na studia. Składając wszelkie możliwe podania i druczki, świadomie zgodził się na wszelkie wariactwa, próby w dziwnych godzinach, zajęcia ze śpiewu i dykcji. I nawet na te z tańca i robienie z siebie idioty przed tłumem na widowni. Miał jednak nadzieję, że jak już zostanie pełnoprawnym artystą, którego nazwisko na plakatach będzie pisane nieco większym drukiem niż nazwiska pozostałych członków tej jakże elitarnej grupy, będzie mógł w końcu zająć się poważnymi rolami i poszukiwaniem tej jedynej szansy w życiu na zrobienie jednego filmu, który wyniesie go na szczyt sławy. Nie był co prawda pewny czy taki szczyt chce osiągnąć, ale z pewnością było to całkiem ciekawe odejście od teatralnej normy.
    - Wspominałem ci, że widziałem się z młodszą Heffernanówną? Nie wspominałem ci... - powiedział, zanim Will w ogóle zdążył się odezwać. Benjamin miał to do siebie, że często sam sobie odpowiadał na pytania. Prawdopodobnie było to spowodowane tym, że Wilhelm bardzo często wpadał w swój twórczy szał, w którym nie słyszał niczego co działo się wokół niego, więc Ben musiał po prostu jakoś sobie radzić – Ale się z nią widziałem, bo na premierze muszę odtańczyć jakieś dziwne irlandzkie pląsy, o których nie mam pojęcia, ale które sobie zażyczył reżyser sztuki. Czy ty sobie wyobrażasz mnie, czterdziestokilkuletniego faceta, który będzie ganiał po scenie zarzucając nogami ponad głowę? Bo ja jakoś nie.

    OdpowiedzUsuń
  8. [A przyjdzie Elizabeth do taty nr 2, przyjdzie :D Nie inaczej (bo rozumiem, że chęć jest... to teraz pozostaje tylko zmotywowanie mózgów do przemyśleń).
    Z poradnią sercową może gorzej, bo najpierw musiałaby się przyznać do porażki przed samą sobą, a o to trudno dość.
    Ale nie o tym teraz...]

    Elizabeth Johnson

    OdpowiedzUsuń
  9. [To wyrywam te obrzydliwe glony czy tam inne zarośla i krzaczory. Trochę przykro, że jest uczulony na przygłuchych muzyków, ale tśś, może się nie wyda.. :D zresztą, z instrumentami dętymi Aileen nie ma za wiele wspólnego, khem. W każdym razie skoro oboje nie umieją technologii mogą razem stawiać czoło złośliwości biletowych automatów, a potem zepsuć metro...]

    OdpowiedzUsuń
  10. Po pierwszym dniu, szpital przestał być aż tak bardzo przerażającym miejscem. Co prawda nie mógł w ogóle spać w nocy, a i dźwięki dziwnych maszyn przyprawiały go o dreszcze, ale nie chciał już wyskakiwać przez okno, tak jak chciał to zrobić trzy godziny po przyjęciu na oddział. Poza tym, w zasadzie nie był sam dłużej niż godzinę, bo albo Sean rozsiadał się wygodnie i opowiadał mu historyjki z uczelnianych korytarzy, albo Aileen narzekała na cały świat, który znów postanowił wejść jej w drogę i oczywiście zrobić, co zupełnie nie było po jej myśli. Kiedy Aileen w końcu postanowiła dać mu spokój, prawdopodobnie w obawie przed tym, że jej wieczne marudzenie wpłynie w jakiś sposób na pogorszenie stanu jego kręgosłupa, w drzwiach jego sali stanął nie kto inny jak sam Wilhelm. Aidan lubił tego człowieka głównie za to, że był prawdziwym artystą, takim z bałaganem na fortepianie, ze zwichrowaną fryzurą i napadami weny twórczej w dziwnych miejscach i o dziwnych porach. Raz na przykład zaczął pisać jakiś symfoniczny kawałek akurat jak byli w połowie obiadu, na który to właśnie on zaprosił zarówno Aidana jak i jego matkę, która z kolei była prawdopodobnie największą fanką twórczości Wilhelma. I samego Wilhelma też. Tym razem jednak Billy nie miał ze sobą miliona kartek, nie nucił też pod nosem motywu z którejś z symfonii Beethovena. Nie uśmiechał się, nie gadał już od progu i dał Aidanowi opowiedzieć o każdym, nawet najmniejszym badaniu przez które musiał przejść w ciągu ostatnich (prawie) dwudziestu czterech godzin. Przez pierwszą godzinę monologu myślał, że Wilhelm postanowił być po prostu miłym człowiekiem, który daje chorym się wygadać, bo tak należy się zachować. Kiedy mówił przez kolejne piętnaście minut, zrobił mały eksperyment – nagle zmienił temat, a Billy nawet się nie zorientował, tylko przez cały czas grzecznie przytakiwał, wystukując nerwowo jakiś rytm na szafce tuż obok łóżka Aidana.
    - Okej, było fajnie przez pierwszą godzinę... Ale teraz to mnie zaczynasz trochę martwić – przyznał szczerze, po czym usiadł wygodniej na łóżku i spojrzał na mężczyznę uważnie – Co się dzieje? Bo nie wmówisz mi, że wszystko w porządku i jesteś po prostu zmęczony, czy coś. Widywałem cię zmęczonego, na kacu, spóźnionego, po pięciu dniach na nogach i po osiemnastu koncertach w ciągu tygodnia. A.. Takiego... - wskazał na niego po czym lekko przekrzywił głowę – Takiego to cię nie widziałem. Co jest, Billy?

    Aidan.

    OdpowiedzUsuń
  11. [To mogą się spotkać gdzieś na uczelni, jak na przykład Cath będzie szukała Bena a zamiast niego znajdzie Wilhelma :)]

    OdpowiedzUsuń

  12. Istotnie, Elizabeth miała własne klucze, a wszyscy inni goście raczej się zapowiadali, listonosz wrzucał listy do skrzynki a dwie sąsiadki były tak głośno, ze najpierw było je słychać, a dopiero potem widać. Przez krótką chwilę chciał olać całe to dzwonienie i pukanie, ale kiedy po trzech minutach nie ustawało, spojrzał z rozdrażnieniem w sufit, po czym wstał i z zamachem otworzył drzwi. Tego kogo za nimi zobaczył, zupełnie nie się nie spodziewał. Constance Elizabeth Johnson we własnej osobie. W jednej sekundzie, Benjamin poczuł się jakby znowu miał dziesięć lat a jego własna matka przyszła go opieprzyć za to, że zepsuł jedną z części składowych obrzydliwego kostiumu, który uszyła. Czasem nie był pewny czy bardziej ją kocha i szanuje za to co dla niego swego czasu zrobiła czy może bardziej nienawidzi za cały chłód, obojętność i szeroko pojętą krytykę, którą go obdarzyła w ciągu całego życia. Constance nie była z tych ukochanych mamusiek, które zmartwione wydzwaniały wieczorami, pilnowały zakładania czapek zimą i wpadały na niedzielny obiad. Ona nigdy nie „wpadała”, czasem dzwoniła z pytaniem czy wciąż żyje i informowała go mailowo, że na święta wybiera się na Karaiby albo do Egiptu. Constance nigdy nie była „matką”, była kimś kto wydał go na świat i liczył na to, że jakoś dożyje do pełnoletności. Najchętniej wyrzuciłby ją ze swojego życia, ale nie mógł tego zrobić bo gdy okazało się że na świecie pojawi się Elizabeth, to właśnie ona wzięła na siebie jej „wychowanie”, żeby jej syn mógł skończyć szkołę. Ale był jeszcze jeden powód dla którego Ben nie znosił swojej matki. Oprócz tego żeby była zimną i wredną czarownicą, była też zagorzałą przeciwniczką jakichkolwiek przejawów homoseksualizmu, więc kiedy Ben próbował jej kiedyś powiedzieć że ma kogoś, kto nie jest piękną długonogą blondynką, zrobiła mu taki wykład, że w połowie zdania zmienił temat i stwierdził, ze w zasadzie chciał jej powiedzieć, że kupił nowego szczeniaka. W rzeczy samej, następnego dnia przygarnął małego pieska, na wypadek gdyby kobieta chciała skontrolować to czy mówił jej prawdę Nie chciała, a Ben został nie tylko z małym psem na głowie, ale i z tajemnicą, która ciągnęła się już prawie dwadzieścia lat.
    - Ty... Tu? - przełknął ślinę, kiedy kobieta przeszłą przez próg domu i obrzuciła go chłodnym spojrzeniem. - Myślałem, że jesteś w Paryżu.. Albo że nie żyjesz... - dodał szeptem biorąc od niej płacz

    Ben.

    OdpowiedzUsuń
  13. [Andy świetnie pasuje do tej postaci, nie żebym miała coś przeciw :D Jakiś pomysł? Ja właśnie lecę oglądać Poirota, więc jakby nic ci nie wpadło, to po powrocie spróbuję coś wymyślić.]

    Janet

    OdpowiedzUsuń
  14. - Ale... - przez krótki moment, Aidan poczuł wszechogarniającą go konsternacje, która wypływała z każdej możliwej komórki jego ciała – Ale Sean zjadł tylko mój czekoladowy deserek.. I to tylko dlatego że przyszedł prosto z uczelni i nie dał rady kupić niczego po drodze... Chociaż, w sumie. Może masz rację że to było świństwo z jego strony? W końcu z naszej dwójki to ja cierpię katusze związane z chwilowym miejscem zamieszkania, a nie on. - doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie o deserku i nie o Seanie mówił Wilhelm, dlatego poprawił sobie poduszkę, skrzywił się nieco z bólu i spojrzał uważnie na mężczyznę, który w Londynie zdecydowanie robił za jego ojca. Doskonale pamiętał okoliczności pierwszego spotkania z Billy'm. Był grudzień, w Londynie szalała śnieżyca, a oni zostali wyciągnięci przez Seana na kolację w jednej z modnych wówczas restauracji, która obecnie chyba nawet już nie istnieje. Billy zrobił na nim piorunujące wrażenie, głównie dlatego, że spóźnił się trzy godziny, a potem z przez kolejne dwie opowiadał z zaangażowaniem o nowej symfonii, którą piszę. Aidan nigdy się nie spodziewał, że będzie siedział zasłuchany w opowieść o jakimś tam kawałku z muzyki poważnej, ba! Że poprosi o kopię pierwszego nagrania (spoczywającą dziś zresztą bezpiecznie w jednej z szuflad w domu). Ale to nie kolacja i wymiana poglądów na temat muzyki klasycznej była punktem zwrotnym w ich znajomości. Kilak miesięcy wcześniej, Sean i Ajdan przeżywali tak zwany kryzys i to na tyle poważny, że wystarczyła jedna drobna złośliwość, by rozpętać trzecia wojnę światową. Po którejś z kolei kłótni, Aidan wylądował w jednym z klubów w centrum, gdzie wdał się w bójkę z kilkoma rosłymi facetami. Całe szczęście, że całe zajście skończyło się na posterunku policji, a nie w szpitalu (bądź na cmentarzu). To właśnie Wilhelm był tym, po którego Aidan zadzwonił, kiedy siedział w ciasnej celi w areszcie i to właśnie Wilhelm wpłacił za niego kaucję, a później załatwił całą sprawę tak, że Aidan nie ma w papierach najmniejszego śladu całego zamieszania. Całe zajście po dziś dzień było ich mała tajemnicą, która nie mogła ujrzeć światła dziennego. I to właśnie dlatego, Aidan wręcz uwielbiał Billy'ego, bo zawsze mógł na niego liczyć i dlatego, że był dla niego w zasadzie jak ojciec, z którym zawsze mógł porozmawiać.
    - Co się dzieje? Bo raczej nie chodzi ci o podłość związaną z czekoladowym deserkiem o podłym smaku. - nachylił się nieco w jego stronę, delikatnie mrużąc oczy – Chodzi o Bena? Posprzeczaliście się?

    Aidan

    OdpowiedzUsuń
  15. Aidan miał naprawdę duże szczęście, że zarówno jego rodzice jak i rodzice Seana dobrze znieśli fakt, że ich dzieci wiążą swoją przyszłość z osobami tej samej płci. Pamiętał doskonale jak miał chwilowy napad paniki zaraz przed tym, jak miał powiedzieć swojej rodzinie o tym, że jest gejem. Panika ustąpiła jednak bardzo szybko, bo zarówno jego rodzice jak i rodzeństwo bardzo szybko zaakceptowali taki stan rzeczy. Wiedział jednak, że nie wszyscy są tak tolerancyjni jak oni. Współczuł Benjaminowi tego, że musi ukrywać przed teoretycznie najbliższą osobą swoją prawdziwą orientację. W dzisiejszych czasach, kiedy sporo publicznych osób otwarcie mówi na temat tego kim jest, każdy powinien mieć do tego prawo. Poza tym, to straszne musieć wybierać między osobą dzięki której pojawił się na świecie, a kimś z kim dzieli swoje życie od dobrych dwudziestu lat. Mimo wszystko, dziwił się że cała ta tajemnica nie wyszła jeszcze na światło dzienne, bo przecież ani Ben, ani tym bardziej Wilhelm nie ukrywali swojego związku i jawni mówili o tym, że dzielą swoje mieszkanie, swój samochód i przede wszystkim – swoje życie – z mężczyzną.
    Nigdy nie był jednak dobry w pocieszaniu i w stawieniu siebie na miejscu innej osoby, więc kiedy Wilhelm skończył swój pełen frustracji monolog, jedynie zacmokał z udawanym zrozumieniem i sięgnął po cukierka, który niemal wcisnął w rękę współtowarzysza.
    - Wiesz jaki bardzo słaby jestem w tego typu rozmowach, prawda? Wiesz, że Sean w tym momencie zrobiłby cudowny, pełen solidnych argumentów wykład, po którym wyszedłbyś z tej sali natchniony i z gotowym rozwiązaniem problemów. Pewnie dorzuciłby jakieś analogie do swojego życia i sprawił, że zrozumiałbyś jakieś wewnętrzne, mocno ukryte powody, dla których Ben zachował się jak skurwiel. Po mnie się tego nie spodziewaj. - zastrzegł od razu – Benjamin jest czterdziestoletnią cipą, która nie potrafiła powiedzieć własnej matce, że ma faceta... Chociaż jego matka, jakąkolwiek suką by nie była, nie ma już prawa wtykać nos w nie swoje sprawy. Mogłaby to zaakceptować, albo nie... Na to nie mamy wpływu, ale mamy za to wpływ na to, żeby nasi partnerzy, choć cholernie nie lubię tego słowa, żeby czuli się dobrze z tym, że dzielą z nami życie. Okej, ja miałem szczęście, moi rodzice szybko pogodzili się z faktem, że ich syn jest gejem i na całe szczęście zaakceptowali i przyjęli do rodziny Seana, ale mówiąc im o tym, nie wiedziałem że postąpią tak a nie inaczej. I nigdy, nawet przez ułamek sekundy nie przeszło mi przez myśl, żeby ukrywać przed nimi to kim naprawdę jestem. I szczerze, mimo mojego całego szacunku dla Bena, dla tego co robi i kim jest i dla waszego związku, który mimo wszystko jest dla mnie swego rodzaju wzorem związku idealnego... Zachował się jak skurwiel, ba... Jak pięcioletni skurwiel, który boi się wziąć odpowiedzialność za to co robi. A to nie jest w porządku. Ale mimo wszystko, Billy... Mimo tego co powiedział, powinniście usiąść i to przegadać. Po prostu powinieneś dać mu się wytłumaczyć... I zabłysnąłem mądrymi rozwiązaniami ciężkich sytuacji, więc jakby Sean pytał, to powiedz, że też mi czasem wychodzi. - puścił do niego oko, chcąc lekko rozładować napięcie.

    Aidan.

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dziękuje za powitanie, a przyszłam do pana Wilhelma, gdyż jakoś tak ma mało wątków, więc trzeba nadrobić :D
    Zacznę od tego, że nie mam bladego pojęcia jak można naszych panów połączyć w jednym wątku, ale na pewno coś znajdę ^^
    No i już mniej więcej mam plan. Bo mój cały Gerard pracuje w knajpie, gdzie na ten przykład może być taki staromodny klimat, gdzie Wilhelm lubi przychodzić i od tak sobie rozmawiać z barmanem :) Chyba, że wolisz co innego.]

    Gerard

    OdpowiedzUsuń
  17. [A skąd się znamy? :D To czekam na wątek ;) ]

    Gerard

    OdpowiedzUsuń
  18. [Oooo <3 a kim byłaś, bo już nie chce mi się wchodzić na blogi :D ]

    Gerard

    OdpowiedzUsuń
  19. - Wróciłam trzy dni temu, stwierdziłam że przyjadę i zobaczę jak sobie dajesz radę. Ostatnio przeczytałam niepokojące informacje, ze nie jesteś w formie, przez co sztuka, w której grałeś dostała złe recenzje. Mam rację? - i chociaż bardzo chciała żeby jej wypowiedź brzmiała jak pytanie, Constance po prostu stwierdziła z całą pewnością, że jej jedyny syn jest takim nieudacznikiem, jak opisywała to wszystkim znajomym z Paryża. Oczywiście musiała zachować pewne pozory, więc po chwili przyglądania się ścianie za Benjaminem, spojrzała na niego z delikatnym i chłodnym uśmiechem – Ale nie przejmuj się, wszystkim zdarzają się gorsze dni. Chociaż mi się nie przydarzały, do tej pory dostaje listy od dyrektora teatru, że powinnam wrócić bo nie ma lepszego kostiumologa... No i twój ojciec również nie miewał słabszych okresów. Za naszych czasów trzeba było po prostu pracować, a nie liczyć że dawna świetność pozwoli nam przeżyć do emerytury. Ale... - machnęła ręką wygładzając koszulkę swojego syna – Nie żyjemy już w tamtych czasach, prawda? Teraz wszystko jest gorsze, jedzenie, telewizory, telefony... Najwyraźniej nawet w teatrach zaczęto akceptować średni poziom. - dokończyła dokładnie momencie, w którym jej syn chciał chwycić za leżący na szafce nóż i wbić jej w tętnice szyjną – Pamiętaj jednak, że zawsze cię wspieram, bez względu na to jak słaby rok masz...
    - To były dobre recenzje...
    - Tak, tak... Podobno aktorzy przechodzą przez fazę wyparcia kiedy coś nie idzie po ich myśli. Może powinieneś zastanowić się nad zupełnym poświęceniem się nauce dalszych pokoleń? Zawsze możesz prezentować im nagrania swoich najlepszych występów. Wciąż pamiętam twój występ w dziewięćdziesiątym czwartym, żałuje że mnie nie było i musiałam oglądać wszystko na nagraniu... A to kto? - zapytała nagle i wskazała dłonią na Wilhelma.
    Benjamin musiał przyznać, że po pełnym miłości monologi własnej matki, zupełnie zapomniał że nie są w kuchni sami. Nawet zastanawiał się kim jest ten „ktoś” o kim wspominała lodowata wiedźma. Zerknął jedynie na mężczyznę doskonale wiedząc, że to co zaraz powie, poskłada cały świat na pół i spowoduje, że Ben wyląduje w piekle, które sam sobie zgotował.
    - To jest Wilhelm, mój znajomy... Wprowadził się... - widząc wzrok swojej matki, nagle zmienił cały dotychczasowy plan – Wprowadził się po tym, jak spłonęło mu mieszkanie.
    I wtedy poczuł dziwny skurcz w okolicach żołądka. To było coś na kształt skrzyżowania potężnego kopniaka w brzuch z grypą żołądkową, która wywraca ludzi na lewą stronę i nie pozwala wstać z łóżka. Benjamin żałował wypowiedzianych przez siebie słów już w chwili kiedy je wypowiadał. Ale było już za późno, klamka zapadła. Kurtyna opadła w dół wprost na jego głowę.

    Ben.

    OdpowiedzUsuń

  20. - Ty przeklinasz... - powiedział z miną pięciolatki, która zobaczyła że mama która nigdy nie paliła, sięga po papierosa. Nie! Jego zdziwienie było jeszcze większe, to było zdziwienie, porównywalne z tym, które go ogarnęło gdy się zorientował, że jego dziewczyna z przedszkola spotyka się z jego najlepszym kumplem, któremu kiedyś wspólnie związywali sznurówki, czekając aż w końcu się przewróci. Aidana w życiu dziwiło wiele rzeczy, począwszy od tego, że ktoś wstaje przed siódmą. - Ty przeklinasz. - powtórzy, po czym wziął trzy głębokie oddechy, chcąc tym samym podkreślić to, jakie wrażenie wywarło na nim to co usłyszał. Pewnie gdyby okoliczności były nieco inne, padłby jak długi na podłogę symulując zawał serca, jednak w obecnej sytuacji mógł jedynie złapać się za serce i drżącą ręką wskazać na Wilhelma – Nie możesz przeklinać, bo to mi niszczy dzieciństwo. - zrobił niezadowoloną minę – Zresztą, tak samo jak dzieciństwo niszczy mi Ben i jego kretyńskie zachowanie... No proszę cię, przecież ta baba nie może być aż tak straszna, co nie? Znaczy, no nikt nie jest aż tak straszny, żeby bał się go czterdziestoletni facet, który wychował własne dziecko praktycznie w samotności.. Bez obrazy, Billy. Chodzi mi o to, że bez prawowitej matki, czy jak to się fachowo nazwa – sprostował od razu – Ja go strasznie szanuje jak człowieka, naprawdę go uwielbiam, bo jest świetnym gościem, do którego zawsze mogłem pójść po jakąś radę, albo coś w tym stylu. Ale na miłość boską, co on sobie wyobraża? Że po dwudziestu wspólnie spędzonych latach, może po prostu zagrać taką szopkę przed matką, licząc na to że nikt nie poczuje się urażony? Nie no świetnie, że wykorzystuje swoje aktorskie czary-mary w życiu codziennym, ale to nie był chyba najlepszy moment i przede wszystkim, nie była to najlepsza osoba przy której należało coś takiego odegrać. Gdyby Sean zrobił mi coś takiego, to chyba dałbym mu po prostu w pysk, bo pewnych rzeczy się nie robi. I masz prawo być wściekły, masz prawo przeklinać, co wciąż będzie niszczyć mi dzieciństwo, masz prawo rzucać rzeczami po ścianach, a najlepiej żebyś rzucił Bene, o ścianę. Ale nie możesz zostawić tego bez stosownej rozmowy, Billy. Bo może da się jakoś to wytłumaczyć. Jednego jestem pewien... Chociaż marny ze mnie obserwator i zazwyczaj nie zwracam uwagi na połowę rzeczy, na którą zwrócić uwagę powinienem, to z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że on cię kocha. Nawet bardzo. Ba! On poza tobą świata nie widzi, więc jestem święcie przekonany, że da się to jakoś ogarnąć...

    Aidan.

    OdpowiedzUsuń
  21. Benjamin wiedział doskonale, że właśnie popełnił największy błąd swojego życia. Miał teraz dwa wyjścia, mógł brnąć w to dalej, wiedząc przy okazji, ze Wilhelm nigdy w życiu się już do niego nie odezwie. Albo mógł powiedzieć matce całą prawdę, licząc na to, że to właśnie ona postanowi się już do niego nie odzywać. Innej opcji nie było, więc wziął głęboki oddech i spojrzał przepraszająco na miłość swojego życia.
    - To nie tak. - powiedział na wstępie, bo wstępy potrzebne są do wszystkiego – To nie jest mój kolega. To mój partner, od dobrych dwudziestu lat... I właśnie zachowałem się jak kretyn, próbując stwierdzić, że jest inaczej. Billy mieszka tu od bardzo dawna. Ma tu swój fortepian, swoją szafę, swój ulubiony kubek i nawet sąsiadkę, która twierdzi że nigdy nie spotkała wspanialszego faceta pod słońcem. Ja też tak twierdzę... Pomagał mi wychować Elizabeth, pomagał mi ogarnąć całe moje życie, był ze mną zawsze wtedy kiedy najbardziej go potrzebowałem, więc w ogóle nie powinienem mówić tego co powiedziałem przed chwilą. Ale stało się i mogę go jedynie za to bardzo przeprosić i liczyć na to, że mi wybaczy. A powiedziałem to dlatego, że wiem że nigdy nie zaakceptujesz tego co jest między nami, bo nigdy nie akceptowałaś nawet swojego wyobrażenia o mnie i o moim życiu. Zawsze byłem za mało idealny, za mało uzdolniony, zbyt niski i za mało pewny siebie. A Willhelm akceptuje mnie takiego jakim jestem i sprawia, że naprawdę siebie lubię, wiesz? Więc, tak mamo... Jestem gejem. A to jest Wilhelm, mężczyzna mojego życia, który mam nadzieje nie spakuje teraz wszystkich walizek i nie postanowi ode mnie odejść, bo próbowałem zataić ostatnie dwadzieścia lat.
    - Chcesz mi powiedzieć, że moja wnuczka wychowywała się w takim domu?! - zapytała kobieta, robiąc krok w ich stronę – Moja jedyna wnuczka, której poświęciłam półtora roku mojego życia, wychowywała się z dwójką facetów, którzy nie potrafili pokazać jej dobrego wzorca rodziny?!
    - Wzorzec rodziny? A jaki ja miałem wzorzec rodziny, co? Zapracowanych rodziców i życie na deskach teatru, którego nawet nie lubiłem. Odrabianie lekcji między jedną próbą a drugą, z aktorami, którzy pomagali mi rozwiązywać matematykę, bo ty nigdy nie miałaś czasu. A Wilhelm robił dla Lizzy wszystko. Chodził do jej szkoły na wywiadówki, chodził na przedstawienia, zostawał z nią kiedy była chora, a ja akurat miałem premierę. Wspierał nas, kochał, był z nami zawsze. To jest najlepszy wzorzec rodziny, który mogłem przekazać swojej córce. To jest rodzina, która się kocha bez względu na wszystko co dzieje się wokół. I wiem, że była szalenie szczęśliwa wychowując się właśnie w takim, a nie w innym domu. Mając takiego ojca, jakim jest Billy.
    - To niedopuszczalne! - rzucił tylko biorąc przy okazji swoją torebkę w ręce – Po prostu niedopuszczalne!

    Ben.

    OdpowiedzUsuń